Chętnie wróciłem po latach do mojego ulubionego i niestarzejącego się G.K. Chestertona. Ale, niespodzianka, odkryłem pewien dysonans pomiędzy zabawną formą jego publicystyki a nastrojem wielkopostnym. Koniec końców ściągnąłem z półki „Smutek” Lewisa – pisze Sławomir Zatwardnicki.
Pisał był C.S. Lewis, że „jedzenie doskonale komponuje się z czytaniem, chociaż rzecz jasna nie wszystkie książki nadają się do czytania przy stole. Czytanie poezji w czasie obiadu byłoby czymś w rodzaju świętokradztwa”. Wyznanie rodzi wyznanie, zatem daję się zainspirować tym cytatem i spisuję swój subiektywny przewodnik pt. Co i gdzie czytać?
Siedząc, chodząc i leżąc
Jeśli chodzi o kompatybilność czytania i jedzenia – nie przeczę, że istnieje, choć nie przeceniałbym tego niełatwego związku. Nie bardzo smakuje lektura zwłaszcza przy zupie, psuje ją ryzyko zaplamienia koszuli (pół biedy) i stronic książki (też pół biedy, to razem będzie cała bieda).
Poezji w czasie obiadu nie próbowałem, zostawiam ją sobie raczej na deser, czyli na czas spacerowania dla zdrowia po moim ulubionym osiedlu. Spacery lubią poezję i odwzajemniają się hojnie – większość wierszy, które napisałem, powstała właśnie w czasie przechadzek (swoją drogą, to pokazuje, jak działa ludzki mózg – wydawałoby się, że to narzędzie, a on bardziej przypomina skrzynkę na listy, w którą wpada niezasłużenie cenna myśl czy intuicja). Ale zdarzało mi się czytać poetów także na rybach, a raz nawet w galerii handlowej.
W ramach nadrabiania zaległości trawię ostatnio Tomasza z Akwinu w czasie, gdy rozprostowuję kręgosłup. Koniecznie muszę wtedy zdążyć przed powrotem dzieci ze szkoły, bo „Suma teologiczna” domaga się skupienia. Notabene to dzieło Akwinaty jest w jego zamiarze pisane dla początkujących – teolog współczesny może nabawić się kompleksów, nawet skupiony maksymalnie ma problem z nadążaniem za średniowiecznym Mistrzem. Niestety tak to już jest, że zasłużone pozycje często wydawane są w twardych okładkach, których nienawidzę za ich niezdolny do współpracy z czytelnikiem charakter. Ręce opadają, trzeba podkładać poduszkę. Najlepiej wyjąć ją spod głowy, bo gdy się leży nazbyt wygodnie, wtedy powieki, jak w lalkach z mojego dzieciństwa, automatycznie zaczynają opadać. Tomaszu, módl się za mną.
Książka w podróży
Wraz z bratem odkrył był Lewis „to, na co ludzie nie potrafią czasem wpaść przez całe życie – że w podróż można zabierać ze sobą książki i że do wielu przyjemności podróżowania dodaje się w ten sposób złote godziny spędzone na czytaniu”. Sam również wpadłem na ten pomysł – nie było aż tak trudno, nie trzeba być Lewisem i jego bratem. Wolę jeździć koleją niż samochodem właśnie ze względu na to, żeby czas przeciekał między kartkami, a nie palcami. Dawniej zdarzało się, że potrafiłem czytać nawet w wielogodzinnej podróży, teraz męczę się dużo szybciej. Złote godziny chyba mam już za sobą, dobrze że jeszcze pożytek łączy się z jakąś przyjemnością.
Nie wszystko nadaje się na lekturę w pociągu. Raczej odpadają publikacje ciężkie fizycznie, chyba że można książkę oprzeć o rozkładany stolik czy plecak.
Także publikacje ciężkie treściowo odpadają, bo coraz więcej podróżujących dzieli się z pozostałymi pasażerami całym swoim życiem rozmawiając przez telefon. W tej nieuczciwej konkurencji autor słowa spisanego nie ma szans na wygraną.
Ponieważ niekomfortowo się czuję, gdy ktoś zagląda mi przez ramię, staram się ukryć w obcym języku, albo wyciągnąć z plecaka coś niekontrowersyjnego. Mógłbym skorzystać z czytnika, ale po pierwsze użyczyłem synowi, a po drugie jestem nieuleczalnie związany z papierem w wersji analogowej. Trochę jak zakochany w książkach Lewis: „Układ strony, faktura i zapach papieru, specyficzny szelest, jaki wydają różne gatunki papieru przy przewracaniu stron – wszystko to stało się dla mnie zmysłową przyjemnością”.
Za wesoły na post
O właśnie, prócz miejsc są oczywiście również różne czasy. Można by osobny tekst poświęcić na to, w jakim okresie jaka lektura pasuje jak ulał, a w jakim jak kwiatek do kożucha. Poprzestanę na jednej tylko wzmiance, także po to, żeby czytelnik nie odniósł wrażenia, że jestem bezkrytycznym fanem Lewisa.
Zwłaszcza że po przeczytaniu przeze mnie autobiografii „Zaskoczony radością” jej autor mocno stracił w moich oczach. Tym chętniej wróciłem po latach do mojego ulubionego i niestarzejącego się G.K. Chestertona.
Ale, niespodzianka, odkryłem pewien dysonans pomiędzy zabawną formą jego publicystyki a nastrojem wielkopostnym. I choć przekonywałem rozum, że przecież apologeta ten wyraża arcypoważne treści, to ku mojemu zasmuceniu nie przekonała go moja apologia i postawił na swoim. Koniec końców ściągnąłem z półki „Smutek” Lewisa.
Dziękujemy za przeczytanie artykułu. Jeśli chcesz wesprzeć naszą działalność, możesz to zrobić tutaj.