Stosunek Kościoła do niewolnictwa

Z cyklu "Praca nad wiarą"

 

STOSUNEK KOŚCIOŁA DO NIEWOLNICTWA

Na moją uwagę, że chrześcijaństwo doprowadziło do obalenia niewolnictwa, znajomy, wielki antyklerykał, zasypał mnie faktami, że księża, klasztory i biskupi mieli swoich niewolników, że papieże wydawali bulle z zezwoleniem na obracanie Murzynów i Indian w niewolników, i że w ogóle Kościół zgadzał się na niewolnictwo i je popierał. Nie podjąłem tych zarzutów, bo nie mam dostatecznej wiedzy na ten temat.

Wbrew temu, czego Pan ode mnie oczekuje, nie będę się rozprawiał z zarzutami, tylko spróbuję przedstawić stosunek współczesnego Kościoła do niewolnictwa. Bo myślę, że w dawnych wiekach było podobnie jak dzisiaj: że Kościół bardzo wiele zdziałał w walce z niewolnictwem, ale też bardzo wiele zaniedbał.

To prawda, że powinniśmy odpowiadać na różne niesprawiedliwe zarzuty, jakie są wysuwane przeciw Kościołowi, oraz pokazywać, jak wiele dobra stało się i nadal dzieje się dzięki Kościołowi. Za to wszystko dobro dziękujmy Bogu. Ale zarazem unikajmy takiego stosunku do historii Kościoła (i do jego teraźniejszości!), jakbyśmy zakładali, że Kościół jest zrealizowaną utopią.

Wszyscy - również w Kościele - jesteśmy grzesznikami i z pewnością nigdy nie jesteśmy idealni w realizowaniu zasad Ewangelii, a nieraz potrafimy je nawet podeptać. I bardzo dobrze, że ludzie wypominają nam jako Kościołowi różne rzeczywiste nasze niewierności i przewinienia.

Powinniśmy jednak protestować, jeżeli ktoś w swojej krytyce Kościoła wyolbrzymia jego rzeczywiste winy, albo przedstawia je w sposób tendencyjny i z przeinaczeniami, albo nawet przypisuje Kościołowi winy tam, gdzie trzeba by raczej podkreślać szczególne jego zasługi. W sposób oczywisty niesprawiedliwe jest również takie krytykowanie Kościoła, kiedy ktoś w jego historii lub teraźniejszości widzi samo tylko zło. Albo jeśli krytykuje Kościół z pozycji kogoś bezgrzesznego i niepokalanego.

Zanim zacznę mówić o stosunku współczesnego Kościoła do niewolnictwa, spróbuję w dwóch uwagach skomentować Pański list. Pierwsza uwaga będzie dotyczyła chrześcijaństwa starożytnego. Otóż niektórzy ówcześni chrześcijanie posiadali niewolników, inni byli niewolnikami, jeszcze inni ani nie byli niewolnikami, ani ich nie posiadali. Zdarzało się nieraz, że niewolnik, który był chrześcijaninem, doprowadził do wiary swojego pana. Zdarzało się i odwrotnie.

Chrześcijańscy panowie niekiedy obdarowywali swoich niewolników wolnością. W ówczesnych pismach chrześcijańskich znajdziemy nawet świadectwa lęku, że może niektórzy niewolnicy starają się o chrzest nie dlatego, że uwierzyli w Chrystusa, ale żeby przypodobać się swoim chrześcijańskim panom. Zdarzało się i tak, że pan i niewolnik wspólnie dawali świadectwo Chrystusowi, skazani na śmierć jako Jego wyznawcy. Chyba najsłynniejszym przypadkiem takiej wspólnoty w wierze i męczeństwie są dwie młode chrześcijanki z Kartaginy, Perpetua i jej niewolnica Felicyta, zamęczone za wiarę w roku 203.

Jedno nie ulega wątpliwości: że na stosunek ówczesnych chrześcijan do niewolnictwa wywierała realny wpływ nauka Nowego Testamentu o zasadniczej równości niewolników i wolnych zarówno w człowieczeństwie, jak w wezwaniu do życia wiecznego. Na jednych chrześcijan nauka ta zapewne wpłynęła zasadniczo, na innych tylko powierzchownie. Trudno jednak sobie wyobrazić, żeby w sytuacji, kiedy niewolnictwo było faktem społecznym, jacyś ówcześni chrześcijanie nauki tej w ogóle nie zauważyli.

W Jezusie Chrystusie - pisał Apostoł Paweł - „nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego” (Ga 3,28; por. 1 Kor 12,13; Kol 3,11). Uwierzywszy w Chrystusa - nauczano w ówczesnym Kościele - niewolnik uzyskuje tę wolność, jakiej nie zna wielu ludzi społecznie wolnych, natomiast człowiek społecznie wolny poddaje się „niewoli” Chrystusa: „Albowiem ten, kto został powołany w Panu jako niewolnik, jest wyzwoleńcem Pana; podobnie i ten, kto został powołany jako wolny, staje się niewolnikiem Chrystusa” (1 Kor 7,22).

W Liście do Filemona Apostoł Paweł podpowiada swemu przyjacielowi, ażeby zbiegłego niewolnika, który po swojej ucieczce został chrześcijaninem, przyjął „już nie jako niewolnika, lecz więcej niż niewolnika, jako brata umiłowanego” (w.16). Można się domyślać, że kiedy później jacyś chrześcijanie stawali przed podobnym problemem, niejeden z nich zachował się stosownie do tej rady.

Na pewno też przynajmniej niektórzy ówcześni chrześcijanie, którzy posiadali niewolników, starali się wprowadzać w życie apostolską naukę do nich skierowaną: „Panowie, oddawajcie niewolnikom to, co sprawiedliwe i słuszne, świadomi tego, że i wy macie Pana w niebie” (Kol 4,1; por. Ef 6,9).

Ówczesny Kościół nie postulował zniesienia niewolnictwa, jednak starał się budować takie poglądy i postawy, które w sposób logiczny prowadziły do jego zniesienia. Zdecydowanie podzielam Pański pogląd, że chrześcijaństwo przyczyniło się istotnie do obalenia niewolnictwa. Zarazem byłoby czymś niepoważnym wyobrażać sobie, że w kwestii niewolnictwa poglądy i postawy wszystkich starożytnych chrześcijan były idealnie zgodne ze słowem Bożym. Strzeżmy się utopijności nawet w stosunku do historii.

Na marginesie Pańskiego listu nasuwa mi się jeszcze druga uwaga. Czy rzeczywiście papieże wydawali bulle z zezwoleniem na obracanie Murzynów i Indian w niewolników? Nie podał Pan żadnych konkretnych danych, które pomogłyby mi dotrzeć do owych bulli (zwłaszcza pomocny byłby tu rok wystawienia, a przynajmniej imię papieża), ażeby sprawdzić, co rzeczywiście jest w owych bullach napisane.

Jednak niezależnie od tego, jakby wypadły te poszukiwania, niestety, faktem jest, że w czasach nowożytnych różni ludzie uważający się za chrześcijan nie tylko obracali w niewolę tysiące Indian i Murzynów, ale traktowali ich nieraz tak, jak nie wolno traktować nawet zwierząt. Dla przykładu przytoczę dominikański tekst z końca XVI wieku, wyjaśniający, dlaczego praca wśród Indian okazała się dla jednego z misjonarzy czymś zupełnie ponad siły:

„Nie mógł znieść okrucieństwa niektórych oficerów i gubernatorów, którzy często z błahej albo i bez żadnej przyczyny zabijali Indian, a także przeszkadzali głoszeniu słowa Bożego. Zdarzało się nawet, że kiedy cały tłum Indian słuchał kazania, wpadał prefekt królewski i kijem wypędzał wszystkich z kościoła. <Wychodźcie, łotry - krzyczał - do pracy!>... Aby ukrócić takie postępowanie, brat Bartłomiej de las Casas - najpierw jako ksiądz świecki, później przez prawie pięćdziesiąt lat nosząc nasz habit - wielekroć jeździł w obronie Indian do Hiszpanii i stał się ich wiekuistym patronem... I chociaż niektórzy, schlebiający tyranom Indian zwalczali go niegodziwie w swoich traktatach z powodu prac podjętych z miłości do pogan, on jednak - tylko cześć Chrystusa mając przed oczyma - na to nie zważał, lecz w czasie stosownym i niestosownym piętnował i karcił okrucieństwo, ciągle wykazując, że narodów tych nie wolno pozbawiać praw, jakie im przysługują z prawa natury i dekretów królewskich...

Napisał on wiele listów do Bertranda, aby ze wszystkich sił przykładał się do nawracania tych pogan oraz żeby - ponieważ spowiadali się u niego oficerowie i gubernatorzy - usilnie ich napominał, aby nie byli tyranami dla pogan, lecz szanowali królewskie przywileje. Ojciec Bertrand żywił dla biskupa Bartłomieja wielką cześć z powodu jego cnót i nauki, toteż opanowało go gwałtowne pragnienie powrotu do Hiszpanii, gdyż nie mógł udźwignąć tak wielkiego ciężaru”.

W powyższym tekście pojawiło się nazwisko wielkiego obrońcy Indian, Bartłomieja de las Casas (+1566). Obok heroicznego opiekuna niewolników murzyńskich, świętego jezuity Piotra Klawera (+1654), jest to postać poniekąd symboliczna. Można powiedzieć, że de las Casas niejako symbolizuje tysiące anonimowych obrońców Indian, podobnie jak Piotr Klawer jest tylko kimś szczególnie wyróżniającym się wśród tysięcy anonimowych chrześcijan, którzy poświęcali się dla niewolników murzyńskich.

Skąd się to bierze, że nawet najbardziej chlubne karty historii Kościoła są tak powszechnie nieznane? I to nawet wśród katolików. Czy na przykład wielu jest w Polsce katolików, którzy wiedzą, jak gigantyczną pracę na rzecz zniesienia niewolnictwa w Afryce wykonała całkiem niedawno błogosławiona Teresa Ledóchowska (+1922)?

Owszem, powinniśmy pamiętać również o rozmaitych winach, jakie popełniali katolicy, zwłaszcza jeśli popełniali je oficjalni ludzie Kościoła. Jednakże patrzenie na historię Kościoła poprzez filtry usuwające z tej historii wszystko, co było w niej dobrego, jest zwyczajną niesprawiedliwością.

Zacząłem swój list od obietnicy, że jego tematem będzie stosunek współczesnego Kościoła do niewolnictwa. Jednak wstęp rozrósł mi się tak bardzo, że już przestał być wstępem, i z głównym tematem będę się musiał ograniczać.

Bo, niestety, nie jest tak, jak się wielu ludziom wydaje, żeby problem niewolnictwa był już tylko problemem historycznym. Pominę tutaj problem tych form niewoli duchowej, jakim podlegamy wskutek rozwoju mass mediów oraz mentalności produkcyjno-konsumpcyjnej . Problemem czasów współczesnych jest również niewolnictwo całkiem dosłowne.

Mówił o nim tak niedawno Jan Paweł II, w swoim kazaniu wygłoszonym w Ełku: „Krzyk biednych całego świata podnosi się nieustannie z tej ziemi i dociera do Boga. Jest to krzyk dzieci, kobiet, starców, uchodźców, skrzywdzonych ofiar wojen, bezrobotnych. Biedni są także wśród nas: ludzie bezdomni, żebracy, ludzie głodni, wzgardzeni, zapomniani przez najbliższych i przez społeczeństwo, poniżeni i upokorzeni, ofiary różnych nałogów. Wielu z nich próbuje nawet ukryć swoją ludzką biedę, ale trzeba umieć ich dostrzec”.

O niektórych formach tego niewolnictwa pisał ponad sto lat temu, w encyklice Rerum novarum, papież Leon XIII, a słowa jego brzmią, niestety, jakby były napisane specjalnie dla Polski współczesnej: „Najpierw państwo winno wyzwolić pracowników z niewoli ludzi chciwych, którzy dla celów zysku bez miary nadużywają osób, jak rzeczy martwych. Ani sprawiedliwość, ani uczucie ludzkości nie pozwalają wymagać takiej pracy, by umysł tępiał od zbytniego trudu, a ciało upadało ze zmęczenia”.

W poruszającym tonie zwracał uwagę na współczesne formy poniżania i niewolenia ludzi ostatni sobór, w Konstytucji duszpasterskiej o Kościele w świecie współczesnym, 27. Często podejmuje ten temat Jan Paweł II. Jeśli idzie o niewolnictwo w sensie najdosłowniejszym, istnieje ono nie tylko w niektórych regionach Afryki. Stosunkowo niedawno wypisałem sobie z jakiejś gazety krótką wiadomość pod przerażającym tytułem Dzieci na sprzedaż: „Międzynarodową siatkę handlarzy żywym towarem, którzy po około 40 tysięcy dolarów sprzedawali dzieci z Azji pedofilom w USA, Europie Zachodniej i Australii, wykryto we Włoszech - poinformowała mediolańska prokuratura”.

Albo ileż to razy spotyka się w gazetach wiadomości o podstępnym obracaniu młodych dziewcząt w niewolnice przeznaczone do nierządu. Aż trudno sobie wyobrazić, że istnieją tacy niegodziwcy, którzy dla zysku - choćby nawet wielkiego - potrafią tak potwornie krzywdzić swoich bliźnich, w tym nawet dzieci. Nie można mieć wątpliwości, że tych niegodziwców w pierwszym rzędzie dotyczy Boża groźba: „Ci, którzy się takich rzeczy dopuszczają, królestwa Bożego nie odziedziczą” (Ga 5,21).

Zarazem dobrze jest sobie uświadomić, że przyszłe pokolenia na pewno będą nam zarzucały, że wobec tak różnych, a nieraz wręcz potwornych form współczesnego niewolnictwa, robiliśmy o wiele za mało, ażeby te zjawiska ukrócić. I niestety, w tych zarzutach będzie wiele racji.

Przejdźmy do konkluzji: Z pewnością Pan i ja niewiele tu możemy zmienić, ale jeżeli będziemy się starali zrobić tylko to, co możemy, już w naszym świecie będzie więcej sprawiedliwości. A prawdopodobnie i Pan i ja możemy tu przynajmniej trochę więcej, niż nam się wydaje.

opr. aw/aw

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama