Złudzenie wolności

Rozmowa z Tomaszem o wychodzeniu z alkoholizmu i bezdomności

O wychodzeniu z alkoholizmu i bezdomności z Tomaszem rozmawia Magdalena Guziak-Nowak.

Złudzenie wolności

Pamiętasz pierwszy kieliszek?

– Druga klasa szkoły średniej, rozpoczęcie roku szkolnego. Piliśmy 60-procentowy rum Porto.

Kiedy się uzależniłeś?

– Miałem 21 lat. Teraz wiem, że już wtedy miałem kłopot, choć oczywiście wydawało mi się, że doskonale panuję nad sytuacją.

Dlaczego chcesz zachować anonimowość?

– Członkowie grup AA raczej się nie ujawniają. Ale to nie o to chodzi. Nie chciałbym jeszcze bardziej skrzywdzić moich dzieci. Wywiad pójdzie w świat, każdy może go przeczytać. Co by było, gdyby moja historia np. utrudniła mojej córce znalezienie pracy, syna naraziła na drwiny w jego środowisku, a żonę na uszczypliwości ze strony najbliższej rodziny?

To dlaczego mi o sobie opowiadasz?

– Może komuś zapali się czerwona lampka i nie sięgnie po kieliszek. Formułki „Proszę, nie pij” i książkowa wiedza o skutkach picia nic nie dają, a świadectwa mają moc. Historie ludzi, którzy leżeli i powstali, jak ja. Jestem żywym przykładem na to, że można. Trzeba tego mocno chcieć i sięgnąć swego dna, dla każdego jest ono inne. Ja znalazłem je na ulicy.

Zacznijmy od początku.

– Pochodzę z Warszawy. Mieszkałem w podwarszawskim miasteczku z żoną i dwójką dzieci. Dziś syn ma 16, a córka 20 lat. Pracowałem w banku. Zajmowałem się obsługą klienta i funduszami inwestycyjnymi. Codziennie do pracy w garniturze. Miałem dobrych pracodawców, próbowali mi pomóc, gdy zauważyli, że wpadam w miesięczne ciągi alkoholowe. Jednak zmarnowałem kilka szans i dłużej nie mogli tolerować mojego zachowania. Był rok 2008, kiedy straciłem pracę. Żona powiedziała mi wtedy: „Pakuj się i jedź na terapię”. Pojechałem, ale nie wierzyłem w to, co mówili o abstynencji do końca życia. Alkoholik do końca życia nie może pić, ani kropli. A ja po 3-4 miesiącach próbowałem kontrolować swoje picie. Wydzielałem sobie „dawki” i wydawało mi się, że jest ok. W rzeczywistości się staczałem. Tak „kontrolowałem” swoje picie przez cztery i pół roku.

Inna praca?

– Tak. Szukałem robót, w których szybko można co nieco zarobić i wiadomo, co dalej. Pracowałem na budowach, byłem wózkowym w hurtowni, kurierem i panem kanapką – rozwoziłem jedzenie. Ale wszystko na zasadzie: zdobyć parę groszy i do widzenia. Byle zatankować. Żona we mnie wierzyła, ale zacząłem już wynosić rzeczy z domu. Znowu, w roku 2012, powiedziała: „Pakuj się i jedź na terapię”. Ale na terapię mnie nie przyjęli. Trafiłem do ośrodka w Bieszczadach. Nie było tam żadnego terapeuty, tylko same osoby uzależnione. Mieliśmy wyjść z nałogu dzięki pracy. Dziwne metody i… nieskuteczne. Pracowałem przy koniach, pokochałem je. Były moimi przyjaciółmi. Ale co z tego? Znowu zacząłem pić. Wrócilem stamtąd na gapę, jechałem trzy dni w swoje strony, krótko trwała moja trzeźwość. I znowu zacząłem pić, aż trafiłem na Dworzec Centralny w Warszawie. Spędziłem tam około miesiąca. Nocowałem na ławce w poczekalni, ale ochrona wyrzucała. Spałem więc w autobusach i tramwajach, na lotnisku Okęcie, w pustostanach w Sękocinie lub na klatce schodowej na Służewcu. Na Centralnym poznałem Andrzeja. Zaproponował mi fajny nocleg na Mokotowie. Łyżką i widelcem włamaliśmy się do klatki schodowej wieżowca. Po pierwszej nocy poszliśmy na przystanek autobusowy i ruszyliśmy w trasę. Wędkowaliśmy w śmietniku, zbieraliśmy złom i makulaturę. Za pierwsze pieniądze ze sprzedaży złomu kupiliśmy „białą damę” i rozcieńczyliśmy ją wodą ze studni.

?

– „Biała dama” to denaturat. To był pierwszy raz, kiedy piłem denaturat. Później piłem też czysty, nierozcieńczony. Nie chciałem, ale musiałem. Na Mokotowie nauczyłem się też jeść ze śmietnika. Czasem udało się znaleźć fajne jedzenie.

Fajne jedzenie ze śmietnika?

– Ludzie wyrzucali bigos w słoikach, wędlinę zapakowaną w folię, dobry chleb. Szczególnie po świętach było na bogato… W tamtym czasie spędziłem jedną noc na Centralnym. Przyplątał się do mnie pewien koleżka. Poszliśmy na Patelnię – tak warszawiacy nazywają placyk przed wejściem do stacji metra Centrum. Zbierają się tam szumowiny, ćpuny, drobne złodziejaszki, bezdomni. Kolega zaproponował mi nowy rejon – u ministrów. Od tego czasu żebraliśmy przed gmachem sejmowym na Wiejskiej, przed hotelem Sheraton. Były premier dał mi nawet kiedyś 7,80 złotych. Wszystko od razu szło na setki. Nocowaliśmy na asfalcie tzn. dajesz na asfalt tekturę, kładziesz się na niej i przykrywasz się kradzionym kocem z ogródków piwnych. A potem był park przy teatrze Buffo, moja ostatnia miejscówka.

Co się zmieniło?

– Zacząłem jeździć do sióstr misjonarek miłości na Poborzańską, żeby się umyć, odwszawić. Miałem też problemy z nogą. Siostry we mnie uwierzyły i zaproponowały wyjazd na rekolekcje do Ojcówka. Chciałem przestać koniecznie pić. Miałem tego wszystkiego serdecznie dość. Widziałem, że ktoś wyciąga do mnie rękę i miałem świadomość, że taka szansa może się już więcej nie powtórzyć. Ale najbardziej chciałem pojechać na te rekolekcje po to, żeby się umyć i wyspać w łóżku z pościelą, w piżamie.

Czy żyjąc na ulicy, miałeś jakieś marzenia?

– Zdjąć buty. Moje nogi były w fatalnym stanie. Buty ciągle przemoczone, gnijące, śmierdzące. Ale bezdomni nie ściągają butów, bo kiedy przychodzi straż miejska lub małolaty i trzeba uciekać, nie ma czasu, żeby je ubrać. Kurtkę można zostawić, plecak można zgubić, ale buty są najważniejsze.

Pełna wersja wywiadu na www.droga.com.pl

"Droga" nr 11/2015

opr. ac/ac

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama