reklama

W obronie słabszych. Dramatyczne świadectwo s. Adelgund, zamordowanej przez radzieckich żołnierzy

„Zobaczyła, że życie trzech dziewczyn jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Stanęła w ich obronie, w pierwszym naturalnym odruchu miłości, każącym chronić bezbronne dziewczyny. S. Adelgund Tumińska została w wyjątkowo okrutny sposób zamordowana przez żołnierzy Armii Czerwonej, wielokrotnie przebita bagnetami” – mówi ks. Dawid Tyborski. 2 lutego biskup pelpliński Ryszard Kasyna wydał edykt w sprawie otwarcia procesu beatyfikacyjnego siostry Tumińskiej.

MK

dodane 04.02.2026 18:36

Dawid Gospodarek (KAI): S. Adelgund Tumińska pochodzi z Kwieków na Kaszubach, z sołectwa Krzyż. Co ukształtowało ją na osobę tak dojrzale zaangażowaną w rzeczywistość wiary, ale też patriotyzmu, edukacji, w ogóle – potrzeb lokalnego społeczeństwa? I wreszcie – w jakich okolicznościach kształtowały się jej cnoty, w których dostrzegamy heroizm?  

Ks. Dawid Tyborski: Przede wszystkim życie wiary i miłość do Polski s. Adelgund wyniosła w domu. To właśnie rodzinny klimat, w którym wiara była naturalnym środowiskiem wzrostu, stanowił zaczątek żywej więzi z Bogiem. Jej tata był nauczycielem, który dbał o to, aby w umysłach i sercach dzieci kwitła miłość do Polski. Za to też był represjonowany. Uczyła się przez przykład rodziców, że zawsze warto być wiernym wyznawanym wartościom, nawet jak oznacza to problemy i niewygodę, że zawsze warto stawiać na autentyczność. Mama uczyła ją sumienności i pracowitości, bardzo jej zależało na tym, żeby w dzieciach było pragnienie zdobywania cnót. Wszystko to było możliwe, dzięki klimatowi miłości, który spajał te wszystkie elementy.

Jak wyglądała droga jej zakonnego powołania?

Kształciła się u Sióstr Franciszkanek od Pokuty i Miłości Chrześcijańskiej w Chojnicach, tam przyglądała się z bliska życiu sióstr. Ich gorliwość, oddanie, miłość i zaangażowanie były pociągające. Wtedy, na ziemiach polskich, było to nowe zgromadzenie dopiero co przeszczepione z Niderlandów. To pewnie wpłynęło na to, że część edukacji i późniejszej formacji zakonnej przeżywała poza granicami Ojczyzny. W 1919 roku wstąpiła do Sióstr Franciszkanek i rozpoczęła kandydaturę. Fundament wiary i sumienności, połączony z przykładem życia ofiarowanego Bogu i bliźniemu, stanowiły naturalny grunt dla powołania. 22 lutego 1921 roku została przyjęta do nowicjatu, otrzymując habit i imię zakonne: S. Maria Adelgund. Pierwszą profesję złożyła 11 grudnia 1923 roku, a wieczystą 11 grudnia 1926 roku w Nonnenwerth w Niemczech.

Przyczyniła się do rozwoju edukacji (zwłaszcza dziewcząt i ubogich) i opieki nad dziećmi, zakładając przedszkola w Chojnicach i Lipnicy, łącząc to jeszcze z pracą pielęgniarską. Nie była jej straszna epidemia tyfusu i ofiarnie wspierała chorych. Jako młoda kobieta miała nieprzeciętne osiągnięcia. Jak wspominane było to jej zaangażowanie? Co znaczyło dla lokalnej społeczności? 

Była rzeczywiście tytanem pracy. Szczególnie cenny jest fakt, że było to możliwe dzięki wewnętrznej dyscyplinie.

Była bardzo wymagająca, ale przede wszystkim od siebie. Jej postawa, chociaż z pozoru wydawała się surowa, nigdy nie była pozbawiona miłości pogody ducha. Wiedziała, że tylko ofiarna miłość pomoże jej dobrze wypełnić wolę Bożą.

W swoim ostatnim liście pisała do sióstr: „trzeba się samemu ofiarować, a to znaczy: przyjmować cierpliwie napomnienia i przykrości od bliźniego, a krzyż i cierpienia od Boga”. To pokazuje jej zdecydowany charakter. On też pomagał jej łączyć wiele funkcji, dbać o wiele dzieł i przy tym wszystkim samej siebie nie zatracić. To samozaparcie było też ważne dla lokalnej społeczności, ponieważ s. Adelgund pomagała w wychowaniu i edukacji młodych pokoleń już młodej i odrodzonej Polski. Sama wychowana w duchu miłości do Boga i Ojczyzny, gorliwie przekazywała ten wzorzec dzieciom i rodzicom. 

Jak s. Adelgund radziła sobie z trudnościami podczas okupacji niemieckiej jako przełożona w Zamartem, gdzie klasztor służył jako schronienie dla przesiedleńców i duchownych, pod nadzorem SS?

Może brzmi to górnolotnie, ale był to czas wielu cichych cudów i Bożych działań. Nie oznaczało to, że nie było lęku, strachu i zagrożenia, ale jej zupełne zaufanie Bożej opatrzności pomogło wspólnotę przeprowadzać przez często ekstremalne trudności i problemy. Niestety tych ostatnich nie brakowało, ponieważ problemem było w zasadzie załatwienie czegokolwiek, od jedzenia, po środki, lekarstwa... do czasu przymusowego przesiedlenia sióstr, heroicznie wywiązywała się ze swojego zadania. 

Mógłbyś przybliżyć okoliczności męczeńskiej śmierci s. Adelgund?

Siostry pracowały w chojnickim szpitalu, a chorych i rannych nie brakowało. Niemcy uciekając, porzucali wszystko, a siostry zakonne nie chciały porzucać chorych. W miarę zbliżania się Armii Czerwonej, starsze i schorowane siostry zostały ewakuowane. Na miejscu pozostało jedynie kilka zakonnic, wśród nich siostra Adelgund. Armię Czerwoną poprzedzała też mroczna sława bestialskich mordów i gwałtów na siostrach zakonnych. Doświadczyły tego szczególnie niedawno beatyfikowane Siostry Katarzynki czy Elżbietanka, Służebnica Boża s. Teodora Witkowska, która oddała swoje życie broniąc godności i czystości swojej współsiostry. Siostry nie pozostawiały sobie wielu złudzeń, ale chorych też nie chciały opuszczać. 

Dzień przed męczeńską śmiercią, s. Adelgund przeżyła pewną zapowiedź i prezentację okrucieństwa rosyjskich żołnierzy. Działo się to 14 lutego 1945 roku, gdy siostra Adelgund wraz z siostrą Adrianą Wentą została zmuszona do towarzyszenia radzieckim żołnierzom podczas przeszukania szpitala. W trakcie tej lustracji jeden z żołnierzy ugodził siostrę Adelgund bagnetem z taką siłą, że upadła na ziemię. Sytuacja nie tylko wydawała się groźna, ale rzeczywiście taka była. Była jednak silnego i odważnego ducha, więc nie dała się zastraszyć. 

Dzień później, 15 lutego, franciszkanki w pośpiechu opuszczały swoje pomieszczenia. Lęk przed konfrontacją z Rosjanami paraliżował wszystkich. Około godziny dziewiątej rano rozległy się krzyki młodych kobiet – pracownic szpitala – które były napastowane przez żołnierzy w kotłowni. Wybuchła panika, a siostry ratowały się ucieczką przez piwniczne okna.

Na dochodzące z piwnicy hałasy i wołania o pomoc zareagowała jednak siostra Adelgund. Bez wahania pobiegła do kotłowni, gdzie zobaczyła, że życie trzech dziewczyn jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie.

Stanęła w ich obronie, w pierwszym naturalnym odruchu miłości, każącym chronić bezbronne dziewczyny. Siostra Adelgund Tumińska została w wyjątkowo okrutny sposób zamordowana przez żołnierzy Armii Czerwonej, wielokrotnie przebita bagnetami. W klasztorze w Orliku jest przechowywany szkaplerz zakonny s. Adelgund, który nosi na sobie wiele dziur zrobionych bagnetami. Miała go na sobie w momencie swojego męczeństwa. 

Zmasakrowane ciało zakonnicy, leżące na węglu w kotłowni, odnalazł ksiądz Brunon Rieband. Ułożenie ciała wskazywało, że tuż przed śmiercią stoczyła dramatyczną walkę z napastnikami. Do końca walczyła, przeciwstawiając się złu.

O oficjalnym pogrzebie w ogóle nie było mowy, żeby nie stanowił manifestacji, która by była próbą zdyskredytowania „armii wyzwolenia”. Szybki pogrzeb, bez trumny, bez wielu świadków, odbył się na tyłach klasztornego ogrodu. Siostra Adelgund spoczywa tam do dziś. 

Dlaczego świadectwo s. Adelgund jest aktualne dziś? Jak może inspirować młodych, kobiety? 

Świadectwo s. Adelgund Tumińskiej pozostaje aktualne, ponieważ dotyka spraw ponadczasowych: godności osoby ludzkiej, odwagi w obronie słabszych, wierności wartościom mimo zagrożenia oraz odpowiedzialności za drugiego człowieka.

Żyjemy w świecie, w którym przemoc, także wobec kobiet, jest tematem niestety aktualnym i przybiera różne formy: psychiczne, seksualne, symboliczne czy systemowe. Historia siostry Adelgund przypomina, że zło nie jest abstrakcją, ale realnym doświadczeniem, na które nie można pozostać obojętnym. Jej postawa pokazuje, że nawet w sytuacji skrajnego zagrożenia można zachować człowieczeństwo i moralny kręgosłup.

Jej życie mówi też, że świętość nie rodzi się w jednym heroicznym momencie, lecz jest owocem codziennej wierności: pracy nad sobą, odpowiedzialności, służby innym i współpracy z łaską. To przesłanie bardzo czytelne również dziś, w świecie szybkich wyborów i doraźnych rozwiązań.

Rozpoczyna się proces beatyfikacyjny. Przekonanie o jej świętości było żywe od początku, dlaczego to tyle trwa? Jakie przed nami kolejne etapy procesu przed nami?

Przekonanie o świętości było żywe od początku, chodź przez wiele lat komunistycznej dyktatury w Polsce musiało być ukryte. Przez wszystkie lata PRL mówienie głośno o ofierze i męczeństwie s. Adelgund było traktowane jako atak na władzę ludową i „przyjaciół” ze wschodu. Większa świadomość jej życia i dar jej ofiary to praca ostatnich 30 lat. Siostry z Orlika pielęgnują pamięć o swojej współsiostrze, są świadkami wysłuchanych łask, a często same są beneficjentkami jej siostrzanego wsparcia. Sława jej świętości roznosi się organicznie po kaszubskiej i kociewskiej ziemi, bardzo silna jest w samych Chojnicach, a wiele osób odwiedza jej grób, który nadal znajduje się w klasztornym ogrodzie. Jej przedziurawiony bagnetami szkaplerz i porwany różaniec od habitu są przechowywane jako cenne relikwie i świadectwo miłości silniejszej niż śmierć. Co jakiś czas wychodzą publikacje jej poświęcone czy są organizowane okolicznościowe wydarzenia i wystawy. 2 lutego 2026 roku biskup Ryszard Kasyna wydał edykt w sprawie otwarcia procesu beatyfikacyjnego siostry Tumińskiej na terenie diecezji pelplińskiej. Do 30 kwietnia ogłoszono czas na przekazywanie materiałów, zdjęć, listów, wszystkiego co się wiąże z jej postacią. Tę część nazywamy procesem informacyjnym, po którym odbędzie się oficjalne rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego na etapie diecezjalnym. Sprawa zyskała już akceptację Konferencji Episkopatu Polski i Stolicy Apostolskiej.

Co każdy z nas może zrobić?

Wielką pomocą w procesie, której każdy może udzielić, będą trzy rzeczy: udostępnianie i przekazywanie sobie informacji nt. jej życia i samego procesu, odwiedzanie jej grobu, najlepiej regularnie, oraz, co oczywiste, modlitwa w intencji jego rychłego zakończenia. Do czego gorąco zachęcam! Każdy z nas potrzebuje inspiracji, aby kochać bardziej. Siostra Adelgund kochała do końca, na wzór i podobieństwo Boskiego Oblubieńca – Pana Jezusa.

***
Ks. Dawid Tyborski, członek Świeckiej Wspólnoty Pasjonistowskiej, autor projektu Via Sanctorum i wikariusz w Parafii pw. Św. Marcina z Tours w Sierakowicach na Kaszubach.

1 / 1

reklama