Kiedy syn wybiera kapłaństwo, matka traci wiarę. I zaczyna szukać jej od nowa

Przez wiele lat dla irlandzkich katolickich matek nie było większej dumy niż móc powiedzieć: „mój syn jest księdzem”. Dla Kristin Grady Gilger było jednak inaczej. Gdy jej syn Patrick zdecydował się wstąpić do jezuitów, nie odebrała tego jako powodu do radości, ale raczej jako trudne i niechciane wyzwanie.

Gilger przez 20 lat pracowała jako dziennikarka, więc do historii powołania syna podeszła jak do reportażu – chciała zrozumieć, co się naprawdę dzieje. Tak powstała jej książka My Son, the Priest: A Mother’s Crisis of Faith („Mój syn, ksiądz: kryzys wiary matki”). Autorka opisuje zarówno drogę swojego syna do kapłaństwa, jak i własne wątpliwości. Pisze też o Kościele – o tym, dlaczego kiedyś od niego odeszła i dlaczego później wróciła.

We wstępie jezuita o. James Martin podkreśla, że to rzadkie spojrzenie na kapłaństwo – z perspektywy kobiety, matki i feministki. Chwali książkę za szczerość i świeże podejście do trudnych tematów.

Na końcu książki znajduje się tekst napisany przez syna autorki, o. Patricka Gilgera. Przyznaje on z uśmiechem, że nie był zachwycony tym, że matka opublikowała fragmenty jego licealnego dziennika. Jednocześnie dziękuje jej za to, że go wspierała, nawet gdy nie rozumiała jego wyborów.

Zaczynam akceptować to, czego nie rozumiem

Autorka dorastała w dużej, religijnej rodzinie – była jedną z ośmiorga dzieci. Księża z parafii często odwiedzali ich dom – spędzali tam wieczory, rozmawiając i grając w karty. Jako dziecko była bardzo pobożna. Nawet marzyła o tym, żeby zostać świętą, po obejrzeniu filmu Pieśń o Bernadetcie. Później razem z mężem wzięła ślub kościelny i wychowywała dzieci w wierze katolickiej. Jednak po pierwszej komunii syna zdecydowali się odejść z Kościoła. Jak wspomina, nie zgadzała się z jego nauczaniem w wielu sprawach, zwłaszcza dotyczących kobiet, aborcji i antykoncepcji. Czuła, że nie może udawać, że wszystko jest w porządku. Z czasem cała rodzina przestała praktykować.

Patrick po maturze rozpoczął studia na Uniwersytecie Creighton. To właśnie tam, na trzecim roku, spotkał jezuitów, którzy bardzo na niego wpłynęli. Jak sam napisał, trafili do niego, bo potrafili mówić o Bogu w prosty, współczesny sposób – takim językiem, jaki znał na co dzień.

Jego matka widziała to zupełnie inaczej. Dla niej życie zakonne oznaczało wyrzeczenia: ubóstwo, czystość i posłuszeństwo. Nie mogła zrozumieć, dlaczego ktoś młody miałby wybrać taką drogę.

Decyzja syna zmusiła ją do ponownego zmierzenia się z własną wiarą. Postanowiła pojechać na rekolekcje ignacjańskie, żeby lepiej to zrozumieć i trochę się uspokoić. Uczestnicy takich rekolekcji wyobrażają sobie sceny z Ewangelii i próbują w ten sposób spotkać się z Bogiem. Na nią to jednak nie zadziałało. 

W pewnym momencie nie wytrzymała i zadzwoniła do syna, mimo obowiązującego milczenia. Gdy zapytał ją, czy rozmawiała o tym z Bogiem, odpowiedziała szczerze: „Nie potrafię”.

Mimo to dalej próbowała zrozumieć zarówno siebie, jak i decyzję syna. Z czasem odkryła, że jego powołanie skłoniło ją do głębokich przemyśleń. Choć nie spodziewała się tego, wróciła do Kościoła. Jak pisze, nie stało się to nagle ani w wyniku jednego wydarzenia – pomogły jej w tym stopniowo sakramenty.

Powrót do „dni zachwytu”

Autorka doszła do ważnego wniosku: nie wszystko da się w życiu wyjaśnić. Nawet jako dziennikarka nie była w stanie jednoznacznie określić, w co dokładnie wierzy. Zrozumiała, że są rzeczy, które zawsze pozostaną tajemnicą – jak Bóg czy wybór wiary. Zamiast szukać na wszystko odpowiedzi, zaczęła akceptować to, czego nie rozumie.

Jak pisze, powrót do wiary przyniósł jej poczucie zachwytu i głębi. Przestała próbować kontrolować wszystko rozumem.

Ostatecznie znalazła się w miejscu, którego wcześniej w ogóle nie brała pod uwagę. Jak sama mówi: to są jej „dni zachwytu”.

Źródło: KAI

« 1 »

reklama

reklama

reklama

reklama

reklama