Krzyż drogą błogosławieństwa

Cykl wydawnictwa "Katecheta" - forum Katechety

W czasie pielgrzymki do Ojczyzny, w ostatnim roku przed Wielkim Jubileuszem Odkupienia, Ojciec Święty Jan Paweł II mówił nam wiele o tajemnicy krzyża. Przypomniał, że droga krzyżowa w małżeństwie, kapłaństwie czy życiu konsekrowanym może być drogą świętości, a nawet drogą błogosławieństwa. Także wtedy, gdy jest to krzyżowa droga męczeństwa, jak w przypadku 108 nowych polskich błogosławionych, męczenników II wojny światowej. Według logiki Chrystusa, błogosławionymi są ci, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, którzy są biedni, odrzuceni, poniżani przez ludzi. Błogosławionymi są ci, którzy zapierają się samych siebie, którzy biorą swój krzyż na ramiona i idą za Nim, za najbardziej Skrzywdzonym i Cierpiącym w historii tej ziemi.

Bóg zupełnie nas zaskoczył, gdy zdecydował, by nadeszła pełnia czasów dla naszego odkupienia. Ukochał nas aż do tego stopnia, że Jego Syn nie tylko przyjął ludzkie ciało. Jezus Chrystus przyjął także ludzki krzyż: symbol zbrodni, hańby i okrucieństwa. Odtąd krzyż będzie zastanawiał i zdumiewał człowieka w każdej epoce i w każdej cywilizacji. Będzie bowiem wyrazem tajemnicy, która jest większa niż sam krzyż. A jednocześnie pozostanie znakiem niepokojącym, bo ambiwalentnym. Krzyż Chrystusa nie jest przecież tym samym, co krzyż złoczyńców, którzy razem z Nim zostali ukrzyżowani.

Święty Paweł miał świadomość, że krzyż będzie znakiem zdumienia i niepokoju. Miał świadomość, że głosi Chrystusa ukrzyżowanego, który dla jednych ludzi jest głupstwem, a dla innych zgorszeniem. Takie reakcje nie są czymś przypadkowym. Gorszą się krzyżem ci, którzy nie rozumieją Bożej miłości. Za głupstwo zaś uważają krzyż ci, którzy lekceważą miłość Boga do człowieka. Przypatrzmy się bliżej obu tym postawom.

Gorszą się krzyżem ci, którzy wyobrażają sobie Bożą miłość w kategoriach triumfu, którzy marzą o przemocy miłości, czyli o zwycięstwie dobra nad złem kosztem wolności i godności człowieka. Bóg tak "kochający" rzeczywiście nigdy by się nie pozwolił ukrzyżować. Ale też nie byłby Bogiem, który jest Miłością. Mógłby być jedynie "bogiem" telewizji, reklam czy trujących czasopism dla młodzieży.

Za głupstwo uważają krzyż Chrystusa ci, którzy lekceważą Bożą miłość albo wręcz nią gardzą. Oni szydzą z Ukrzyżowanego, gdyż są wyznawcami znacznie mniejszej "miłości". Głoszą miłość na miarę ich własnego serca oraz ich własnych aspiracji: miłość niewierną i niepłodną, miłość prymitywną i odwołalną. Głoszą miłość rozrywkową, która dosłownie nic nie kosztuje, która nie stawia żadnych wymagań, która wycofuje się w obliczu pierwszej próby czy trudności.

Jako źródło mądrości i umocnienia mogą traktować krzyż wyłącznie ci ludzie, którzy zrozumieli logikę Bożej miłości - tej miłości, która jest cierpliwa i łaskawa; która nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą, nie dopuszcza bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego, która nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą; która wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma; która nigdy nie ustaje (por. 1 Kor 13,4-8). Która silniejsza jest niż grzech i śmierć, z której wszyscy będziemy sądzeni, gdy staniemy twarzą w twarz z Miłością.

Jakże szczęśliwi są ci, którzy chlubią się z krzyża Chrystusa, którzy wierzą, że pójście Jego drogą krzyżową oznacza kroczenie drogą błogosławieństwa, czasem jakże trudnego, heroicznego i męczeńskiego, ale przecież tego jedynego, jakie jest osiągalne na ziemi. Jedyną bowiem realną alternatywą dla trudnego błogosławieństwa i szczęścia jest kroczenie drogą łatwego przekleństwa i nieszczęścia, czyli drogą iluzji, grzechu, krzywdy i śmierci.

Jednak również ci, którzy chlubią się krzyżem Chrystusa, którzy widzą w nim ostateczne potwierdzenie, że Chrystus do końca nas umiłował, stoją przed zadaniem nieustannego i pokornego zagłębiania się w tajemnicę krzyża Syna Bożego oraz w tajemnicę krzyża synów i córek tej ziemi. Ten drugi krzyż, nasz ludzki krzyż, często okazuje się jeszcze trudniejszy do zrozumienia niż ten z kalwaryjskiego szczytu. Łatwo tu o uproszczenia, o naiwność, a nawet o bezduszne interpretacje. Chrystus wolał się raczej pozwolić przybić do krzyża niż wycofać z miłości do człowieka. Jego krzyż jest ceną za miłość. Co w takim razie wyrażają nasze ludzkie krzyże?

Czasami są one również ceną za miłość: za miłość małżeńską, rodzicielską, kapłańską, za miłość odpowiedzialnego wychowawcy i wiernego przyjaciela, za miłość patrioty i człowieka sprawiedliwego, za miłość człowieka, który wprowadza pokój, który przebacza, który kocha nawet nieprzyjaciół, który staje się dla innych bezinteresownym darem z samego siebie, który kocha tak, jak Chrystus nas pierwszy pokochał. Wtedy krzyż jest rzeczywiście ceną za miłość, ceną za naśladowanie Chrystusa, a droga krzyżowa przemienia się w drogę świętości i błogosławieństwa, w drogę Bożej mądrości i pokoju, jakiego ten świat dać nie może.

Jednak nasze ludzkie krzyże nie zawsze są ceną za miłość, a ich dźwiganie nie zawsze oznacza kroczenie drogami trudnego błogosławieństwa. Czasami krzyż, który dźwiga człowiek, jest ceną za grzech. Kroczenie drogą takiego krzyża wyraża ludzkie tragedie, aż do ich najbardziej dramatycznych form, np. w postaci alkoholizmu, narkomanii, brutalnej przestępczości, rozwodów, zabijania nie narodzonych, ludobójstwa. Taki krzyż może nie skończyć się zmartwychwstaniem, może prowadzić do kolejnych upadków, może zniechęcić, złamać, odebrać wszelką nadzieję, może pogrążyć w rozpaczy i prowadzić do niszczącego buntu. To o takich właśnie krzyżach mówią najchętniej stacje telewizyjne i radiowe. To takie właśnie krzyże opisują z okrutną dokładnością współcześni dziennikarze: nowocześni i humanistyczni, dla których jedynym tematem tabu jest dobro, prawda i piękno. Mają oczy, a nie widzą, że to właśnie ich gazety, a także ich własne artykuły zachęcają kolejne pokolenie ludzi do powtarzania dramatu poprzedników. Takie właśnie osoby i środowiska najbardziej kpią z Chrystusowego krzyża i z cierpienia drugiego człowieka. W obliczu cierpienia, do którego sami się przyczyniają, mówią o milczeniu Boga i o tym, że to On jest winny za wszelkie zło tego świata.

Tymczasem to nie Bóg zsyła krzyże. Jedyne, co On nam daje, to Jego Syn: Miłość i Prawda. Wszystko inne nie jest dziełem Boga. Bóg jest niewinny; to nie On wymyślił krzyż. Krzyż wymyślili ludzie, uważani za cywilizowanych i postępowych. Ci, którzy mieli i mają władzę na tej ziemi. Bóg natomiast tak nas ukochał, że pozwolił się przybić do krzyża. Do tego krzyża, który wymyślił człowiek.

Każdy człowiek, dla którego Ukrzyżowany jest zgorszeniem lub głupstwem, wkłada nowy ciężar krzyża na własne ramiona i na ramiona drugiego człowieka. Będzie on wymyślał coraz to nowe formy krzyża. Będzie nadal zsyłał cierpienie innym ludziom, a także sobie samemu, dopóki będzie powtarzał dramat grzechu pierworodnego. Dopóki będzie twierdził, że jest dobrym sędzią we własnej sprawie. Dopóki będzie przekonany, że bez pomocy Boga może odróżnić dobro od zła. Dopóki - jak syn marnotrawny - będzie odchodził od Ojca w pogoni za iluzją łatwego szczęścia. Dopóki cierpienie i rozczarowanie nie otworzy mu oczu. Dopóki nie pokocha Boga, który jest Miłością. Dopóki zła w sobie i wokół siebie nie zwycięży dobrem, którego uczy nas Chrystus, pozwalający przybić się do krzyża.


Ks. Marek Dziewiecki - Radom, dr psychologii, prodziekan WT UKSW w Radomiu, wykładowca w WSD w Radomiu, w Podyplomowym Studium Profilaktyki Uzależnień na Uniwersytecie Łódzkim, w Instytucie Studiów nad Rodziną w Łomiankach oraz w Podyplomowym Studium Integralnej Profilaktyki Uzależnień przy UKSW w Warszawie. Krajowy duszpasterz powołań, ekspert Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych w zakresie terapii i profilaktyki uzależnień.

opr. ab/ab

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama