Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl


Powrót do strony głównej działu Kultura


Krzysztof Zanussi

Fachowiec wie lepiej?

Pożyteczne niemieckie słówko Besserwisser określa kogoś odznaczającego się niewinną przemądrzałością, a tymczasem przemądrzałe bywają najczęściej podrostki, a Besserwisser to kategoria dotycząca ludzi często na wysokich stanowiskach, dobrze usytuowanych w społeczeństwie. Bardzo nie lubię siebie w roli Besserwissera i dlatego zwalczam pokusę udzielania rad różnym fachowcom, którzy powinni znać się lepiej ode mnie na różnych ważnych sprawach. Czasami po prostu gryzę się w język, żeby się powstrzymać od udzielania dobrej rady, bo wiem, że jest ona obraźliwa dla tych, co całe życie zajmują się branżą, o której ja mam wiedzę powierzchowną, zasłyszaną albo wyczytaną z gazet. Cóż jednak począć, gdy samo życie zestawia ze sobą fakty, które mogę oglądać gołym okiem, i wnioski, które wyciągam, nie zgadzają się nijak z tymi, które sugerują mi fachowcy.

W gazecie, którą czytam w samolocie lecącym do Montrealu, władze mojego stołecznego miasta kategorycznie odrzucają wizję budowy trzeciego pasa startowego na Okęciu i planują lotnisko odległe o pięćdziesiąt kilometrów od Warszawy. W Kanadzie w wyniku podobnego rozumowania kilkadziesiąt lat temu powstał obiekt odległy o pięćdziesiąt kilometrów jazdy wygodną autostradą. Dziś nowoczesne lotnisko Mirabelle uważane jest za pomnik niefrasobliwości i służy sporadycznie do przyjmowania czarterów. Natomiast poczciwy Dorval to dowód, że nawet przy długich lotach czas dojazdu do lotniska jest za drogi, aby go marnować w imię spokoju mieszkańców przedmieścia. Nowe samoloty są coraz cichsze, hałaśliwy Concorde skończył służbę, a niedobitki radzieckich Tupolewów nie mogą już lądować na unijnych lotniskach, więc wygląda na to, że sytuowanie lotnisk daleko od miast jest nierozsądne. Uciążliwe sąsiedztwo lotniska wpływa na ceny nieruchomości, co może zostać zrekompensowane właścicielom, ale ostatecznie decyduje dobro wspólne, a nie partykularny interes.

Gdyby przemądrzałość nie była paskudną przywarą, powiedziałbym głośno, że władze Warszawy chyba niewiele latają, skoro nie wiedzą tego, co ja wiem jako pasażer. Muszę się jednak powstrzymać od podobnych twierdzeń, bo powinienem zachować zaufanie do legalnej władzy i jej fachowych doradców. Niestety, codzienne drobne doświadczenia podważają moje przekonanie, że fachowiec na pewno wie lepiej.

Moja żona zwichnęła rękę w łokciu, trzeba było założyć gips i zrobiono to w jednym z warszawskich szpitali na ostrym dyżurze. Żona w życiu nosiła różne gipsy i od początku przekonywała lekarza, że źle wywiązuje się z zadania, ale to lekarz jest fachowcem, a pacjent powinien mieć do niego zaufanie. Gips nie spełniał jednak swojej funkcji, więc po paru dniach inny lekarz w tym samym szpitalu obejrzał dzieło kolegi i orzekł, że gips jest fatalnie założony, zdjął go i założył od nowa. Niestety, drugi gips także okazał się nieskuteczny. Wreszcie trafił się dobry sztukator. Gips trzyma, ale nasze zaufanie do autorytetów trochę puszcza.

Wygłaszałem w Kanadzie parę odczytów o przemianach mentalności w Polsce w trakcie transformacji ustrojowej. Najtrudniej przychodziło mi mówić o zmianie stosunku do pracy, bo tu postęp jest często niemierzalny, a to że odstajemy od rozwiniętego świata, jest widoczne dla każdego gołym okiem. Odstawanie to widać dotkliwie, kiedy się wraca do kraju, bo wszystko co dobre na świecie wydaje się oczywiste, a co złe zaraz rzuca się w oczy.

Marny stosunek do pracy odczuwam nawet w Kościele, który z natury powinien być wolny od przywar minionej epoki, a tymczasem niedawne doświadczenie z pochówkiem pewnej osoby wzbudziło me podejrzenie, że może jest całkiem inaczej. Zmarła osoba prosiła przed śmiercią, by msza pogrzebowa odprawiona była po łacinie, co miało sens praktyczny, jako że we mszy miało uczestniczyć kilkoro cudzoziemców, których nie łączył żaden wspólny język, a wszyscy byli wierzący i należeli do pokolenia, które pamiętało ministranturę po łacinie. Indagowany w tej sprawie ksiądz, będący urzędnikiem na cmentarzu, odmówił spełnienia prośby, nie podając żadnych przyczyn poza tym, że nie i już. Zrobił tym przykrość rodzinie i przyjaciołom, bo nie pozwolił, by uszanowano wolę zmarłej i zmarnował okazję do wspólnej modlitwy, ale postawił na swoim, ukazując — jak to było w socjalizmie — że władza jest w rękach tego, kto wykonuje usługę, a nie tego, który jest obsługiwany. Ale czy osądzając kościelnego urzędnika na cmentarzu nie jestem np. Besserwisserem, który nie wie, że jest jakaś nieujawniona instrukcja, by walczyć z lefebryzmem, który może przybierać postać liturgii po łacinie? Podejrzewam, że to właśnie tłumaczenie okaże się przemądrzałe, a tymczasem rzeczywistość jest tak prosta jak zwykła ludzka niewrażliwość na potrzeby drugiego człowieka. Marny stosunek do pracy to zasada, dzięki której często jawimy się jako społeczeństwo ludzi sfrustrowanych.


opr. JU/PO

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Polska patriotyzm Europa społeczeństwo Opoka felieton Polak wybory USA nauczyciel mentalność Kaukaz Kalifornia Zanussi gubernator ludzie schwarzenegger