Przestrzeń spotkania

O życiu parafialnym

Dla pani Jolanty i słuchaczy „Radia Stokrotka”

„Kościół jest wielkim okrętem. Właściwie nieskończonym. Jest w nim miejsce dla bardzo różnych ludzi, starczy go dla każdego” — kaznodzieja ogarnia wzrokiem wypełniony po brzegi kościół. „Jak sądzicie? Czy jest w nim miejsce dla słuchaczy «Radia Stokrotka»?” Nikt nie odpowiada, ale ksiądz chyba czuje aprobatę zgromadzonych. „A dla pani Jolanty? — pyta dalej. — Czy znajdzie się dla niej miejsce?”. Nie ma sprzeciwu, więc zachęcony przychylnością, która wprost emanuje z ławek, dodaje: „A czy może się zabrać z nami także mąż pani Jolanty?”. Ponieważ nikt nie oponuje i nie opuszcza kościoła trzasnąwszy drzwiami, podsumowuje: „Tak, moi drodzy. Na nasz okręt mogą się zabrać wszyscy i dla każdego znajdzie się na nim miejsce. Jedynym biletem wstępu jest chęć zaokrętowania się i odbycia wspólnej podróży. Nie gorszmy się, nie denerwujmy. Niech z nami popłyną”.

 

Las Bielański i okolice

Ks. Wojciech Drozdowicz, który przedstawia się jako „proboszcz Lasu Bielańskiego”, jest w parafii pw. bł. Edwarda Detkensa szósty rok; jest to zaledwie sześć lat z ponad 360-letniej historii fundacji króla Władysława IV, który w 1639 roku ofiarował kamedułom Górę Polkową, młyn Rudę, a także przyznał zakonnikom przywilej łowienia ryb w pobliskiej Wiśle oraz wyrębu drzew puszczańskiego lasu. Potem były czasy modlitwy i pracy, królewskich wizyt, składanych przez fundatora, jak również jego następców: Jana Kazimierza, Jana Sobieskiego i Michała Korybuta Wiśniowieckiego, w czasie których monarchowie modlili się i rozważali, jak najlepiej rozwiązać trudne sprawy państwowe. Do dziś zachował się erem królewski, ufundowany przez Jana Kazimierza, w którym w 1919 roku odprawił rekolekcje abp Achilles Ratti, późniejszy papież Pius XI. Obecnie mieszka w nim proboszcz Lasu. Po żółtym „garbusie”, zaparkowanym przed historycznym domkiem, parafianie mogą się zorientować, czy gospodarz jest w domu, czy gdzieś wyjechał.

Kameduli byli tu aż do Powstania Styczniowego, w czasie którego pomagali powstańcom. Władze rosyjskie zemściły się za to, zsyłając kilku ojców na Syberię — kasata zakonów wyrugowała z klasztoru pozostałych mnichów. Na początku XX wieku zespół klasztorny objęli księża marianie, ich odnowiciel bp Jerzy Matulewicz założył tu klasztor z nowicjatem, potem wybudowano znakomite gimnazjum filologiczne. Po II wojnie światowej władze wyrzuciły marianów z Bielan. Później w budynku klasztornym ulokowała się Akademia Teologii Katolickiej. W latach osiemdziesiątych wzniesiono tu seminarium metropolitalne, w dziewięćdziesiątych dobudowano nowe skrzydła ATK, która przekształciła się w Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego, dużą, gdyż liczącą dziś 18 tysięcy studentów uczelnię.

Parafia jest nietypowa. Piękny pokamedulski kościół pw. Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, zespół eremitoriów, budynki UKSW, gmach seminarium metropolitalnego, w którym obecnie mieszczą się: Dom Formacyjno-Rekolekcyjny, Papieski Wydział Teologiczny, Archidiecezjalne Męskie Liceum Ogólnokształcące im. ks. Romana Archutowskiego i Archidiecezjalne Gimnazjum Męskie im. ks. Jerzego Popiełuszki, kilka domów mieszkalnych, a wszystko to otoczone lasem, w którym czasem można spotkać sarny. Na stałe mieszka na tym terenie około 50 osób.

Ta nietypowa parafia — tłumaczy ks. Drozdowicz — żyje dwoma rytmami: tygodniowym i świątecznym. W dni powszednie przybywają tu studenci, uczniowie gimnazjum i liceum, ich nauczyciele i wykładowcy, uczestnicy rozmaitych sesji i sympozjów. Msza święta odprawiana jest w samo południe i jest to jedyna Eucharystia sprawowana o tej porze w tej części miasta. W święta zjawiają się parafianie, pewnie nie wszyscy, ale także ludzie z całego miasta, gdyż jest to parafia „napływowa”. Na Mszę o godz. 11.00 przybywają więc rodziny wielodzietne, osoby samotne, znani artyści, sympatyczni ekscentrycy i osoby „nawiedzone”. Są bardzo różni, ale nikt się temu nie dziwi.

A gdy już wszyscy się zjawią, mogą wziąć maleńkie książeczki zatytułowane „Las Bielański”, w których znajdą Ewangelię na każdy dzień rozpoczynającego się tygodnia, a także rozmaite wieści i „ogłoszenia parafialne”. W 258. numerze zamieszczony został „Repertuar Lasu Bielańskiego”. 24 października: spotkanie Akademii Sztuk Pięknych, Akademii Teatralnej, Akademii Muzycznej, Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego. 22 listopada: „Kofta, Kreczmar, Janczarski” — koncert w wykonaniu przyjaciół, wejściówki. Tydzień później: „Na dnie” Gorkiego w reżyserii Wojciecha Komasy (premiera Akademii Teatralnej, wejściówki). W niedzielę, 5 grudnia: świętowanie św. Mikołaja, otwarcie szopki na Bielanach. Tydzień później: w podziemiu kamedulskim przedstawienie dla dzieci. 26 grudnia: poświęcenie szopki przez ks. kard. Józefa Glempa, kapele góralskie, pastorałki ukraińskie, kolędy w wykonaniu laureatów festiwalu artystów niepełnosprawnych, performance Jerzego Kaliny.

Parafianie mają też dodatkowe okazje do spotkań. W Wielką Sobotę po uroczystej liturgii, która kończy się około godz. 22.00, wszyscy gromadzą się przy stołach, na które każdy wykłada to, co przyniósł — ciasta, jabłka, pisanki. Zaczyna się radosne świętowanie, ludzie się poznają, zadzierzgają się więzy, przyjaźnie, rodzą nowe pomysły.

Inne wielkie spotkanie to odpust w Zielone Święta. „Odpust, nie żaden jarmark” — ks. Drozdowicz podkreśla, że tak należy mówić, gdyż tak było w dawnych czasach, a bielańska impreza to świadome nawiązanie do zamierzchłej tradycji. Odpust upamiętnia przeniesienie obrazu św. Brunona z kolegiaty św. Jana w drugi dzień Zielonych Świąt 1673 roku. Po uroczystej Mszy można na licznych straganach kupić watę cukrową, pańską skórkę, lizaki oraz wiele rzeczy niepotrzebnych i absolutnie niezbędnych.

Historia ciągle tu daje znać o sobie, co — zdaniem proboszcza Lasu — należy pielęgnować i wykorzystywać na wszelkie sposoby, zwłaszcza w mieście z tak zerwaną ciągłością, jak Warszawa.

 

Klasztor wśród blokowisk

Parafia pw. św. Dominika na Służewie jest miejscem, które przyciąga atmosferą ciszy i skupienia. Mimo otoczenia blokowiskami i ruchliwymi arteriami komunikacyjnymi, zachowało ono charakter wiejskich obrzeży. Legenda powiada, że kasztanową aleją przejeżdżała królowa Marysieńka z warszawskiego zamku do wilanowskiej rezydencji. W latach trzydziestych ubiegłego wieku kupili tutaj dużą parcelę ojcowie dominikanie. O. Jacek Woroniecki, wybitny teolog i filozof, rektor KUL-u, profesor we Fryburgu i Rzymie, chciał założyć tu studium, przygotowujące zakonników do pracy na Wschodzie i w Europie Środkowej. Makieta pięciokątnego budynku zachowała się do dziś, ale przed wojną ojcowie zdążyli wybudować tylko jedno skrzydło, czyli jedną piątą tego, co zakładał projekt. To stąd 1 sierpnia 1944 roku pojechał do okulisty w Śródmieściu o. Michał Czartoryski, z wykształcenia architekt, który nadzorował budowę. Nie wrócił. Na Powiślu był kapelanem Zgrupowania „Konrad”. Został rozstrzelany na Tamce wraz z rannymi powstańczego szpitala, a dziś jest jednym ze 108 błogosławionych męczenników II wojny światowej.

Do tej enklawy przy ul. Dominikańskiej należą kościół oraz klasztor wraz z sadem i parkiem. Latem na trawnikach wyleguje się młodzież z działających tu licznych duszpasterstw.

O. Mirosław Pilśniak, który od niedawna jest proboszczem, ale na Służewie mieszka dłużej, przypomina, że parafia istnieje już 50 lat, a na jej terenie mieszka około 23 tysięcy osób — wiele w wieku 55-70 lat. Są wśród nich osoby, które zamieszkały tu w latach siedemdziesiątych, gdy powstawały ogromne blokowiska. Mieszkają tu także ludzie młodzi z małymi dziećmi.

„Stan społeczny urzędniczo-średni, choć niektóre osoby żyją na bardzo wysokiej stopie — mówi o. Pilśniak. — Dużo emerytów, sporo chorych. Widać oznaki samotności osób starszych, niemal w każdym domu piesek. W niedzielnych Mszach świętych uczestniczy maksimum piąta część parafii, ale za to blisko połowa przystępuje do Komunii świętej, a wszelkie zbiórki — czy to na pomoc charytatywną, czy na budowę klasztoru sióstr dominikanek pod Grodziskiem Mazowieckim — spotykają się z wielkim odzewem”.

Tutejszy proboszcz ma świadomość, że także Służew jest parafią „napływową”. Wielu uczestników duszpasterstw i Mszy świętej pochodzi spoza terenu parafii. Dzieje się tak być może dzięki starannej liturgii oraz aktywności przeróżnych grup; trochę też przyciąga dominikańska inność posługujących braci. Liturgia, Triduum paschalne, które swoim pięknem pomaga przeżyć głębię tajemnic wiary, staropolskie pieśni wielkopostne, chorał gregoriański, pieśni wspólnot dominikańskich — wszystko to przyciąga ludzi gotowych przyjechać z drugiego końca miasta, aby uczestniczyć we Mszach na Służewie.

Jest grupa charytatywna, która wyszukuje ubogich i samotnych, i naprawdę ma pełne ręce roboty. W poniedziałki zbierają się bezrobotni. Modlą się, ale także wykorzystują okazję do znalezienia zatrudnienia — dzięki nim powstała tu mini-giełda pracy.

W sobotę działa świetlica dla małych dzieci, rodzice mogą je zostawić pod opieką wykwalifikowanych wolontariuszy. I jest „Wyspa” — wielopiętrowa wspólnota od studentów aż po dzieci z podstawówki. Spotykają się w sobotę i wówczas zbiera się kilkudziesięcioosobowa chmara dzieciaków i młodzieży. Zasada jest taka, że starsi opiekują się młodszymi, wszyscy wspólnie się bawią, a także wzajemnie wychowują. Wyjeżdżają na obozy, gdzie cementują się przyjaźnie. „To podobno pamiątka po Przymierzu Rodzin, które tu kiedyś działało” — wyjaśnia o. Pilśniak.

Na Służewie działa także Rejs, duszpasterstwo dla licealistów i gimnazjalistów; jest duszpasterstwo akademickie. O. Pilśniak ocenia, że większość uczestników duszpasterstw to „napływowi”. Przyjeżdżają specjalnie, bo pewnie coś ich pociąga w dominikańskim sposobie poszukiwania Boga.

Dorośli również mogą znaleźć coś dla siebie. Spotykają się, aby pogłębić swoją wiedzę teologiczną i ożywić wiarę. Odbywają się tu spotkania z cyklu „Sztuka i wiara”. Instytut Tomistyczny daje możliwość zapoznania się ze szczegółowymi problemami filozofii i teologii. W Dominikańskim Studium Filozofii i Teologii dla świeckich na roku studiów jest około 200 słuchaczy. A od października 2004 roku ruszyła Szkoła Pisania Ikon, która będzie łączyć zajęcia warsztatowe z wykładami o teologii świętych obrazów.

Najważniejszym jednak wydarzeniem, które cementuje wspólnoty, jest niedzielna Msza święta. Poszczególne grupy odpowiadają za przygotowanie i służbę podczas liturgii.

 

Parafianie stali i okazyjni

Zarówno proboszcz Lasu Bielańskiego, jak i proboszcz ze Służewa są zgodni: ludziom należy stworzyć przestrzeń spotkania. Oni powinni chcieć przychodzić, a jest dziś w nich ogromny głód przyjaźni i bliskości. O. Pilśniak odróżnia „stałych bywalców”, ludzi, którzy są niemal zawsze, od takich, którzy zjawiają się incydentalnie, gdyż potrzebują załatwić jakąś sprawę. Ta druga grupa jest wielkim wezwaniem dla duszpasterzy. Od jakości kontaktów, atmosfery, otwartości na konkretnego człowieka i jego los bardzo dużo zależy. To przy okazji chrztu, pierwszej Komunii dzieci, bierzmowania, ślubu pojawiają się także ci, którzy na co dzień bywają daleko od Kościoła.

Pierwsza Komunia dzieci jest dobrą okazją do uświadomienia — na comiesięcznych spotkaniach — rodzicom, jaka jest ich rola w towarzyszeniu dzieciom w sprawach wiary. Dzieci uczą się podstawowych modlitw, jak: „Aniele Boży”, „Ojcze nasz”, „Zdrowaś Mario” i wielu innych. Zanim przyjdą do księdza, muszą najpierw „zdać egzamin” przed rodzicami. W ten sposób również oni uczestniczą w przygotowaniu dzieci. Pierwsza Komunia odbywa się w soboty, w małych grupach. „Zależy nam na nawiązaniu trwałego kontaktu z rodzicami i dziećmi, aby następne spotkanie w kościele nie zdarzyło się dopiero za kilka lat” — stwierdza o. Pilśniak.

„Następne spotkanie” to przygotowanie do sakramentu bierzmowania. Zazwyczaj dotyczy to młodzieży licealnej, ale zawsze znajdzie się kilkudziesięciu dorosłych, którzy z różnych względów nie przystąpili do tego sakramentu.

Tę ostatnią grupę proboszcz ze Służewa ceni sobie szczególnie, gdyż spotkania są szansą, aby dojrzali ludzie odkryli na nowo swą wiarę. „Czerpią przecież wiedzę o chrześcijaństwie z mediów, są nafaszerowani stereotypami, aż tu okazuje się, że wiara nie jest wymyślonym przez księży zbiorem podań, niemających nic wspólnego z rzeczywistością — tłumaczy o. Pilśniak. — Odkrywają bogactwo wiary, inny niż dotychczas sposób postrzegania człowieka i Boga, niektórzy przeżywają autentyczne doświadczenie Boga. Wiara zaczyna dawać im radość i — używając pojęć ze świata konsumpcji — przynosić wymierną korzyść, wpływa na polepszenie jakości życia”. Proboszcz ze Służewa wspomina autentyczne nawrócenia, gruntowną przemianę życia osób, które na początku przyszły, by „uzupełnić” sakrament.

Podobną szansą są Wieczory dla Zakochanych — „konik” o. Pilśniaka. Cieszą się one dużym zainteresowaniem, ze względu na aktywną formę uczestnictwa i prowadzenie spotkań we współpracy księdza i małżeństw. Zdarza się, że tu właśnie kogoś Pan Bóg „dopada”: Wieczory stają się okazją do ponownego rozważenia planów związanych z założeniem rodziny, a czasem do głębszego spotkania z Bogiem.

Ale jak dotrzeć do reszty, do tych, którzy pytają podczas spotkań przy kolędzie, kiedy zostanie oddany kościół do użytku? Dla młodych, którzy niekoniecznie są jeszcze religijni, o. Pilśniak chce założyć parafialny klub sportowy. A dla małżeństw niesakramentalnych, których w parafii jest wiele, chciałby na wiosnę zorganizować specjalną grupę, która pomoże im odnaleźć swoje miejsce w Kościele.

Przyznaje, że nie ma odwagi iść z gitarą na betonowe osiedla, aby próbować przyciągnąć młodzież z tak zwanego marginesu. Ale wokół kościoła może im stworzyć przyjazną przestrzeń spotkania. Może coś się wydarzy i akurat się odnajdą?

 

Kościół górny i jego podziemia

Ks. Drozdowicz też nie grywa na instrumentach — kontrabas, na którym kiedyś grał, śpiewając „Parafialnego bluesa” wraz z najmłodszymi uczestnikami telewizyjnego programu „Ziarno”, stoi w kącie „salonu” Domku Królewskiego. Teraz proboszcz Lasu pozwala pograć innym. A także śpiewać, wystawiać spektakle teatralne, monodramy, organizować wystawy. Co chwilę do Domku Królewskiego ktoś wpada po klucze, dzwoni komórka.

W czasach komunistycznych w podziemiach kościoła były przechowywane archiwa. Panowały tu wilgoć i straszny chłód. Warto było tę przestrzeń zagospodarować. Urząd Gminy Warszawa Bielany dał 50 tysięcy złotych na osuszenie piwnic, zburzono ścianki działowe i wówczas odsłoniły się piękne wnętrza, jedyne tego typu w Warszawie. Obok krypt, w których spoczywają kości dostojnych pustelników, a drewniane drzwi z wymalowanymi czaszkami i piszczelami przypominają o ulotności ludzkiego istnienia, powstało Podziemie Kamedulskie — kawiarenka i sala wystawowa. Jest tu dobra kawa, ciastka, idealne miejsce dla niedzielnych spotkań po Mszy świętej.

„Kto tu nie był? — zastanawia się proboszcz Lasu. — Była Piwnica pod Baranami, śpiewali Marek Grechuta, Stanisław Sojka, Mietek Szcześniak, Anna Chodakowska, Stanisława Celińska, romanse Wertyńskiego wykonywała Olena Leonenko, prezentowali się Tytus Wojnowicz, Litza i cała plejada muzyków chrześcijańskich. Tomasz Stańko grał na trąbie, występowali Alosza Awdiejew i Kuba Sienkiewicz. Zaowocowały kontakty ze światem artystycznym, zadzierzgnięte w czasach, gdy ks. Drozdowicz robił w TVP program dla dzieci „Ziarno”. Raz w miesiącu odbywa się koncert. To działka Wydziału Kultury Urzędu Gminy Warszawa Bielany. Od dwóch lat organizację koncertów przejęła Fundacja AKOGO? Ewy Błaszczyk, dobrego ducha tego miejsca, a także jednej z 50 parafianek Lasu. „Ludzie sami chcą tu przychodzić” — tłumaczy ks. Drozdowicz. Przyznaje, że nie ma opracowanej strategii, że wszystko się samo jakoś robi. „Ja tylko staram się nie krzyczeć i nie obrażać ludzi. Nie mam innego pomysłu” — dodaje jakby tonem usprawiedliwienia.

Brak strategii nie jest jednak katastrofą, gdyż i tak dzieje się tu niezwykle dużo. Nikt nikogo nie pyta o „przynależność do Kościoła”. „Nikogo nie cenzuruję” — mówi ks. Drozdowicz, zapewniając, że występujący tu artyści czują bliskość sacrum. „Tu są unikalne warunki do świętowania” — stwierdza. Jest Msza, potem można iść do podziemia na kawę, ciastko i rozmowę z przyjaciółmi, a później na spacer do lasu. Dla wielu ludzi kazanie jest niezrozumiałe, a tu mogą zobaczyć obrazy religijne, wystawy fotograficzne, posłuchać muzyki. Do ludzi można docierać na wiele różnych sposobów.

Dzieci mają karuzelę nieopodal wejścia do kościoła, a także zwierzęta. W Roku Jubileuszowym największą popularnością cieszyła się owieczka Milenka. W grudniu została ustawiona wielka szopka Józefa Wilkonia. Z ZOO przybyły ośliczka czarna (do pary dla osiołka Franciszka, stałego bywalca, biegającego po specjalnie ogrodzonej sztachetami przestrzeni), kucyk oraz dwie owieczki wrzosówki.

Parafia jest też ulubionym miejscem zawierania małżeństw. „Jakoś upodobali sobie to miejsce. Co roku odbywa się tu około setki ślubów. Może dlatego, że jest dobry rozbieg?” — zastanawia się proboszcz. Ślub to ważna okazja do rozmów i do zachęcania przyszłych małżonków, żeby wspólnie czytali Pismo Święte, żeby razem się modlili. Potem jest piękna Msza z zaślubinami, a na zakończenie z otworu w XVIII-wiecznym sklepieniu wysypują się na nowożeńców stosy białych piór. Jak osiąga się ten efekt? Proboszcz nie chce powiedzieć, to tajemnica warsztatu.

Ks. Drozdowicz właściwie nie wie, jak do ludzi trafić. Bliscy są mu Karol de Foucauld i św. Teresa z Lisieux. Karol de Foucauld przeżył tyle lat na pustyni, a nikogo nie nawrócił, choć może pomógł muzułmanom, żeby byli lepszymi muzułmanami, ale to też nie jest pewne. Wiadomo jedynie, że przyjaźnił się z Tuaregami. To wszystko. Będąc sześć lat na Syberii, proboszcz Lasu Bielańskiego nauczył się żyć na bardzo krótki dystans. Jego plan polegał na tym, żeby przetrwać do następnego dnia. Wstać, napalić w piecu, ugotować zupę, pomodlić się. Nieraz, będąc na ogromnych przestrzeniach między Irkuckiem a Nowosybirskiem, zadawał sobie pytanie: co tu jest misyjne? Syberia czy ja?

Coś zostało mu z tego doświadczenia. Gdy zauważy, że ktoś z katakumb przejdzie do kościoła górnego, cieszy się. Ale wie, że on sam ma z tym niewiele wspólnego, gdyż to działka Pana Boga. A co się stanie, jeżeli któregoś dnia w kościele zjawi się pani Jolanta z mężem? Nie wiadomo. Ks. Drozdowicz ma nadzieję, że parafianie posuną się, żeby zrobić im miejsce w ławkach.

Alina Petrowa-Wasilewicz (ur. 1954), dziennikarka Katolickiej Agencji Informacyjnej. Ostatnio opublikowała m.in. książki Fajerwerk na Trzecie Tysiąclecie oraz (we współpracy) wywiad-rzekę z bp. Ignacym Jeżem Przygody z Opatrznością.

 

opr. aw/aw

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama