Upał w Rzymie łagodniał z reguły na przełomie września ale w tym roku inaczej – dziwił się papież, rozpinając sutannę pod szyją. Wypił łyk chłodnej wody ze szklanki. Temperatura nie schodziła poniżej trzydziestu stopni tak, że nawet wieczorami duszny upał trzymał za gardło. Właśnie dziś, to jest 16 września 1964 roku, podczas trwania trzeciej soborowej sesji, Paweł VI umówił się z kardynałem Wyszyńskim na wspólne odmówienie komplety w prywatnej kaplicy. Cóż to za konsekwentny, jednolity typ człowieka – myślał Ojciec święty, spoglądając na wątłe plecy polskiego Prymasa, gdy oddalał się w stronę drzwi wyjściowych papieskiego apartamentu. Wyszyński zabrał głos w auli soborowej tego dnia przed południem. Podczas wystąpienia kardynała, przez głowę Pawła VI przeszła myśl, że to polski Prymas powinien być na jego miejscu w białej sutannie. Wyszyński nie spierał się z nikim. Być może to zmieniało Go w duchową skałą. Nie wikłał się ani w modernizm – papież delikatnie uśmiechnął się do lewej strony auli, skąd w czasie przemówienia Wyszyńskiego dało się wyczuć nerwową ciszę – ani nie dał się pochwycić na marsowe miny tradycjonalistów. Prymas Polski, 16 września 1964 roku prosił Ojca świętego, również w imieniu towarzyszących mu biskupów, by ogłosił Maryję Matką Kościoła. Opowiadał o roli, jaką Dziewica odegrała w najtrudniejszych momentach dziejów Polski. Ale dla Polaków – świadczył dobitnie Wyszyński – zawsze była pomocą i ratunkiem. Kościół i świat, zdaniem Prymasa, drepcze nonszalancko nad krawędzią przepaści. Trzeba ludzkość oddać macierzyńskiemu sercu Najświętszej Maryi Panny. Gdy Paweł VI wychodził zamyślony z auli, gdzieś w korytarzu Jaques Maritain – nie podnosząc wzroku, bez słowa komentarza – przekazał papieżowi rozproszony plik papierów, z pierwszą stroną pod tytułem: katechizm holenderski. Teraz po komplecie papież zamierzał kończyć jakoś ten intensywny, upalny dzień. Na biurku kardynał Wyszyński zostawił swoje pismo – memoriał polskich biskupów z prośbą o publiczne ogłoszenie tytułu Matki Kościoła. Ojciec święty wyjął z szuflady książeczkę do nabożeństwa po łacinie, kładąc obok skoroszyt katechizmu z Niderlandów. Przeczytał wolno pierwszą stronę, po czym przeniósł wzrok na książeczkę do nabożeństwa. Odmawiał ją od pierwszej Komunii świętej. Znalazł punkt z litanią loretańską, wziął do ręki pióro i kawałek białej kartki. Na dłuższą chwilę skrył twarz w dłoniach, po czym zamoczył pióro w atramencie, pisząc pierwsze słowa, jak tytuł nieogłoszonego nigdy, papieskiego dokumentu: „Wyznanie Wiary Ludu Bożego – Credo Pawłowe”. Odczyta je we fragmentach przed światem i biskupami dopiero 30 czerwca 1968 roku, mając dużo mniej odwagi niż Wyszyński.
Dlaczego uczniowie, zaraz po wstąpieniu Chrystusa na prawicę Ojca do chwały wiecznej, pokonują kilometr drogi szabatowej i wracają do Wieczernika (por. Dz 1, 12)? To jeden z najkrótszych ale najbardziej wzruszających momentów Nowego Testamentu. Za życia Jezusa z Nazaretu apostołowie z reguły nie wiedzieli, kim naprawdę są, ani co istotnie należy robić. Teraz widzą jasno i wyraźnie, a potwierdza to fakt, że do sali na górze nie zapomnieli zaprosić Matki Bożej. Są bardziej niż świadomi, iż jako rodzina Kościoła przetrwali dramat ukrzyżowania, oparci na wierze Maryi z Nazaretu (por. J 19, 25). Od tej chwili będzie im zawsze potrzebna. To Jan ewangelista nauczy chrześcijan, że jak Dziewica weszła w rolę Matki ocalonego Kościoła, tak z biegiem czasu Kościół będzie Matką ocalenia dla wierzących. Ksiądz profesor Jerzy Szymik w jednym z wywiadów, medytując nad wielką teologią Josepha Ratzingera, przypomniał znaczenie niezastąpionej triady: Bóg – Chrystus – Kościół. Nie da się bowiem poznać, jaki jest Bóg bez Chrystusa – mówił Szymik – ale można boleśnie pomylić się nawet co do Chrystusa, ignorując Kościół.
Niektórzy sądzą, że ostatni apokryf – czyli tajemny, bezimienny dokument, imitację ewangelii, tekst nie natchniony, to fakt lecz o znaczącej wartości historycznej – spisano w piątym wieku po zmartwychwstaniu Jezusa z Nazaretu. Tak naprawdę jednak, epilogiem ostatniego apokryfu będzie Kościół, który do chwili, aż Pan powróci – maryjnym piórem – jeszcze raz i odnowa, pośród sprzecznych komentarzy, usiłuje przepisać, zrozumieć i opowiedzieć historię zbawienia w Chrystusie. To największa odpowiedzialność Kościoła, co do której nie może się pomylić.