Kałamarz na szczycie

Kapelusz na wodzie. Gawędy o księdzu Tischnerze (fragmenty)

Kałamarz na szczycie

Wojciech Bonowicz

Kapelusz na wodzie

Gawędy o księdzu Tischnerze

ISBN: 978-83-240-1348-7
wyd.: Wydawnictwo ZNAK 2010

Spis wybranych fragmentów
Wstęp
„Najpierw jestem człowiekiem...”
Dwa światy
Marzenie o skakaniu
Kałamarz na szczycie
Kto się udał Panu Bogu
Solidarność
Internowani
Scena
„Najwyższy czas się skompromitować”

Kałamarz na szczycie

Tischner poznał księdza doktora Karola Wojtyłę na czwartym roku studiów. Po wakacjach w 1953 roku seminarzyści mieli przewidziane zajęcia z etyki społecznej. Przedmiot ten wykładał dotychczas redaktor „Tygodnika Powszechnego” i znakomity publicysta ksiądz Jan Piwowarczyk. Z powodów politycznych musiał on jednak opuścić Kraków i władze kościelne przysłały na jego miejsce Wojtyłę.

„Właściwie do tych wykładów nie był wówczas dobrze przygotowany”, opowiadał w 1981 roku Tischner. „Przedmiotem jego zainteresowań było co innego. Doktorat zrobił ze świętego Jana od Krzyża, a zatem z mistyki. Tymczasem przyszło mu wykładać etykę społeczną. Często tak się w życiu dzieje, że człowiek musi robić nie to, co potrafi najlepiej. Musiał się do tych wykładów z dnia na dzień przygotowywać. I śmiał się, że jest od swoich studentów mądrzejszy tylko o jeden wykład.

Otóż pisał te wykłady, dawał nam skrypt maszynowy, żeby się łatwiej było uczyć, ale pewnego dnia — było to w dzień świętego Franciszka — odłożył skrypt i zaczął mówić od siebie. Mówił mniej więcej w ten sposób: my tutaj, na tych wykładach, dużo mówimy o ekonomii, o polityce, dużo mówimy o gospodarce, o krążeniu towarów, jak gdyby to wszystko było najważniejsze. Tymczasem dzień dzisiejszy, dzień świętego Franciszka z Asyżu, mówi nam, że nie to jest najważniejsze. Świat — mówił doktor Karol Wojtyła — stoi na głowie, bo to, co naprawdę cenne, ceni najmniej, a to, co mało cenne, stawia na szczycie wartości. A cóż jest najcenniejsze? Najcenniejsze jest ubóstwo. Gdzie jest ubóstwo, tam jest wolność. Powtórzył to kilka razy: gdzie jest ubóstwo, tam jest wolność! Do dnia dzisiejszego pamiętam właśnie ten wykład, podczas kiedy wszystkie inne, do których tak się przygotowywał, jakoś już mi uleciały z pamięci”.

Słowa Wojtyły nie zrobiłyby być może na Tischnerze takiego wrażenia, gdyby nie rzucająca się w oczy zgodność między tym, co młody wykładowca mówił, i tym, jak wyglądał. „To był człowiek wewnętrznie wolny od tego, co można by nazwać obsesją posiadania, obsesją własności”. Cechowała go „urocza niedbałość stroju”: znoszona sutanna z powycieranymi rękawami, lekko spłowiały zielony płaszcz... „W tym samym czasie”, wspominał Tischner, „widziałem go na przykład na Plantach, jak szedł na kolejny wykład i miał na ręku stos książek, a na szczycie tych książek — kałamarz z piórem. Myśmy jeszcze wtedy, zdaje się, nie używali długopisów, nie wiem, co się stało z jego wiecznym piórem — ale utkwił mi w pamięci ten kałamarz na stosie książek i ten Wojtyła idący wielkimi krokami na uniwersytet, gdzie miał mieć ćwiczenia z etyki”.

Tischner podkreślał wielokrotnie, że aby zrozumieć fenomen Wojtyły, trzeba zobaczyć go na tle czasu, w którym żył, i stylu bycia księdzem, jaki wówczas proponowano. „Można wtedy było zobaczyć księdza wspinającego się w sutannie na Rysy... Była to szkoła twarda i wymagająca. Okres komunizmu spowodował zwarcie w kręgach kościelnych, bo czuliśmy się obserwowani. Duszpasterstwo młodzieżowe też było tak robione, żeby między księdzem a młodzieżą istniał duży dystans. Ksiądz miał był wzorem, punktem odniesienia, ale jednocześnie miał być niedostępny. Wojtyła zrobił ogromny wyłom, bo »na cywila« poszedł ze studentami w Bieszczady, potem pojechał na kajaki. Tak niekonwencjonalnym sposobem zachowania budził niepokój”.

Dziś nikt się do tego nie przyzna, ale w latach pięćdziesiątych były w Krakowie osoby, które określały postępowanie Wojtyły jako „gorszące”. Nie tylko wśród duchownych. „Pamiętam”, opowiadał Tischner, „rozmowę z pewną panią, zresztą zaprzyjaźnioną z Wojtyłą, która zastanawiała się, czy to aby wypada, żeby ksiądz tak się zachowywał. W życiu Kościoła jest bardzo wiele takich momentów, które ocenia się z punktu widzenia »wypada — nie wypada«. Istniała wtedy taka klasyfikacja błędów teologicznych: herezja, bardzo blisko herezji, blisko herezji, a na samym dole tej drabiny było to, co obraża dusze pobożne”.

Wojtyła wedle Tischnera nie bał się „obrazić pobożnych dusz”, jeśli tylko był przekonany do tego, co robi. I „robił to w sposób niezwykle naturalny, prosty, subtelny. Nie było w tym nic z wyzywającej pozy. Zdarzały się wypadki, że niektórzy duchowni traktowali zdjęcie sutanny i pójście gdzieś po cywilnemu jako akt odwagi rzucony światu — i wtedy bywało to nawet humorystyczne. Natomiast Wojtyła po prostu chciał być z ludźmi, wśród których duszpasterzował, chciał wejść w ich środowisko. I wchodził — bardzo głęboko i naturalnie. Kiedyś jeden ze studentów zasugerował mu, żeby »przerobił« podręcznik do matematyki, tak aby wiedzieć, czego uczą na studiach. I Wojtyła zmierzył się z tym, mimo że przecież nigdy sam matematyką się nie zajmował”.

 

opr. aw/aw

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama