Cienie Kościoła na zachodzie

O wielorakim ostrzeżeniu płynącym z zachodu Europy (1992)

Polacy, którzy, zetknęli się z Kościołem w Europie Zachodniej, dość często wyrażają się o nim ujemnie. Zaskakują niemile już drobne objawy źle świadczące o stylu duszpasterstwa. Przykłady można by mnożyć. Znalazłszy się w Paryżu zgodnie z polskimi przyzwyczajeniami udałem się przed siódmą wieczór do najbliższego kościoła. Widząc, że msza była o szóstej, spytałem starszą panią przy stoisku z pismami, gdzie znaleźć późniejszą (ani śladu ogłoszenia o mszach w innych parafiach). Odrzekła, że gdzieś bywają, radząc mylnie podjechać do Dzielnicy Łacińskiej. „A może o ósmej?” pytam. Odpowiedź: „Ależ to godzina obiadu”.

Na drobiazgach się jednak nie kończy. Zwłaszcza Kościół we Francji stoi przed problemami, z których skali nawet sceptyczni widzowie nie zawsze zdają sobie sprawę. Słysząc o dorobku Kościoła francuskiego czy o jego wybitnych postaciach, warto pamiętać, jakim trudnościom musi tam stawiać czoła zwykłe duszpasterstwo. Przebywając kilka lat w tym kraju, przekonałem się, że te kilkanaście procent Francuzów z Kościołem związanych czymś więcej niż faktem chrztu to głównie „katolicy z przyzwyczajenia”, którym odpowiadają dotychczasowe formy pobożności i charakter usługowy parafii. Najwięcej jest ich w środowisku typu mieszczańskiego, co dość istotnie wpływa na atmosferę i hamuje dopływ ludzi z innych kręgów a wiedzieć trzeba, że społeczeństwo francuskie jest głęboko podzielone na mnóstwo grup i poziomów, według warstw społecznych, regionów i tradycji politycznych, między którymi o wspólny język trudno.

I wierni, i księża wydają się pogodzeni z charakterem mniejszościowym katolicyzmu i często zadowalają. się powielaniem programu z roku ubiegłego, co na pewno do rozwoju nie prowadzi. Tendencje ilościowe są zresztą, jak wszędzie na Zachodzie, zniżkowe: liczba wiernych na mszy niedzielnej spadła od Soboru z piętnastu na osiem procent (dwanaście z bywającymi nieregularnie).

Elity dawniejsze i nowsze, o których słyszymy w Polsce, to małe grupy, często bez większego kontaktu z całością, jako że zainteresowanie własną formacją wewnętrzną czy intelektualną nieraz przeważa nad apostolstwem. Wszedłszy w nie — częsty wypadek wśród naszych zagranicznych sprawozdawców żyje się w osobnym świecie, sympatycznym, choć niezupełnie prawdziwym. Pozytywnie pod tym względem odróżniają się może ruchy charyzmatyczne i grupy wzorujące się na Kościołach ewangelicznych, lecz te znowu miewają tendencje separatystyczne. Podobne niebezpieczeństwo grozi całkiem częstym grupom elitarnym o zabarwieniu tradycyjnym. Do tej kategorii zaliczyłbym też część nurtu pobożności związanego z sanktuariami z Lourdes na czele. Dla obrońców jest on ostatnią ostoją dla innych symbolem przeszłości. Nad wszystkim ciąży podział polityczny lewica-prawica.

Wydaje się więc, że w Kościele francuskim fasada dobrze funkcjonujących struktur i reklama wokół elit maskuje powolne przygasanie całości. Na tym tle kryzys powołań, ilościowo najznaczniejszy, okazuje się pochodną i symptomem kryzysu ogólnego. To nie jest tylko „problem księży”, jak się często uważa, lecz problem wiernych. Gdzie ludzie księży naprawdę potrzebują, tam kandydaci się znajdą, a duszpasterstwo nie będzie się ograniczać do tradycyjnego zestawu obowiązków. Dziś tak jednak nie jest i niewielu potrafi się przełamać, niewielu przyciąga dotychczasowego typu praca parafialna i służba w społeczeństwie, które na wiarę nie czeka.

Jak jest z młodzieżą? W „umiarkowanie optymistycznych” statystykach znajdziemy informację, że katechizacja obejmuje do Pierwszej Komunii aż 40% dzieci w Paryżu. Tylko że potem procent ten spada na łeb na szyję. Jeżeli odliczyć prywatne szkoły katolickie, gdzie odpowiednie lekcje się odbywają, ale w których wierzący nie są bynajmniej większością, nie więcej niż kilka procent licealistów uczęszcza na lekcje religii w jakiejkolwiek formie. W dodatku są to przeważnie luźne spotkania dyskusyjne na tematy zaproponowane przez młodzież; „narzucać” księża nic nie śmią, chociaż niejeden uczestnik czeka właśnie na to, co ów ksiądz ma do powiedzenia; poza tym dyscyplina w szkole i „kultura telewizyjna” skłania do czekania na inicjatywę nauczyciela. Duszpasterstwa akademickie na uczelniach paryskich liczących wiele tysięcy studentów mają w swoim zasięgu najwyżej po kilkadziesiąt osób (Instytut Katolicki nie jest wyjątkiem). W kościołach młodych widzi się niewiele, przy czym spora ich część to imigranci z Portugalii, Polski lub Afryki.

Diecezja paryska sprawia i tak lepsze wrażenie, ale jest i uprzywilejowana dzięki obecności księży na studiach oraz domów zakonnych. W elegantszej dzielnicy, gdzie mieszkają ludzie zasiedziali i zamożniejsi, sytuacja może się nawet wydać nienajgorsza. Ale na robotniczych przedmieściach, w diecezjach podparyskich, bywają parafie, gdzie na mszę niedzielną przychodzi kilkadziesiąt osób. Wiadomo, że do kościoła uczęszcza około jednego procenta robotników [...].

Francja chlubi się stoma czy więcej tysiącami katechetów świeckich. Otóż w przygniatającej większości są to panie na utrzymaniu mężów, które po wychowaniu dzieci chcą pomóc w parafii. Godzinę lub dwie w tygodniu uczą dzieci religii, prowadzą kancelarię i działalność charytatywną, często z wielkim zapałem (wiele zawdzięcza im Polska stanu wojennego), ale niewiele z nich ma jakiekolwiek przygotowanie katechetyczne. Na prowincji można we wrześniu usłyszeć w ogłoszeniach parafialnych, że poszukuje się pani na katechetkę grupy dzieci przygotowujących się do Pierwszej Komunii.

Tradycyjnie mocną stroną Kościoła francuskiego były studia teologiczne. Widać to w dobrym poziomie publikacji czy kazań. Wybitni teologowie francuscy są już jednak w wieku emerytalnym. Wśród czynnych profesorów nie brak dobrych znawców zagadnień szczegółowych, zwłaszcza z biblistyki, patrystyki, historii i ekumenizmu, lecz refleksja teologiczna gubi się chyba, usiłując dotrzeć do „umysłowości współczesnej” rozumianej jako subiektywny intelektualizm z programem humanistycznym. Tymczasem taka umysłowość współczesna istnieje głównie w teorii, służąc jako zasłona dymna dla materializmu praktycznego i prostej niewiedzy, połączonych z eklektycznym zbiorem opinii o rodowodzie zazwyczaj politycznym lub literackim.

Oddziaływanie intelektualistów i w ogóle piśmiennictwa z kręgów katolickich wydaje się ograniczone i dużo słabsze niż w latach pięćdziesiątych-sześćdziesiątych. Znanych nazwisk nie ma, książek trzeba szukać w nielicznych osobnych księgarniach, wyjąwszy paru klasyków; czasopisma, mimo sporych nakładów, rozchodzą się głównie w prenumeracie i przez parafie (u nas niestety podobnie, choć może jest szansa na zmianę). Ten stan rzeczy kontrastuje z niewiarygodnym zalewem śmiecia magiczno-astrologicznego, namiastki wiary dla mas, a sprzedawanego w takim nakładzie, że pornografia wydaje się ubogim krewnym.

W krajach sąsiednich objawy kryzysu są słabsze, ale też miały Kościoły tamtejsze lepsze pozycje wyjściowe niż francuski, osłabiony już w poprzednich wiekach. W krajach romańskich odczuwa się spory spadek praktyk religijnych i powołań, chociaż czynna obecność Kościoła w życiu jest niezaprzeczalna, a ruchy katolików świeckich mają charakter masowy. Dostrzec też można prąd odrodzenia religijnego i moralnego wśród młodzieży. Ciąży niestety polityczne widzenie roli Kościoła oraz politycznie motywowane odcięcie się od niego przez znaczną część społeczeństwa. Przypomina to antyklerykalizm francuski, choć ten akurat słabnie, zastępowany przez obojętność.

W Niemczech bardziej instytucjonalne formy działania Kościoła wykazują znaczną żywotność, ale w części tłumaczyć to można solidnym zapleczem materialnym. Drugą stroną medalu jest rozbudowa urzędów. W dużych miastach weekend konkuruje z mszą a parafia redukuje się często do funkcji punktu usługowego. W mniejszych ośrodkach rola księdza i parafii pozostaje znacząca, choć jest w tym coś zewnętrznego i oficjalnego, w dziedzinie moralności kryzys jest bowiem dość powszechny.

Natomiast utrzymuje się wysoki poziom studiów teologicznych i wiedzy religijnej, czego owoce widać też w kazaniach i nabożeństwach. Zauważyłem w mieście trzydziestotysięcznym na południu Niemiec, że miejscowa księgarnia sprzedająca wyłącznie literaturę religijną znajduje dosyć klientów. Dużym zainteresowaniem cieszy się tematyka biblijna. Opinie pozostają jednak pod znacznym wpływem modnych teologów „postępowych”, czemu usilnie dopomaga zlaicyzowana prasa.

Warto też odnotować, że wielu świeckich studiuje teologię, często podejmując pracę jako nauczyciele religii oraz jako pomocnicy duszpasterscy w parafiach. Nie tylko łagodzi to kryzys powołań, lecz również pozwala rozszerzyć zasięg duszpasterstwa i zbliżyć je do potrzeb. Ciekawe, że w Paryżu na ostatnich wykładach ojca Congara młodzi słuchacze byli wyłącznie cudzoziemcami, głównie z Niemiec właśnie, gdy Francuzi zaczynali się wyraźnie po czterdziestce.

Dość nietypowa jest sytuacja w Holandii. Warto tu podać w wątpliwość pewne stereotypy. Wiadomo o ostrym kryzysie doktrynalnym, ale statystyki wykazują, że podobne kwestionowanie dogmatów i zasad moralności postępuje we wszystkich krajach zachodnich. Holandię odróżnia dość zaskakujące zjawisko, że wątpiący i krytycy nie zrywają z Kościołem, nie laicyzują się po prostu lecz chcą pozostać i zabierać głos. W latach osiemdziesiątych praktyki religijne były nadal całkiem żywe, nie brakło w kościołach młodzieży, działało mnóstwo stowarzyszeń katolickich. Podobnie jak w sąsiednich Niemczech uderzała ofiarność na cele społeczne, pomoc dla ubogich z Trzeciego Świata i zainteresowanie misjami. Holender zwraca uwagę na praktyczne sprawdziany chrześcijaństwa kultura kraju sprzyja tu „horyzontalizmowi”. Rozreklamowane kwestie doktrynalne nie zawsze stoją na pierwszym miejscu. Trzeba jednak spytać, czy wychowane w atmosferze kontestacji pokolenie następne utrzyma więź z Kościołem i pragnienie czynnej realizacji zasad chrześcijańskich. [Istotnie, w ciągu następnego dziesięciolecia nastąpił duży spadek praktyk religijnych oraz aktywności organizacyjnej i jeszcze większe zaniedbanie zasad wiary.]

W sytuacji holenderskiej bardzo trudne jest położenie biskupów. Nowo mianowani w latach ubiegłych mieli od początku opinię konserwatystów, a próby dialogu z postępowcami brane są za objaw słabości. Podobnie wygląda w Szwajcarii, gdzie z gwałtowną opozycją spotkał się biskup Haas z Chur. Skrzydło tradycyjne zdaje się jednak pokładać zbytnie nadzieje w autorytecie, uprawnieniach i działaniach instytucjonalnych. Brak tu wyraźnie wspólnego języka i nie widać wyjścia [...]. Na razie jest tak, że duża część księży i wiernych w praktyce biskupów ignoruje.

Jak te uwagi uogólnić? Zbyt łatwo powiedzieć, że tradycyjne metody nie wystarczają. Zostały przecież poddane daleko idącej odnowie. Dlaczego więc dwadzieścia parę lat po Soborze sytuacja jest gorsza a nie lepsza? Dlaczego np. po wprowadzeniu języków narodowych do liturgii maleje liczba jej uczestników? Sądzić można, że chodzi w dużej mierze o trudności odziedziczone po okresie poprzednim, a nie tylko wady reformy. W każdej zresztą społeczności (w państwach też) okres reform powoduje objawy kryzysowe i wzrost tendencji odśrodkowych. Tym bardziej wtedy, gdy reforma przyszła dość późno; my jesteśmy w lepszej sytuacji, polskie przebudowy soborowe zaczęły się przy lepszym stanie fundamentów. 'Tymczasem w świecie zachodnim uwaga ludzi już dawniej przeniosła się z trwałych wartości duchowych na dziedzinę produkcji materialnej oraz subiektywnej twórczości intelektualnej.

W dodatku posoborowe „udzisiejszenie” Kościoła (aggiornamento) nie postępuje wcale aby szybko [— i tak samo inne elementy odnowy (powrót do źródeł wiary, teologii i duchowości, otwarcie z miłoscią na świat, odpowiedzialność świeckich za Kościół). Ojciec Święty Jan Paweł II też formułował oceny tego rodzaju, apelując o wcielanie Soboru w życie.] Bardzo wielu księży i wiernych przyjęło Sobór werbalnie (znamy ten problem i z Polski). Jeśli katolicyzm sprowadza się do mszy i kazania, nie pomoże odnowa liturgii; jeśli ktoś jest formalistą, nie pomoże zmiana praw; jeśli ktoś uprawia kult gotowych tez, nie pomoże ich ulepszanie. [...] [Reformy soborowe wprowadzano często mechanicznie i bezmyślnie, czego dowodem było zabranianie starej liturgii łacińskiej.] Trzeba tu przypomnieć czytelnikowi, że „religijność tradycyjna”, która nam kojarzy się z pobożnością głęboką, misteryjną, choć czasem naiwną i obrzędową, tam oznacza najczęściej tylko religijność zewnętrzną i instytucjonalną [...]. Kościół na Zachodzie naprawdę był w dużej mierze raczej instytucją fasadową i biurokratyczną niż wspólnotą. Skutki tego trwają w bierności wielu katolików tradycyjnych.

Inne całkiem źródło problemów, choć również chyba powszechne, to tak zwany „progresizm”. Jego najwidoczniejszą cechą wydaje się chęć usunięcia trudności przez radykalne ustępstwa poczynione tam, gdzie nauczanie Kościoła napotyka na opór. Łączy się to z gloryfikacją postępu, myślowego czy społecznego. „Progresiści” jakby nie przyjmowali do wiadomości głębszych, duchowych źródeł kryzysu, sądząc, że powodują go, przeciwnie, takie przyczyny zewnętrzne jak celibat księży, odrzucenie rozwodów albo zakaz sztucznych środków antykoncepcyjnych. Skupienie uwagi na moralności seksualnej odciąga uwagę od innych spraw i zakrawa na zbiorową nerwicę niedobrze więc czynią katolicy, którzy ciągnąc w drugą stronę też stawiają te problemy w centrum. Co więcej, nawet gdyby zmodyfikować tradycyjne stanowisko w tych kwestiach, zmiany nie usuną kryzysu wiary, przeciwnie, uznane za dowód słabości mogą go pogłębić.

Progresizm kieruje dyskusję na boczny tor, zajmując się więcej objawami, niż przyczynami, które leżą raczej w zaniedbaniu wiary na rzecz sfery zewnętrznej i jej kryteriów, i to zarówno poza Kościołem, jak w nim samym. Co gorsza, bierze się często owe zaniedbanie wiary za konieczność wynikłą z mentalności współczesnej i próbuje odpowiednio przykroić dogmaty. Celem jest przystosowanie się, refleksja teologiczna środkiem. Ale oczywiście nie dotyczy to każdej nowej propozycji.

Ale żeby nie przeczernić, warto jeszcze powiedzieć, że i w tych warunkach, gdy wierzyć trudniej, spotkać można wielu wspaniałych chrześcijan, z których wiary i doświadczeń trzeba nam korzystać. Nie zapominajmy też, że w historii Kościoła nie ma prawie okresu bez słabości i kryzysów, często poważniejszych niż obecny. Jeśli zaś chodzi o sytuację w dziedzinie teologii, czynione są przecież wysiłki, by głosić wiarę w odnowiony sposób, a bez jej pomniejszania; z wysiłków tych stale korzystamy.

Jak by na koniec porównać Kościół w Polsce i na Zachodzie? Niełatwe to zadanie, odnowa posoborowa miała tu i tam inny punkt wyjścia i inaczej przebiegała. Łączny rezultat byłby złożony. Cieszyć się trzeba z większego u nas zasięgu wiary, z tego, że nie jest płytka, a także „cieplejsza”, że poczucie więzi z Chrystusem i Kościołem wciąż przeważa nad wątpliwościami co do prawd wiary i moralności ale niestety zbyt często kończy się to na deklaracjach i posłaniu dzieci na religię, a poziom moralny mnóstwa nominalnych katolików jest fatalny.

Potrzebne jest pogłębianie wiedzy religijnej, ożywienie ruchów i stowarzyszeń, wzrost roli świeckich by poczuli, że Kościół jest ich. Potrzeba więcej świeckich nauczycieli religii itp., bo księży i kleryków wcale nic jest za wielu.

Ostrzeżenie płynące z zachodu Europy jest wielorakie. Widać, że cywilizacja moralnego relatywizmu i materialnej łapczywości jest bardzo groźna. Widać zarazem, że nie pomoże ani defensywny tradycjonalizm (kuszony w dodatku przez pobożność typu zewnętrznego i klerykalną biurokrację), ani „poprawianie” zasad wiary i moralności. Co więcej, nawet to, co słuszne jest i potrzebne, a więc reforma soborowa i jej konsekwencje, zrodziło się i funkcjonuje w warunkach odmiennych, bo inne tam jest zaplecze kościelnych tradycji; Kościół na Zachodzie jest i był inny. Na cudzej skórze trudno zyskać doświadczenie; jesteśmy ostrzeżeni, ale recepty nie mamy i musimy jej szukać. (1992)

Zbiór artykułów i felietonów M. Wojciechowskiego: Wiara — cywilizacja — polityka. Dextra — As, Rzeszów — Rybnik 2001

opr. mg/ab

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama