Kiedy ostatni raz zdobyłeś jakiś ostry szczyt w życiu, anawim – apostoł zaczepił młodego Żyda, kładąc mu szorstką dłoń na chudym ramieniu. Szelomo Ben Josef nigdy nie żałował, że odłączył się tamtego dnia od grupy rabbiego Apollosa i zuchwale, pod wodzą Pawła z Tarsu, ryzykownie - w deszcz i na odkrytym słońcu - wędrował przez urwiste wzgórza Taurus do Efezu. Cierpiał głód oraz pragnienie, nie dosypiał, zdrapywał brud ze skóry kawałkiem drewna ale czuł jak nigdy przedtem, że duszę przepełniło mu szczęście. Kilka dobrych lat przeżył zamknięty we wspólnocie joannitów. Na ścianach domu Apollosa, dosłownie wszędzie wisiały portrety Jana Chrzciciela znad Jordanu. Apollos był prawym człowiekiem, głębokim chrześcijaninem i mądrym nauczycielem. Przekazał im ducha pokuty. Codziennie polewał ich głowy wodą święconą, autentycznie cierpiąc nad grzechami pogańskiego świata. Ale dopiero pod wodzą Pawła z Tarsu, Szelomo Ben Josef zaczął pojmować szeroką myśl Chrystusa. Wyruszył w niebezpieczną drogę, na której nie liczyła się osobista asekuracja lecz właśnie to, by życie dać w zastaw. Już na wejście apostoł zaskoczył grupę śmiałków, którzy zdecydowali się przekroczyć niebezpieczne szczyty Taurus. Nawet imponujący wszystkim, młody, inteligentny i wrażliwy Jan Marek zdezerterował u podnóża gór, czym doprowadził Pawła do wybuchu gniewu i nieprzyjemnej dyskusji. Apostoł polecił wszystkim, aby rozproszyli się i próbowali samotnie, w zaufaniu do Boga, ze skupieniem wewnętrznym i roztropnie otwartymi oczami, pokonywać wzgórza Taurus – idziemy niezależnie. Trzeba męstwa. Będziemy widzieć się tylko z odległości. Gdyby ktoś potrzebował ratunku, niech nawołuje. Zejdziemy się na ostatnim, prostym stoku przed drogą otwartą do Efezu – powiedział Paweł z Tarsu i zniknął reszcie z oczu. Szelomo Ben Josef nigdy nie zapomni ciemnych nocy pod wzniesieniami Taurus, kiedy potężne skały zdawały się spychać go na dno przepaści. Nie zapomni próby samotności. W szkole Apollosa godzinami śpiewał psalmy, dużo pościł, klęczał wraz z innymi na wilgotnej podłodze, z rękoma wzniesionymi ku górze Synaj. Nie był wtedy daleko od Chrystusa ale gdzieś pod serce wbijała mu się pokusa, jak chłodne ostrze noża, że jednak świat posiadać może większą siłę od Boga. Paradoksalnie, pasywna dewocja stanowi pierwszy stopień do zwątpienia. Dopiero na szlaku stał się jedno z Chrystusem. Nagle silny wiatr uderzył go z boku, a Szelomo upadł, podcięty zimnym smagnięciem powietrza. W ostatniej chwili zdołał chwycić się ostrego kamienia pod stopami, by nie polecieć w dół. Zerwał się stanowczo na nogi i nabrał pełnego oddechu w płuca. Wówczas na pobliskim wzgórzu spostrzegł łysinę Pawła z Tarsu, który przyglądał się tej szamotaninie z dumnym lecz przyjaznym uśmiechem. Apostoł na kilka dni przed wyprawą przez góry Taurus ostrzygł sobie głowę w Kenchrach.
Z jednej strony słowo Jezusa do uczniów o tym, że rozproszą się, brzmi jak ostrzeżenie (por. J 16, 32). Jeśli w duszy stan braku skupienia przedłuża się, grozi poważną utratą wewnętrznych sił. Z drugiej jednak strony wyraźnie czuć, że Chrystus nie lęka się chwili, w której uczniowie rozproszą się do apostolskiej roboty. Moc ducha wnosi cokolwiek do Bożej sprawy tylko wówczas, gdy z ćwiczeń rekolekcyjnych na sucho przechodzi w misyjną praktykę. Paweł z Tarsu ryzykuje śmiercią przeprawę przez góry Taurus do Efezu, bo zna moralne możliwości uczniów, których tam zastanie. Przyjęli Chrzest ale nie korzystają z pełnej potencji sakramentu (por. Dz 19, 1-2). Chrystus musiał powołać Pawła, aby nie zmarnowała się pobożność Apollosa. Pomysł sprowadzenia roli Kościoła do poziomu prywatnej dewocji to nie efekt katolickiej refleksji lecz zalękniony kompleks marksizmu kulturowego. Dosadnie udowodnił to pani poseł Klaudii Jachirze redaktor Krzysztof Stanowski, twierdząc, iż motywującego do walki zawołania: Bóg – Honor – Ojczyzna, społeczeństwo w chwili próby będzie potrzebować bardziej niż amunicji na polu bitwy.
Wciskać więc katolicyzm kolanem do zakrystii, znaczy mniej więcej to samo, co narowistego mustanga zmuszać do chłeptania świńskich pomyj z koryta. Zrozumiałe, jeśli żądają tego spadkobiercy marksizmu. Ale co, gdy śnią o tym ludzie z wnętrza Kościoła?