Upadek zabobonu

Zabobon to chimera duchowości. Najczęściej, w postaci nieodpartej pasji, religijnego pomieszania impulsu z pokusą, bierze w posiadanie wnętrze ludzi wpływowych. Władcze elity brną uporczywie po kres manipulowania boską potencją według dowolnej zachcianki. Z reguły nie stać ich na rzetelny przełom duchowy, nie mówiąc już o moralnym, przez które normalny człowiek stopniowo dosięga Stwórcy. Nie, grupa sobie decydentów namiętnie tęskni za atrybutami boskości bez Boga. Aby zaspokoić więc nierozumne pożądanie absolutu, nie zamierza nawrócić się lecz musi stworzyć zabobon – przekorną, w istocie komiczną namiastkę duchowości. Dziwne, że tak łatwo znajdą sobie z nagła współwyznawców. Bo zabobon to nie tylko przekonanie o absolutnym pechu, który musi się stać, gdy człowiek przypadkiem przejdzie pod rozkraką. Pijane oblicze współczesnego zabobonu to polityczny fanatyzm. Co prawda, jedni przez zabobon nawet przedrą się jakoś do progów metanoi ale drugich zabobon odczłowieczy. Koniec lutego 628 roku, a czoło szacha Chosrowa II Parwiza, z perskiej dynastii Sasanidów, pokryte gęstym potem. Za oknami tonącego w przepychach pałacu w Ktezyfonie, ciągną gdzieś znad rzeki Tygrys niskie temperatury i chłodne powiewy wiatru. Liżą złowrogo, śmiertelnie zimnymi jęzorami tłusty kark i otyłe plecy króla. Chosrow co wieczór, od ponad czternastu lat, czyli od chwili rabunku szczątków Krzyża Świętego z podbitej Jerozolimy, schodzi do pałacowej piwnicy i rozkazuje niewolnikom dźwigać po schodach zamkniętą skrzynkę, w której przetrzymuje skradzione relikwie. Krzyż drażni go i fascynuje. Kocha go jakimś pierwotnym poruszeniem duszy ale po refleksji, patrząc z innej perspektywy – nienawidzi! Skrycie pragnie objąć krzyż i marzy, by mieć nad skołataną głową większą osłonę. Jednocześnie odrzuca go daleko, czasem ciskając relikwiami krzyża po podłodze dla zabawy. Przez te wszystkie czternaście lat, zaraz po kolacji, odprawiał swoje kochanki, a na parapecie sypialni ustawiał posążki Ahura Mazdy. Uknuł specjalny rytuał. Niewolnicy w stosownym momencie mieli przynieść skrzynie z dołu i zniknąć. Chosrow II Parwiz pozorował wtedy duchową bitwę między krzyżem a pogańskimi figurkami. Intensywnie wyglądał rezultatu starcia, myśląc, jak przebiegnie walka i co ostatecznie zwycięży. Siła, która rozstrzygnie zapasy na swoją korzyść – rozmyślał – będzie moim naczelnym bóstwem. Albo Chrystus w postaci krzyża albo Ahura Mazda w niepoliczonej postaci. I co noc, przez czternaście lat, nie działo się nic. Tylko niewolnicy szeptali pokątnie o coraz większym szaleństwie szacha. Tylko do granic niegdyś wielkiego imperium zbliżały się ze wszystkich stron obce wojska ale Chosrow już nie udzielał audiencji, nie decydował, nie zasiadał w trybunale, nie wypłacał kontrybucji, nie wspierał ubogich i nie dogadzał swoim kobietom. Nie nadstawiał nawet ucha na sprzeczne donosy dygnitarzy. Absolutny władca, zdolny wprowadzić swój kraj ku bezpiecznej przyszłości, zamienił się w dziecinnego gapia, co suchymi palcami i wydętymi wargami rozgrywa sobie pole bitwy między krzyżem a bożkami. Dziś, to jest 28 lutego 628 roku, był bardziej niż pewien, że zobaczy wreszcie upragnione rozstrzygnięcie. Generał wojsk perskich, posiwiały, coraz bardziej milczący Sharbaraz, w smutku i bólu śledził całą tę scenę z balkonu królewskiego pałacu. Szach ustawił więc figurki bożków, a naprzeciwko nich relikwie krzyża i patrzył w milczeniu zaklęty, krańcowo podniecony. Nic nie było w stanie oderwać go od widowiska. Nie umiał dostrzec już, jak pod okna pałacu perskiej stolicy podpełza pożoga prawdziwej batalii. Ale generał Sharbaraz potrzebował decyzji szacha i jego podpisu na dekrecie. Postanowił zejść więc na dół kolumnadą. Położył śmiało, zdecydowanie rękę na ramieniu Chosrowa, a ten nieomal zranił go sztyletem ze złości. Najwyższy, dość – to twardy szept wojskowego przebił uszy fanatycznego władcy – wojska bizantyjskie z cesarzem Herakliuszem stoją u bram. Potrzebuję twoich rozkazów. Poczekaj, generale – oczy szacha przypominały półprzymknięte źrenice narkomana - wiem, że dziś coś zwycięży. Że odkryję prawdziwe bóstwo i nabędę jego mocy dla siebie. To, na co czekasz, dawno już zostało rozstrzygnięte – wściekły generał kopniakiem rozrzucił posążki Ahura Mazdy z parapetu – nie dostrzegasz nawet, że krzyż cię przemógł. Przeklęty kraj bez przyszłości, w którym rządzący bardziej oddają się pasjom zabobonu, propagandy czy wzajemnego oszczerstwa, niż bezpieczeństwu.  

Badania archeologów udowadniają istnienie niepoliczonej ilości kopalń miedzi, jakie od trzynastego wieku przed Chrystusem budowano na terenach antycznej Araby. Natomiast w okolicach miejscowości Meneijech – dzisiaj Timna - udało się odnaleźć figury wyrabianych z miedzi wężów. Miejscowej, pogańskiej wówczas jeszcze ludności, służyły za talizmany. Dokładnie tą drogą przez Arabę pójdą Żydzi, pierwszy raz doświadczając wolności wyjścia z Egiptu. W tamtym momencie silna, pierwsza wiara w jedynego Boga, uchroni biblijnych pielgrzymów przed pokusą zabobonu. Oszukać czymś człowieka, którego ducha wyrobiła pustynia, to najtrudniejsza rzecz na świecie. Palące węże, deptane stopą Bożego wędrowca, zostaną nazwane po hebrajsku saraf – latające gady (por. Lb 21, 6). Z czasem jednak przestaną straszyć. Bo wiara określi ich pięknym, kojącym i bezpiecznym terminem serafin – nie wąż, który kąsa i niszczy lecz anioł Pana, który chroni.

Nie ma co lękać się o wynik bitwy między krzyżem a zabobonem. Walka została rozstrzygnięta raz na zawsze.

« 1 »