"Nie rzucajcie pereł przed wieprze"

Z cyklu "Nadzieja poddawana próbom"

Pan Jezus powiedział: „Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”, a zaraz potem: „Nie rzucajcie swoich pereł przed świnie”. Skąd wiem, że mam przed sobą świnię, jeśli jej przedtem nie osądziłam? Jeśli chcę dla czyjegoś dobra udzielić napomnienia albo tylko czegoś nauczyć, coś przekazać, muszę zrobić wyjściowy osąd. Moje poczucie współodpowiedzialności za bliźniego wymaga ode mnie zaangażowania się w sprawę jego wnętrza, oceniania, żeby pomóc, nieraz ostrego wkroczenia w jego sumienie (jeśli jestem przekonana, że łagodne środki nie przełamią głęboko tkwiącego zła). Czy tego rodzaju gorliwość nie jest lepsza od obojętności?

Najpierw zastanówmy się krótko nad tym, co nam powiedział Pan Jezus w tych słowach: „Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni” (Mt 7,1). Od wieków Kościół słyszał w nich zwłaszcza dwie przestrogi i jedno wezwanie.

Po pierwsze, przestrogę przed wchodzeniem w wewnętrzne intencje drugiego człowieka. Fakt, że ktoś w tramwaju nie skasował biletu, nie musi przecież oznaczać wyłudzania darmowego przejazdu: ten człowiek może mieć bilet miesięczny, a może uległ roztargnieniu, za które zresztą, w przypadku kontroli, słono zapłaci.

Przestroga druga: Nie osądzaj człowieka, kiedy osądzasz jego czyn. Fakt, że twój mąż nie ma czasu dla dzieci, nie upoważnia cię do zarzutu, iż dzieci go nie obchodzą — takim zarzutem go tylko zranisz i utrudnisz mu zauważenie tego, o co ci chodzi naprawdę: że on zaniedbuje własne dzieci. Kiedy ktoś zdradza swoją żonę lub męża, nie masz wątpliwości, że dopuszcza się czegoś bardzo złego, ale osądzając zły czyn, nie osądzaj człowieka, bo potępiając go całego, możesz mu utrudnić opamiętanie. Nawet kiedy ktoś dopuścił się zabójstwa, ludziom wolno go osądzić i ukarać tylko za jego czyn, bo jedynie Bóg zna całą prawdę na temat tego człowieka.

Istotne światło na słowa: „Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni” rzuca następująca po nich uwaga Chrystusa Pana, że innych ludzi skłonni jesteśmy osądzać według innej miary niż samych siebie: u siebie nie zauważymy belki, podczas gdy u innych razi nas nawet źdźbło. Zatem Chrystusowe „nie sądźcie” oznaczałoby: nie sądźcie drugiego człowieka bezdusznie; kiedy wydajesz sąd na temat drugiego człowieka, staraj się to czynić z taką wyrozumiałością i życzliwością, z jaką chciałbyś być osądzany przez innych.

Natomiast z góry należy odrzucić takie interpretacje, wedle których „nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni” nawoływałoby do postawy przeciwnej przykazaniu miłości bliźniego. Nie ma nic bardziej obcego nauce Chrystusa niż reagowanie obojętnością na zło, w jakim pogrążony jest mój bliźni. Przecież to sam Chrystus Pan zostawił nam zasady braterskiego upomnienia (Mt 18,15n). Nieraz z miłości do ludzi potrafił On nawet mówić bardzo ostro: kiedy nie dało się już do kogoś przemówić inaczej, chwytał się jeszcze tego ostatniego sposobu, próbując jakoś dotrzeć do zatwardziałego ludzkiego serca (por. Mt 23,13—39).

Główną uwagę chciałbym jednak poświęcić słowom kończącym fragment Ewangelii, który skłonił Panią do tego, żeby do mnie napisać: „Nie dawajcie psom tego, co święte, i nie rzucajcie swych pereł przed świnie, by ich nie podeptały nogami, i obróciwszy się, was nie poszarpały” (Mt 7,6).

Dokładnie w myśl tej swojej nauki zachował się Pan Jezus, kiedy stanął przed Herodem: „Na widok Jezusa Herod bardzo się ucieszył. Od dawna bowiem chciał Go ujrzeć, ponieważ słyszał o Nim i spodziewał się, że zobaczy jaki znak, zdziałany przez Niego. Zasypał Go też wieloma pytaniami, lecz Jezus nic mu nie odpowiedział” (Łk 23,8n). Natomiast przed Piłatem Pan Jezus nie podjął nawet pytania: „Cóż to jest prawda?” (J 18,38)

Zauważmy: w zachowaniu Pana Jezusa nie ma nawet cienia pogardy dla Heroda czy Piłata. Jego milczenie płynie z szacunku dla prawdy. Nie powinno się mówić o rzeczach wielkich ludziom, których one nic a nic nie obchodzą.

Wiedziano o tym już w Starym Testamencie. „Nie mów do uszu głupiego, bo wzgardzi mądrością twej mowy” (Prz 23,9). A trzeba wiedzieć, że „głupi” to w języku biblijnym ktoś, kogo nie interesuje to, co najważniejsze. Stąd obdarzać prawdą głupiego to — w myśl dosadnych porównań Księgi Syracha (22,9n) — kleić skorupy rozbitego dzbana, to nauczać kogoś, kto usnął. Otóż jeśli ktoś sądzi, że nie ma w sobie nic z rozbitego dzbana i że prawda Boża zawsze do niego dociera... no cóż, gratuluję mu dobrego samopoczucia.

Biedniejszy od głupca jest chyba tylko szyderca: ten, kto się wyśmiewa z tego, co najważniejsze. Nie jest jednak tak, żeby ludzie dzielili się na mądrych i głupich, na bogobojnych i szyderców. Niestety, postawa głupoty i bezbożności może na dłuższy lub krótszy czas ogarnąć każdego z nas — i wtedy stajemy się niezdolni do usłyszenia prawdy, a nawet zaczynamy zachowywać się agresywnie wobec tych, którzy ją głoszą lub o niej świadczą. „Kto poucza szydercę, ściąga na siebie wzgardę — czytamy w Księdze Przysłów (9,7n). — Nie strofuj szydercy, by cię nie znienawidził”. Otóż tego rodzaju wypowiedzi Pisma Świętego mogą odnosić się do nas obustronnie. Każdemu z nas może się zdarzyć również to, że prawda w oczy kole — nie tylko prawda o jakimś wstydliwym epizodzie z mojego życia, ale również jakaś ogólna prawda zawarta w Bożych przykazaniach. I każdego z nas może ogarnąć bezbożny gniew na tę prawdę oraz na jej głosiciela.

Rzecz ciekawa, zdanie o perłach rzucanych przed świnie Ojcowie Kościoła bez porównania częściej odnosili do nas, katolików, aniżeli do jakichś tam bezbożników czy heretyków („heretyk” to, w myśl greckiej etymologii, człowiek, który nie chce przyjąć prawdy Bożej takiej, jaką ona jest, tylko usiłuje ją kształtować po swojemu). Przeglądnijmy pod tym kątem wypowiedzi jednego tylko Orygenesa, teologa żyjącego w pierwszej połowie III wieku, a więc 1750 lat temu.

„Do was, słuchacze — zwraca się Orygenes do uczestników dyskusji z Heraklidesem — kieruję prośbę, abyście nie dali powodu do oskarżenia mnie, iż marnuję perły, jakie mam zamiar tutaj zgromadzić. (...) Jeśli bowiem szlachetne perły, nabyte w trudach i nocnych czuwaniach, rzucam duszom rozmiłowanym w rozkoszach zmysłowych i nurzających się w błotach cielesności oraz w nieczystościach, wówczas również do mnie odnosi się to porównanie, iż rzucam perły przed świnie. (...) Toteż gorąco was błagam: przemieńcie się! To od was samych zależy metamorfoza: odrzucenie zarówno postaci świni, będącej odpowiednikiem nieczystej duszy, jak postaci psa, co oznacza człowieka czyniącego zgiełk wokół siebie, kłótliwego i złośliwego w języku” (Dyskusja z Heraklidesem 12n).

Nieraz dawał Orygenes wyraz swojemu lękowi, żeby nie głosić słowa Bożego w sposób jałowy. Bóg po to przecież obdarzył nas swoim słowem — Orygenes nawiązuje tu do porównania z Księgi Ezechiela (13,10—16) — żebyśmy jego mocą odbudowali walące się mury świątyni, my zaś, zamiast odbudowywać mury, usiłujemy pokryć tynkiem to, co się rozpada. „Nawet kiedy przebywacie w kościele, nie okazujecie gorliwości — skarży się wielki Aleksandryjczyk, objaśniając Księgę Rodzaju (hom. 10,1) — i plecami odwracacie się od słowa Bożego i od boskich tekstów. (...) Czyż wolno mi perły słowa Bożego przynosić głuchym i nieprzychylnym?”

A oto w jaki sposób pragnie Orygenes uchronić ludzi nawróconych przed utratą zdobytego już skarbu: „Cóż w przyszłości może być lekarstwem dla ludzi, którzy po nieczystych i brudnych pokarmach zła spróbowali rozkoszy cnoty i poczuli w ustach jej słodycz, ale ponownie odwrócili się ku jadowitym i śmiercionośnym pokarmom niegodziwości? Czyż nie lepiej by było, gdyby takim ludziom dopiero wówczas objawiła się nauka Boża, kiedy poczują już przesyt zła i wstręt przed brudem, w którym teraz znajdują przyjemność: aby nie było dawane psom to, co święte, ani pereł nie rzucano przed wieprze, bo podepczą je nogami, a nadto — żeby nawróceni nie upadli i nie walczyli przeciwko tym, którzy głoszą im słowo Boże?” (O zasadach 3,1,17)

W podobnym duchu przestrzega Orygenes swoich słuchaczy przed popadnięciem w herezję. Okazji dostarczyła mu nazwa jednego z ludów kananejskich, Jebuzytów, która podobno oznacza „tych, którzy depczą”: „Zastanówmy się, kim są w Kościele ci, którzy depczą. (...) Są to ci, którzy słuchają słowa Bożego niegodni, a po usłyszeniu go nie odchodzą jak niewierni ani nie pozostają z nami jako wierni, lecz poznawszy tajemnice i przeniknąwszy sekrety naszej wiary odwracają się i napadają na nas oraz swoimi sprzeciwami rozrywają nasze serca, depcząc perły słowa Pańskiego i plamiąc klejnoty wiary” (Wykład Księgi Jozuego, hom. 21,2).

Człowiek tym się różni od zwierząt, na przykład od psów czy świń, że karmiony przy stole Bożym, sam z kolei może, a nawet powinien zapraszać Boga do swojego stołu. Otóż Boga możemy poczęstować tym wszystkim, co wynika z naszego uporządkowanego zwrócenia się ku dobru. Jeśli zaś słuchamy słowa Bożego, ale nie staramy się o to, żeby z kolei Boga poczęstować naszym wewnętrznym uporządkowaniem i dobrymi czynami, to — powiada Orygenes — bardziej jesteśmy podobni do psów i świń niż do ludzi: „Tego, co dano nam na pożywienie, nie czyńmy karmą świń albo psów, lecz przygotujmy w nas takie pokarmy, którymi w gościnie serca naszego można godnie podjąć Słowo i Syna Bożego, który przychodzi wraz ze swoim Ojcem i pragnie u nas przebywać w Duchu Świętym — Jego to świątynią powinniśmy się stać uprzednio dzięki uświęceniu” (Wykład Księgi Rodzaju, hom. 1,17).

Krótko mówiąc, nieomylnym sprawdzianem, czy taką lub inną naukę Ewangelii rozumiemy autentycznie, jest to, że pobudza nas ona do miłości. Jeżeli zaś pobudza nas ona także do potępienia, niech to będzie wyłącznie potępienie jakichś złych czynów lub postaw, nigdy zaś konkretnych ludzi. Gdyby ktoś w Ewangelii znalazł jakieś usprawiedliwienie dla swojego wywyższania się nad innych albo dla pogardy drugiego człowieka, niech z góry wie, że odczytał Ewangelię fałszywie.

opr. aw/aw

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama