Faryzeusz Szymon zaprosił Jezusa do swojego domu, ale nie okazał Mu żadnego z gestów gościnności, które w tamtej kulturze były oczywiste: nie podał wody do obmycia nóg, nie powitał pocałunkiem, nie namaścił głowy oliwą. Zaprosił, ale z dystansem. Kobieta, która weszła niezaproszona, zrobiła to wszystko, co Szymon pominął, i zrobiła to ze łzami, włosami i drogim olejkiem. Grzechy jej życia zamieniła w gest miłości.
Szymon widzi w tej scenie skandal, a Jezus widzi wiarę. Opowiada przypowieść o dwóch dłużnikach: jeden winien pięćset denarów, drugi pięćdziesiąt. Wierzyciel darował obu. Który z nich będzie go bardziej kochał? Odpowiedź jest prosta i Szymon sam ją daje: ten, któremu więcej darowano. Nie wie jeszcze, że właśnie wydał wyrok na samego siebie. Bo to on jest tym, który kocha mniej. Szymon wcale nie jest lepszy od owej kobiety. On po prostu nie widzi swojego długu.
„Odpuszczone są jej liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowała”. Te słowa łatwo zrozumieć opacznie. Nie chodzi o to, że miłość jest ceną, za którą kupujemy przebaczenie. Jest odwrotnie: kobieta kocha tak bardzo, bo doświadczyła przebaczenia. Jej łzy, pocałunki i olejek nie są zapłatą, lecz odpowiedzią serca, które zrozumiało, ile mu darowano. Święty Grzegorz Wielki zauważa, że wszystko, czym wcześniej grzeszyła, oczy, usta, włosy, teraz oddaje Chrystusowi jako narzędzia pokuty. Jej przeszłość nie znika, ale zostaje przemieniona. Komu z nas odpuszczono mało? Nikomu. Pytanie brzmi, czy o tym pamiętamy.