Podobieństwo wszystkiego do wszystkiego?

Język jest plastyczny, a papier i ekran komputerowy zniesie dowolnie spreparowane treści. Gorzej z naszym mózgiem. Jeśli nie chcemy, aby faktycznie upodobnił się do mózgu muchy (jak sugeruje clickbajtowy tytuł filmiku), warto zastanowić się nad tym, co do niego trafia, uznać że ludzkie słowo jest niedoskonałe i niewystarczalne i otworzyć się na mocniejsze słowo: żywe Słowo Boże.

Czy mikrotargetowanie, które sprawiło, że na moim telefonie wyświetlił się film pt. Ludzki mózg jest bardzo podobny do mózgu muchy, należy uznać za trafione? Filmu co prawda nie kliknąłem, ale ostatecznie jednak odnoszę się do niego niniejszym felietonem. Notabene, zgodnie z ogólną modą nieustannego robienia w konia użytkowników internetu, ten clickbajtowy tytuł filmiku stanowi być może negatyw propagowanych w nim treści. Kto ciekaw, niech sam obejrzy, nie zachęcam i nie zniechęcam, od lokowania produktu się odżegnuję, ekran dalej scrolluję (rym niezamierzony).

Wynajdywanie podobieństw

A jeśli tytułowe przesłanie było „na poważnie”? Z pewnością można się zgodzić na jakieś podobieństwo człowieka do muchy, pod warunkiem, że najpierw uzna się jeszcze większe między nimi niepodobieństwo. Mimodram Ireneusza Krosnego pt. Mucha i miód śmieszy właśnie dlatego, że odgrywa go człowiek „wcielający” się w muchę (tym razem zachęcam do oglądnięcia). A owady te, na ile mi wiadomo, nie siedzą przed swoimi mini-ekranami i nie klikają w swoje mini-youtubowe filmiki pt. Muszy mózg jest bardzo podobny do mózgu człowieka, nie sądzę też, żeby dla rozrywki odstawiały skecze pt. Człowiek i miód.

Żyjemy w czasach doszukiwania się podobieństwa, gdzie tylko się da i gdzie się nie da. Człowiek-małpa to tylko stacja przejściowa, mało dziś odkrywcza. Opatrzyły się już podobieństwa ludzkiej i świńskiej genetyki, inteligencji i zachowań. Być może zażalenie złożyły świnie, którym podłożoną taką świnię (zapewne uczyniły to po lekturze Folwarku zwierzęcego). Na obecnym etapie dziejowym przyszła kolej na psy, ale na horyzoncie jawią się już owady. W dalszej kolejności czeka pantofelek, bohater wiersza Andrzeja Bursy, który to utwór choć łatwo zapada w pamięć, ze względu na niecenzuralność nie może zostać na Opoce zacytowany (można wyguglać).

À propos. Kto pokona człowieka-muchę? Człowiek-kapeć. Niby taki pantoflarz, ale wystarczy że niewiasta kiwnie, a już uśmierca skutecznie nie tylko człowieka-owada, ale i człowieka-pajęczaka (spider-mana). My tu gadu-gadu o podobieństwie człowieka do organizmów żywych, a przecież jeszcze istnieje przyroda nieożywiona. Czy między takim powiedzmy kamieniem a „osobą człowieczą” daje się zauważyć jakieś powinowactwo? Już Zbigniew Herbert dowiódł, że cechą wspólną jest zdolność widzenia: kamyki „do końca będą na nas patrzeć/ okiem spokojnym bardzo jasnym”. To nawet więcej niż ludzkie, skoro o człowieku mającym kamienne oblicze nie powiemy, że zerka na nas „okiem spokojnym bardzo jasnym”. Podobieństwo jest więc niesymetryczne, na niekorzyść człowieka.

W gronie kultowych cytatów znajduje się ten pochodzący z filmu Miś: „Z twarzy podobny zupełnie do nikogo”. Dziś należałoby ten zasłużony bareizm strawestować następująco: „Z twarzy podobny zupełnie do wszystkiego”. Żarty żartami, ale od biedy można by mówić o podobieństwie wszystkiego do wszystkiego, pod jednym wszak warunkiem: że takie doszukiwanie się podobieństwa będzie ograniczone do bardzo wąskiego zakresu. Bo istotnie między dowolnie istniejącymi bytami jakaś pokrewność występuje, choćby ta najbardziej podstawowa: że każdy byt został stworzony, a jako taki — daje się porównywać z innymi stworzeniami. Inaczej nie można by niczego powiedzieć — ludzki język po prostu tak ma, że posługuje się metaforami z tego świata, tak poznaje. Stworzenie to gabinet luster, w którym wszystko odbija się we wszystkim, w ten sposób pozwalając zidentyfikować podobieństwa i jeszcze ważniejsze niepodobieństwa. „Contrast is the mother of clarity”, powtarza Os Guinness, pra-prawnuk „tego” Guinnessa.

Granice podobieństwa

„Niepodobieństwo w podobieństwie” zachodzi również między Stworzycielem a stworzeniem. Jak przypomniano w Katechizmie Kościoła katolickiego, trzeba „pamiętać, że gdy wskazujemy na podobieństwo między Stwórcą i stworzeniem, to zawsze niepodobieństwo między nimi jest jeszcze większe i że mówiąc o Bogu, nie możemy określić, kim On jest, ale wyłącznie kim nie jest [...]”. Idąc dalej teologiczną drogą, dochodzimy do jeszcze bardziej zaskakującego wniosku: odkąd „Słowo stało się ciałem” (J 1,14), daje się przyrównać do tego, co stworzone. Człowiekiem jest (a nie tylko staje się podobny do niego), ale pozwala się określać na ludzki sposób, ze względu na podobieństwo do stworzonych przez siebie Słowo bytów: „Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało” (J 1,3)

Słowo Wcielone może być zatem i Barankiem, i Lwem, zależy co chcemy oddać z Jego istoty i których wydarzeń zbawczych metafory te miałyby dotyczyć. Otoczony zostanie przez zgraję psów (por. Ps 22,17), ale wspomagany przez Ojca stanie się nieczuły na obelgi, tak że będzie mógł — przez proroka, a zatem ludzkie stworzenie — powiedzieć: „dlatego uczyniłem twarz moją jak głaz” (Iz 50,7). Jeśli już istnieje podobieństwo Wcielonego do kamienia, to węgielnego, albo kamienia obrazy i skały zgorszenia. Ale przecież nie powiemy o Chrystusie, że jest „wypełniony dokładnie kamiennym sensem”, jak kamyk w wierszu „Kamyk”, ani że na Krzyżu był Lwem, a gdy wyrzucał przekupniów ze świątyni — że czynił to w najlepszym stylu Baranka. Nie jest w ogóle podobny do psa, choć do Niego upodabniają się dominikanie, czyli psy Pańskie. Wszelkie podobieństwa mają swoje granice, jak herbertowski kamyk „pilnujący swych granic”.

Jeśli trzeba podobieństw używać tylko w ściśle ograniczonym zakresie, oznacza to, że wolno też granice niepodobieństwa ludziom nieprzyzwoitym przekraczać. I w gruncie rzeczy o to właśnie mi chodzi: chciałbym siebie i Państwa uczulić na tych wszystkich, którzy nielegalnie przekraczają kamienie graniczne. Przy odrobinie złej woli lub niedomaganiu zdrowego rozsądku, za pomocą dętych podobieństw można dokonywać dowolnej transgresji. Zestawianie ze sobą na zasadzie podobieństwa jest to, pisał G.K. Chesterton, „zwyczajna sztuczka, kolejne złudzenie optyczne, które dowolne przedmioty ukazuje w danej relacji dzięki zmianie punktu widzenia”. Jak się okazuje, niemałą rolę w pilnowaniu właściwych granic odgrywa teologia, a głębiej jeszcze — język Pisma Świętego, nad którym reflektują największe głowy.

(Nie)podobieństwo Boga

Taki na przykład Tomasz z Akwinu jedną z kwestii swojej Summy teologii poświęcił nazwom Boga właśnie. Jego zdaniem wszystkie nazwy „orzekamy o Bogu metaforycznie, na przykład gdy mówimy «Bóg jest kamieniem» lub «lwem», lub czymkolwiek tego rodzaju”. Nazwa „lew”, wyjaśnia dalej średniowieczny uczony, „orzekana o Bogu nie znaczy nic innego jak tylko to, że Bóg postępuje w swoich działaniach tak potężnie jak lew w swoich”. Tego rodzaju nazwy są metaforycznym orzekaniem o Bogu. Odnoszą się one w pierwszym rzędzie do stworzeń, a następnie zostają przeniesione na Boga. I, co ważne, ich zadaniem jest wskazanie jedynie pewnego aspektu, żadną miarą nie mówią one wszystkiego o Bogu.

Prócz tego są jednak również nazwy, które przechodzą od Boga do stworzeń. Dotyczą one pewnych doskonałości, które w Bogu istnieją w sposób doskonalszy i wznioślejszy niż w stworzeniach. Powiemy, że Bóg jest „dobry”, „mocny”, „mądry”, a także iż jest „życiem”. Wszystkie te nazwy oznaczają Boską istotę, ale w sposób niedoskonały, właściwy ludzkiemu poznaniu na ziemi. Kiedy używamy tych nazw, chcąc nie chcąc musimy „odbić” się od naszego pojmowania dobroci, mocy, mądrości czy życia. Mimo że doskonałości te istnieją w Bogu w sposób wyższy i uprzedni, to chcąc nie chcąc poznajemy Boga wchodząc także w tym przypadku po szczeblach drabinki: od stworzenia do Boga.

Może najłatwiej zrozumieć to na przykładzie wziętym z Biblii. Otóż pisze autor Listu do Efezjan, że to Bóg jest przede wszystkim Ojcem, a wszelkie ludzkie ojcostwo pochodzi od Niego: „Dlatego zginam kolana moje przed Ojcem, od którego bierze nazwę wszelki ród na niebie i na ziemi” (Ef 3,14-15). Choć zatem doskonałym Ojcem jest tylko Bóg Ojciec, poznajemy Go wychodząc — niestety, niestety! — od ludzkiego, a zatem niedoskonałego pojmowania ojcostwa. A ludzkie ojcostwo jakie jest, każdy widzi, bo albo sam jest ojcem, albo miał/ma ojca. I dlatego właśnie muszą te wszystkie określenia w sposób niedoskonały dosięgać Boskiej istoty, gdyż dopiero w niebie „ujrzymy Go takim, jakim jest” (1 J 3,2).

***

Wszystko to wzbudza, jak sądzę, pewną pokorę co do poznania Boga. Mam nadzieję, że również leczy z pokusy doszukiwania się podobieństw za wszelką cenę i we wszystkim. Nie oznacza to, że należy zrezygnować z poszukiwania podobieństw, lecz że trzeba czynić to mądrze, no i z zachowaniem zdrowego rozsądku, którego dziś jest jak na lekarstwo. Dla mnie jako teologa jest pocieszające, że właśnie sztuka teologiczna może pomóc w ustaleniu właściwej optyki i obronie granicy niepodobieństwa.

 

 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama

reklama