Francuz jak Węgier

Po zwycięstwie Nicolasa Sarkozy'ego w wyborach prezydenckich we Francji

Nic takiego się nie stało. Wynik francuskich wyborów mógłby posłużyć wręcz za reklamówkę ośrodków badania opinii.

Miało być 53:47 i było. Frekwencja miała wynieść 85 procent i taka była. Miało dojść do zamieszek na paryskich przedmieściach, zamieszkałych przez arabskich imigrantów, i doszło. A jednak cała Europa przyglądała się francuskim wyborom prezydenckim z zapartym tchem. I natychmiast po decyzji wyborców zabrała się do komentowania.

Droga na prawicę

Dominującym motywem wszystkich komentarzy jest słowo „zmiana", z pozoru kompletnie niezrozumiałe. No bo zwycięzcą okazał się polityk od lat obecny w kręgu władzy. Wielokrotny minister, jedna z bardziej wyrazistych postaci francuskiej i europejskiej polityki Nicolas Sarkozy. Jego konkurentka, Segolene Royal, również jest postacią znaną i w miarę obliczalną. Tak jak na początku V Republiki starcie wyborcze odbyło się pomiędzy reprezentantem umiarkowanej prawicy i lekko radykalizującego skrzydła partii socjalistycznej. W odróżnieniu od tego, co zdarzyło się przed pięcioma laty, sukcesu nie odniósł ani populista Le Pen, ani wywodzący się spoza klasycznych układów politycznych Francois Bayrou, choć ten ostatni zdołał pozyskać znaczne poparcie w pierwszej turze.

Mimo obliczalności i braku politycznych niespodzianek wynik francuskich wyborów oznacza, że przynajmniej jedna obietnica wyborcza zostanie wypełniona. Pani Royal przyrzekała, że po jej zwycięstwie Francja stanie się VI Republiką. I stanie się nią. Także po zwycięstwie Sarkozy'ego.

A może nawet bardziej po zwycięstwie Sarkozy'ego.

Najważniejszym skutkiem francuskich wyborów jest bowiem głęboka zmiana pokoleniowa we francuskiej polityce. Po raz pierwszy Francja wychodzi z cienia generała de Gaulle'a. Można powiedzieć, iż kończy się epoka powojenna i zaczyna czas Francji w świecie globalizacji. Sarkozy ma 52 lata i nawet w kampanii wyborczej poruszał zupełnie inne motywy niż kończący swoje urzędowanie Jacques Chirac. Nie pamięta wielkości Francji takiej jak rozumiało ją poprzednie pokolenie. Kiedy Francja przegrywała wojny w Algierii i Wietnamie, tracąc swoje kolonialne imperium, obecny prezydent był małym dzieckiem. Jego doświadczenie życiowe to doświadczenie mieszkańca kraju będącego częścią zjednoczonej Europy. Nie bardzo pamięta nawet boje generała de Gaulle'a o to, by nie wpuścić Wielkiej Brytanii do Wspólnot Europejskich.

Na dodatek doświadczenie nowego prezydenta Francji jest doświadczeniem dziecka z rodziny emigranckiej. Sarkozy jest bowiem dzieckiem rodziny węgiersko-żydowskich uciekinierów z sowieckiego raju. A w takim domu musiało się w 1968 roku rozmawiać nie tylko o buncie studentów Sorbony, ale też o sowieckim najeździe na Czechosłowację. W takim domu nie było też miejsca na popularne wśród Francuzów złudzenia o wielkich wartościach, jakie niesie ustrój socjalistyczny. Droga na prawicę była więc dla prezydenta naturalna i oczywista. Skądinąd zabawne, że spośród najpoważniejszych kandydatów do prezydentury tylko radykalnie lewicowa pani Royal ukończyła sławną ENA - szkołę administracji publicznej, z której wywodzi się prawie cały establishment polityczny Francji.

Nowe myślenie

Wybór Sarkozy'ego był dla Francji wyborem nowego pokolenia i nowego stylu myślenia o polityce. Również innego rozumienia czegoś, co zawsze wraca w kampaniach wyborczych nad Sekwaną, czyli „wielkości Francji". Dla generacji, która wyrosła w cieniu de Gaulle'a, wielkość Francji była budowana w sporze ze Stanami Zjednoczonymi. Dla pokolenia nowego prezydenta spór z Ameryką trąci absurdem. Wielkość Francji wykuwać się ma w Europie. A Stany Zjednoczone są naturalnym, choć trudnym partnerem. Wreszcie Rosja jest dla tej generacji czymś zupełnie innym niż dla pokolenia Chiraca. To ważny sąsiad Europy, ale nie dominujące supermocarstwo. W tym ostatnim wypadku nie bez znaczenia jest pochodzenie Sarkozy'ego. Jego rodzice uciekli z Węgier przed sowiecką okupacją. Po tym wyborze i po zwycięstwie, pochodzącej z dawnej NRD, Angeli Merkel w Niemczech w dwóch najważniejszych państwach Unii Europejskiej u władzy są ludzie, którzy rozumieją, na czym polegała istota systemu komunistycznego. Co znakomicie ułatwi im dialog z nowymi krajami członkowskimi UE.

O życiorysie nowego prezydenta Francji powiedziano już sporo. Warto jednak zastanowić się nad tym, jakie będą skutki zmiany warty w Pałacu Elizejskim. Także, a może przede wszystkim dla Polski.

Jeden z nich wynika zarówno z życiorysu, jak i osobistych fascynacji prezydenta Chiraca. To relacje z Rosją. Chirac, doskonale znający język rosyjski i zafascynowany rosyjską literaturą, zostaje zastąpiony przez człowieka skierowanego w stronę Atlantyku, mówiącego po angielsku i rozumiejącego podstawy amerykańskiego sukcesu ekonomicznego. Sarkozy dużo łatwiej zrozumie polskie zabiegi o nową politykę wschodnią Unii Europejskiej. Nie będzie też pogłębiał sporu ze Stanami Zjednoczonymi. A obie te kwestie należą do strategicznych celów polityki państwa polskiego.

Jaka będzie przyszłość?

Nie znaczy to jednak, że będzie świetnie. W przemówieniu wygłoszonym przez prezydenta elekta natychmiast po wyborze znalazła się nuta niepokojąca. „Unia powinna zwrócić się w stronę Morza Śródziemnego" -powiedział Sarkozy. Tymczasem tego właśnie powinniśmy się obawiać. UE stoi obecnie na rozdrożu. Albo zwróci się na Wschód, doprowadzając do akcesji Ukrainy i Białorusi (w jakiejś nie bardzo odległej przyszłości), albo stanie się nową wersją Imperium Rzymskiego, przyjmując Turcję i kraje Afryki Północnej i uznając Morze Śródziemne za centrum europejskiego świata. W tym drugim wypadku grozić nam (Polakom, Bałtom, Skandynawom, a nawet Brytyjczykom) może marginalizacja i rola peryferiów Europy. Na dodatek, wówczas projekt ekspansji Unii na Wschód stanie się celem co najmniej odległym.

Część komentatorów uznała, że uwagi prezydenta elekta były wygłoszone pod adresem potężnej grupy imigrantów z krajów Afryki Północnej mieszkających we Francji. Być może. Wystąpienie, podczas którego padły przywołane słowa, było jednak na tyle emocjonalne i spontaniczne, że taka interpretacja nie wydaje się całkiem uzasadniona. A skoro tak, to czeka nas trudna rozmowa z francuskimi partnerami.

Podobnie jak trudna będzie dyskusja o przyszłym kształcie Unii. Sarkozy jest zwolennikiem tzw. Małego traktatu, niemającego charakteru konstytucji europejskiej, ale będącego swego rodzaju techniczną „instrukcją obsługi" UE. Tu jego myślenie jest zbieżne z polskim. Ale już zapowiedzi padające z ust współpracowników „Sarko", iż nie należy zmieniać systemu głosowania zapisanego w eurokonstytucji, systemu, który Polsce się nie podoba, wskazują na kolejne pole sporu.

Sporu właśnie, a nie konfliktu. Bo skutkiem zmiany władzy we Francji będzie bez wątpienia bardziej otwarta postawa Paryża wobec Europy. Sarkozy zdaje sobie sprawę, że czasy Europy „ciągniętej przez niemieckiego konia, którym powozi francuski woźnica" nie wrócą. Rozumie, że konieczne jest stworzenie grupy państw-liderów przewodzących integracji europejskiej. I widzi w tej grupie miejsce dla Polski. To otwiera pole debaty. Debaty, do której powinniśmy być dobrze przygotowani. Dotychczasowa postawa polskiego rządu przyniosła pewne pozytywne skutki. Zaczęto się z nami w Unii liczyć. Ale ta postawa narodziła się wtedy, gdy we Francji i Niemczech obowiązywała zasada - przede wszystkim Rosja. Obecnie zarówno w Berlinie, jak i w Paryżu mamy ekipy z polskiego punktu widzenia bodaj najlepsze z możliwych. Wypadałoby wyciągnąć z tego wnioski i uczynić naszą politykę europejską bardziej otwartą i koncyliacyjną. Musimy dokonać również rachunku celów i być zdolnymi do ustępstw tam, gdzie nie koliduje to ze strategicznymi interesami Polski. Francja się zmienia i Europa się zmienia. Dla Warszawy to rzeczywiste wyzwanie.

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama