Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao



Krzysztof Zanussi

Kazania gniewnego proboszcza

W ubiegłowiecznej anegdocie proboszcz pomstuje z ambony na tych, którzy nie chodzą do kościoła. Cały gniew proboszcza spada na zebranych, podczas gdy winowajcy nie są nawet świadomi, że ktoś ich gromi. Anegdota ta przypomina mi się przy okazji wielu imprez, w których uczestniczę w ramach naszych zabiegów o przyjęcie do Unii Europejskiej. Unii, którą uporczywie nazywam zachodnioeuropejską, ponieważ poza Grecją wszyscy jej uczestnicy należą do łacińskiej Europy. Czyli tego płuca, którego zwierciadlanym, choć niepodobnym, odbiciem jest płuco bizantyjskie, w którym jest cała prawdziwie wschodnia Europa (dla której żywię sympatię i sporo zrozumienia, ale nigdy nie tracę z oczu jej zasadniczej odmienności). Kiedy więc słyszę, jak na zachodzie Europy ktoś nas zalicza do Europy Wschodniej, to pytam, czy chodzi tu o geografię (wtedy o wiele dalej na wschód rozciągają się Szwecja, Norwegia i Finlandia), czy o mentalność (wtedy jest jasne, że jesteśmy łacinnikami, czyli należymy do Zachodu), czy wreszcie — mówiąc bez ogródek — chodzi o Europę biedaków i wtedy rzeczywiście należy nam się to miano, ale po co mieszać je z geografią.

Spotkania na temat rozszerzania zachodnioeuropejskiej Unii o wschodnie kraje zachodniej Europy przypominają niezmiennie kazania gniewnego proboszcza. Uczestniczą w nich zazwyczaj nasi sprzymierzeńcy, a więc ludzie głęboko przekonani, że są tysiące powodów, by dokonać jak najszybciej rozszerzenia. Przekonani spotykają przekonanych, mnożą i tak liczne argumenty, a tymczasem z badań opinii publicznej wynika, że pragnienie przyjęcia nas do Unii w wielu krajach jest nikłe i jeszcze dalej spada.

Uczestniczyłem niedawno w unijnym spotkaniu pod Wiedniem, w kraju, który — o ile wiem — jest dzisiaj najbardziej przeciwny oglądaniu nas w klubie. (Na drugim miejscu są, zdaje się, ostatnio nasi tradycyjni przyjaciele — Francuzi). Z obu stron w spotkaniu brali udział wybitni politycy (z Polski panowie Olechowski, Rosati, z Austrii były wicekanclerz Busek), a ponadto naukowcy i ludzie kultury. Mówiono o tym, że Unię trzeba rozszerzyć, że jest to w interesie nie tylko nowo przyjmowanych krajów, ale i samej Unii, która się wyludnia i pogrąża w stagnacji. Z nieprzekonanych tylko jedna pani (ponoć żona Polaka) głosiła tezę przeciwną, używając argumentów rodem z magla. Jeśli jednak celem spotkania było przekonanie przeciwników, to ta pani nie została przekonana, a pozostała większość Austriaków nie ma szans się dowiedzieć, jak dobitne argumenty wysuwano przeciw ich wrogim przekonaniom.

Rozszerzenie Unii jest sprawą rządów i nie wymaga referendum w krajach, które o tym decydują, mamy więc do czynienia z charakterystycznym w demokracji przedstawicielskim deficytem. O sprawach niepewnych reprezentacja postanawia wbrew woli większości i w najgorszym wypadku przegrywa następne wybory — najczęściej jednak w trakcie wyborów ludzie mają na głowie inne problemy i darowują, kiedy w sprawach niepewnych zapadły decyzje wbrew ich woli. Dzieje się tak dlatego, że w życiu od samego przekonania ważniejsza jest siła jego przeżywania — ludzie, którzy są często „raczej przeciw”, nie będą kruszyć kopii i ostatecznie zgodzą się nawet być „za”, bo na sprawie im nie dość zależy. Siłę przekonań mierzy się emocjami i stąd często argument trafia w próżnię, natomiast uczucia można uśpić albo ukoić. Każdy menedżer wie, jak się posłużyć metodą marchewki i kija. Jeśli potrafimy coś obiecać i jeszcze troszeczkę postraszyć, to zwykle emocje obracają się w naszą stronę. W polityce obiecuje się, że będzie lepiej, co w odniesieniu do Unii jest argumentem zasadnym. Zachodnia Europa połączona będzie większym i mocniejszym rynkiem, a niepołączona (to jest kijek) może zaznać dalszej degradacji i przestać być drugą gospodarczą potęgą (przez wieki różne kraje Europy walczyły o pierwszeństwo — dziś wspólnie walczą o srebro, bezpowrotnie utraciwszy złoto). Utrata przewagi owocuje frustracją i można się o tym przekonać najbardziej na granicy, gdzie młodzi austriaccy Grenzschutze biją europejskie rekordy niegrzeczności, a nawet agresji (konkurencja jest dość mocno obsadzona i można w niej znaleźć pracowników angielskiej Imigration, a także, na wschodniej granicy, pracowników naszego WOP). Można wierzyć, że z czasem frustracje przeminą, a przynajmniej przeminą wewnętrzne unijne granice i mam nadzieję, że za dziesięć lat zabiegi o pozyskanie życzliwości wśród sąsiadów staną się tylko wspomnieniem, a polityczna współczesność postawi nas przed pytaniem: czego chcemy na przyszłość: superfederacji czy raczej — jak to proponuje Tony Blair i Silvio Berlusconi — Europy blisko związanych regionów. Z dalekiej perspektywy sam udział we wspólnej Europie będzie się wydawał czymś oczywistym, a dzisiejsze zabiegi czymś błahym. Chyba że (ale to aż strach powiedzieć!) nam się nie uda i znajdziemy się w tej samej klasie z Białorusią.A od prawników usłyszałem cichcem głoszoną sugestię pod adresem polityków, którzy stanowią prawo: czyńcie prawo niezrozumiałym, by prawnicy byli niezbędni.


opr. JU/PO

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Polska Europa polityka globalizacja media Opoka natura felieton świat Adenauer Unia Europejska rząd prawa natury globalizm Zanussi zależnosci Intergracja Europejska
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W