Nest – prezenty z klasą przejdź do galerii

Niewielka tabliczka nad domofonem informuje o Galerii znajdującej się na piętrze domu w spokojnej dzielnicy Pruszkowa, na rogu, gdzie ulica Przemysłowa zaczyna się od Grafitowej. Dzwonię. Pan Sławomir Studziński, właściciel i pomysłodawca firmy Nest, już czeka.

Galeria to dwa pomieszczenia. W jednej podziwiać można i wybrać dla siebie czy dla innych artystyczne prezenty. W drugiej pamiątki myśliwskie. Skąd pomysł na tego rodzaju wyroby? – pytam. „Ludzie zwykle mają problem, co kupić komuś na prezent. Razem z żoną postanowiliśmy robić rzeczy, które na pewno przydadzą się komuś, kto ma absolutnie wszystko. Bo zawsze w domu zmieści się coś, co jest bliskie naszemu sercu, naszym pasjom”.

„Zaczniemy od części, która jest szczególnie bliska mojemu sercu” – proponuje pan Studziński. Wchodzimy do pomieszczenia, które na profilu FB widnieje jako Nest – pamiątki myśliwskie. Wszędzie miedź, brąz i szkło. Wszystko eleganckie, wykonane ręcznie. „Trzeba znać technologię, by przetworzyć metal i połączyć ze szkłem, i jeszcze nadać mu odpowiednią formę zgodną z projektem”.

Uwagę zwraca medal ze św. Hubertem, patronem myśliwych i Polskiego Związku Łowieckiego. „To szalenie inspirująca postać” – uśmiecha się pan Studziński. „Mój ulubiony patron, wzór do naśladowania, kwintesencja życia. Daje nadzieję, że można dojrzeć i zostać świętym”.

Według legendy święty Hubert nawrócił się po słowach jelenia na którego polował w lesie: „Hubercie, jeśli nie zwrócisz się do Pana i nie poprowadzisz świętego życia, pójdziesz do piekła”. Od tej chwili Hubert postanowił zamienić polowania na zwierzynę, na połów ludzkich serc.

W drugim pomieszczeniu dziesiątki artystycznych prezentów. Klucz do otwierania trudnych spraw życiowych, płaskorzeźba św. Jana Pawła II, misternie odwzorowany obraz z Ostatnią Wieczerzą, pamiątki na chrzest: bucik dziewczęcy i chłopięcy, krzyżyki i oryginalna biżuteria. Kamienie naturalne łączone ze szlifowanymi, z elementami metalu. W jednej z szaf dumnie stoją piękne karafki na nalewki zdobione owocami sosny, orzecha, wiśni, czarnego bzu czy listkami mięty. No i ryngrafy. „Ten szczególnie mi się podoba” – wskazuje pan Studziński. „Pamiętam go jako jeden z najstarszych obrazów mojego dzieciństwa. Matka Boża Częstochowska z orłem. Identyczny wisiał nad moim łóżeczkiem”.

Dlaczego szczególnie bliskie są dla Pana pamiątki myśliwskie?

Łowiectwo to moja pasja, ale w wydaniu bardziej intelektualnym. Interesuje mnie historia łowiectwa, przedmiotów, którymi dawniej otaczali się myśliwi. Generalnie, cała kultura łowiecka, zwyczaje z nią związane, przysłowia myśliwskie, gwara, kuchnia myśliwska, która też może być jarska, opowieści łowczych i nieprawdopodobna atmosfera temu towarzysząca.

Historia myślistwa, łowiectwa, to początek pradziejów. Kiedyś całe rody zajmowały się polowaniem. Oprócz tego, że była to jedna z najważniejszych rozrywek, ludzie polowali, żeby przetrwać, żeby przeżyć. Niektórzy twierdzą, że homo sapiens zaczął się rozwijać, kiedy zaczął spożywać większe ilości białka. Ja z tym nie dyskutuję.

Oczywiście, polowanie to pozbawianie życia zwierząt. Wynika to z różnych powodów. Można mówić o gospodarce leśnej, można mówić o gospodarce łowieckiej, o zwierzynie niszczącej uprawy rolników, którzy swoje pola z mozołem uprawiane zastają zdemolowane. Siali zboże, sadzili ziemniaki, buraki i wszystko unicestwiła zwierzyna.

Życie to często dwoistość różnych sytuacji. Tutaj też można mówić, że polowanie jest dobre lub złe. Dobre dla jednego, tragiczne dla drugiego. Życie rozsądza i ustala, co w danym momencie jest bardziej potrzebne. Myśliwi wiedzą, jak polować, żeby było jak najmniej brutalnie i wynikające z konieczności.

Ja nie jestem myśliwym ale staram się zrozumieć to środowisko. Oprócz zwyczajów, są jeszcze przedmioty, którymi się ci ludzie otaczali. I to mnie szczególnie interesuje, to jest bliskie mojemu sercu. Zajmuję się też renowacją. I należę do Klubu Kolekcjonera i Kultury Łowieckiej.

Kiedy zaczęła się Pana przygoda z artystycznymi przedmiotami?

Moja przygoda ze złotnictwem i brązownictwem zaczęła się w 1982 roku ubiegłego wieku. Wtedy razem z żoną założyliśmy firmę rodzinną i prowadzimy ją do dzisiaj. Żona zajmuje się projektowaniem a ja technologią. Z zawodu jestem inżynierem od maszyn i urządzeń okrętowych a żona jest inżynierem chemikiem.

Kiedy zacząłem się tym zajmować, uzyskałem najpierw tytuł czeladnika złotnika, potem zostałem mistrzem złotnikiem, artystą. Przeszedłem wszystkie etapy terminując u znanych warszawskich złotników, którzy rzemiosłem zajmowali się z pokolenia na pokolenie. Naprawdę świetni rzemieślnicy, wspaniali artyści.

Dawniej w ramach Cechu Rzemiosł Różnych działali mistrzowie.

I były szkoły zawodowe…

Żeby na przykład zostać czeladnikiem, trzeba było najpierw odbyć dwuletnią praktykę zawodową. Wtedy dopiero dawało legitymację, by rozpocząć praktykę zawodową.

Szkoda, że to odeszło... Teraz każdy można przyjść i powiedzieć, że chcę zostać czeladnikiem, nieważne czy szewcem czy złotnikiem. Złoży eksternistyczny egzamin i bez drogi zawodowej może to przejść na skróty. No, ale cóż życie przyspieszyło, może tak jest lepiej… Ale moim zdaniem nic nie zastąpi rzetelnej drogi zawodowej, gdzie ludzie muszą przyjść, usiąść, pomyśleć i własnymi rękami zrobić wszystko od początku do końca, a nie obejrzeć na YT i zabierać głos w dyskusji. Rzemiosło zostało okrojone m.in. z tradycji. A uważam, że to niezwykle istotne, byśmy znali początki, widzieli jak coś się rozwija, jak powstaje. Bo tak zgłębiamy wiedzę w danej dziedzinie.

No, ale dzisiaj każdy chce być managerem, skończyć studia pod tytułem bankowość i zarządzanie i spędzić życie przy komputerze.

Może nie da się już tak żyć, że coś się wytwarza własnymi rękami

Chociaż wydaje się, że ludzie próbują robić coś sami, tu i ówdzie powstają małe manufaktury…

Bo tak naprawdę człowiek tego potrzebują, chce być dumny z tego, że coś wytworzył sam. Szkoda, że to nie jest kultywowane, jak w niektórych europejskich krajach

Choćby na przykład takie święto św. Eligiusza, patrona złotników, który jest symbolem uczciwości i nieskazitelności. W niektórych krajach, na przykład we Włoszech, we Francji, tego dnia warsztaty złotnicze nie pracują. To bardzo ważne święto.

Jeszcze w latach 80-tych było całkiem podobnie u nas. Spotykaliśmy się w wolnym dniu, w sobotę, albo w niedziele, starszyzna cechowa i każdy kto chciał zaczynał od Mszy w kościele a potem szliśmy do restauracji na śniadanie i biesiadowaliśmy w swoim rzemieślniczym gronie. To były piękne tradycje…

Ile osób u Pana pracuje?

W najlepszym czasie pracowało tu 25 osób, teraz po pandemii i innych zawirowaniach zostało nas 9 osób. To zawodowcy, ludzie, którzy kochają swoją pracę. Pracują z nami od 15, 20. lat. Mamy też grawera, który tworzy piękne inicjały. To świetni ludzie. Bardzo ich szanuję. Razem wiemy co, zrobić i wiemy jak zrobić.

A jak to jest z odbiorcami, kto jest nabywcą tych dzieł artystycznych?

Na początku sprzedawaliśmy w różnego rodzaju sklepach. Bardzo często jeździliśmy na różnego rodzaju targi i wystawy, ale gdy zaczęła się pandemia, wszystko zostało zakazane a teraz to, moim zdaniem, straciło sens. W związku z tym doszliśmy z żoną do wniosku, że z handlem przenosimy się do Internetu i działamy na zamówienie

Mamy określone wzory, które prezentujemy i które można zamówić. Wytwarzamy niewiele przedmiotów, nasz wyrób nie jest masowy. Jeżeli mamy elementy, to w 3 dni możemy zrealizować zamówienie. Jeśli nie, klient czeka do dwóch tygodni. 

Czy tworzycie też przedmioty na konkretne zamówienie?

Każdego roku dla Polskiej Ligi Koszykówki robimy medale, statuetki i puchary.

Oprócz tego odznaki okolicznościowe. Mamy też dewocjonalia, różańce, krzyżyki, pamiątki do chrztu, chociaż wielkich zamówień z parafii nie mamy. Gdyby były, dlaczego nie?... To temat też dla nas bardzo ważny. Mamy też klientów z sejmu, senatu, polityków. Tworzyliśmy przedmioty, które prezydent wywoził przy okazji swoich różnych zagranicznych podróży.

Widzi Pan następców, którzy będą kontynuować Pana dzieło?

Niestety nie. Kolejne pokolenie w mojej rodzinie zajęło się pracą w korporacji. Co ja mogę im zaoferować?... Ciężką pracę w metalu, która wprawdzie może zapewnić przyzwoite życie, natomiast jeśli chodzi o szybką karierę, to nie u mnie, nie tutaj.

Zastanawiam się czasem, dlaczego tak zdecydowali. Może widzieli moje zmagania?... Nie wiem. Szkoda…

Niczego bardziej nie pragnę, jak znaleźć godnego następcę. Nie w tym sensie, że uważam iż robię jakieś wspaniałe rzeczy, inne niż robią wszyscy, ale w tym, by znaleźć kogoś, kto chciałby to pociągnąć, kontynuować. Chodzi o to, by uszanować, by zrozumieć rzemiosło. My zaczynaliśmy w suterenie, takiej przedwojennej kamienicy na Żoliborzu w Warszawie. Potem przenieśliśmy się tu, do Pruszkowa. Robimy z żoną to co kochamy. Udaje nam się żyć i funkcjonować, i od 40 lat rozwijać tę firmę. Mamy szczęście.

« 1 »

reklama

reklama

reklama

reklama