Inni, nie gorsi

O Polakach w Kazachstanie

Sowiecki batog, zsyłki, ludzie bez inicjatywy, wyprani z wiary. Ale też zdolni do wielkich poświęceń, odkrywający swoją tożsamość, a także Boga. Tacy są mieszkańcy Kazachstanu. Tacy są następcy tych, których okrutny system wydarł z polskiej ziemi, pozostawiając na azjatyckim stepie.

 

Inni, nie gorsi

Jest rok 1936. Radzieckie władze na rozkaz Stalina z zachodnich rubieży Ukrainy i Białorusi deportują kilkadziesiąt tysięcy Polaków. W ciągu kilku dni ludzie pakują dobytek swojego życia i wtłoczeni w wagony towarowe jadą do Kazachstanu; między innymi do Tajynszy, kilkudziesięciotysięcznego miasteczka na północy kraju. -Tutaj znajdowała się ostatnia stacja kolejowa, na której wysadzano deportowanych w nagim, bezkresnym stepie - mówi ks. Jarosław Foltyniewicz, proboszcz tamtejszej parafii Świętej Rodziny. Dziś wydarzenia sprzed lat upamiętnia odsłonięta przed rokiem tablica. Na niej w językach: polskim, rosyjskim i kazachskim widnieją podziękowania dla kazachskich rodzin, dzięki którym zesłańcy przeżyli pierwsze i najcięższe zarazem lata swojego pobytu.

Ślady okrucieństwa sowieckiego systemu widać też w Malinowce, wsi leżącej w pobliżu stolicy Kazachstanu, Astany. Tam w latach stalinowskiego terroru mieścił się „Akmoliński obóz żon zdrajców ojczyzny". - Zesłano do niego tysiące kobiet, żon tych, którzy zostali uznani za zdrajców, choć same kobiety ze zdradą nie miały nic wspólnego - wyjaśnia odwiedzający to miejsce ks. Wojciech Krupczyński, miłośnik Kazachstanu, proboszcz poznańskiej parafii Pierwszych Polskich Męczenników.

Inni, nie gorsi

Obecnie po obozie nie ma śladu. Pozostał tylko rozciągający się po horyzont cmentarz. Stoją tam dwa pomniki - katolicki i muzułmański, a ofiary upamiętniają tablice postawione w alei pamięci także z polsko brzmiącymi nazwiskami. O ofiarach nie zapomnieli również mieszkańcy pobliskiej wsi. - Zbierają się każdego dnia na modlitwie w swoim wykańczanym jeszcze, pięknym jak bazylika, kościółku. Poza tym od maja do października, 13. dnia miesiąca, idą w procesji pod pomniki i na groby, by oddać cześć i jednocześnie pomodlić się tak za ofiary, jak i za ich oprawców - opowiada z przejęciem ks. Wojciech.

Prikaz musi być

Sowiecki ustrój pozostawił po sobie jeszcze dwie rzeczy. Pierwszą -kompletny brak inicjatywy wśród żyjących tam ludzi. - Przez lata żyli pod komendanturą i nawet wsi nie mogłi opuścić bez przepustki - tłumaczy ks. Jarosław.

Niewolnicze wychowanie pokutuje do dzisiaj i dotyczy ono, niestety, także i młodszych pokoleń. -Jak taki człowiek nie dostanie prikazu, to nie wie, co zrobić. Jeśli ma pomalować plot, to trzeba mu dać pędzel, wiadro, powiedzieć odkąd dokąd i jakim kolorem. To pokazuje, do czego doprowadziła praca w kołchozach i sowchozach - wyjaśnia proboszcz parafii w Tajynszy. Opinię tę potwierdza ks. Wojciech: - Kazachstan to kraj niewykorzystanych możliwości, króry ma tak wielkie bogactwa, że jak mówi arcybiskup Peta, znaleźć tu można całą tablicę Mendelejewa. Brak inicjatywy i specyficzny sposób życia, wykształcony w ludziach przez system, to także jeden z powodów, dla których na powrót do Polski decyduje się tylko mała część ze 100 tys. mieszkających w Kazachstanie Polaków. -Dla nich to zupełnie inna cywilizacja. Żyją po swojemu, co nie znaczy gorzej - przekonuje ks. Wojciech. Hamulcem wstrzymującym powrót jest też bariera językowa. - Wielu z nich nie mówi po polsku. Pod wpływem środowiska posługują się rosyjskim, niektórzy wtrącają polskie słowa, tworząc zupełnie nowy język - wyjaśnia kapłan.

Pociągiem dla Boga

Odrębną sprawą jest kwestia religii. - Dla wielu pojęcia Bóg, Kościół są obce i nie mówią nic. Przygodę z wiarą trzeba zaczynać od zera - mówi ks. Foltyniewicz.

Innym religia kojarzy się ze świętami, wyznaczającymi kalendarz prac gospodarskich lub polowych. Tak było chociażby z jedną z parafianek ks. Jarosława. -Pewnego razu kobieta, która do kościoła zwykle nie chodzi, zatrzymuje mnie i pyta: którego w tym roku wypada Świętej Trójcy? - relacjonuje kapłan. - Ze zdziwieniem pytam, po co jej ta informacja, łudząc się, że może odezwały się w niej resztki pobożności. Ona mi na to, że babuszka jej mówiła, że pomidory najlepiej wysadzać na Świętą Trójcę - kończy.

 

Oziornoje. Msza Święta koncelebrowana pod przewodnictwem ks. Tomasza Pety (dziś arcybiskupa) w kazachskiej jurcie, przy okazji nawiedzenia tego miejsca przez figurę Matki Bożej Fatimskiej

Inni, nie gorsi

Są i tacy, których świadectwa pobożności odziedziczonej po przodkach wyciskają łzy. Trzeba tych ludzi cierpliwie szukać, choć jest ich coraz więcej. Dobrym przykładem jest człowiek, o którym opowiada ks. Wojciech.

- Pewnego dnia ks. Piotr Pytlowany, obecnie proboszcz z Astany, jechał z jedną z sióstr przez nieznaną mu jeszcze wieś w poszukiwaniu człowieka wierzącego, kogoś, kto z „korzeni" jest chrześcijaninem, katolikiem - rozpoczyna kapłan. - Chodzili po domach, pytali, a w odpowiedzi ludzie niejednokrotnie częstowali ich wódką. Już chcieli jechać dalej, lecz zapytali raz jeszcze idącą nieopodal dziewczynę. Ta powiedziała im, że w jednym z domów mieszka stary człowiek, który często siedzi przed domem i coś do siebie mówi, ale ona nie wie, czy się modli, czy jest niespełna rozumu. Weszli do tego domu i zapytali o wskazanego człowieka stojącą w kuchni kobietę - kontynuuje.

- Nagle do nóg ks. Piotra upadł człowiek. Upadł w dowód wdzięczności Bogu za wysłuchanie jego modlitwy. Okazało się bowiem, że starzec uciekł z Mandżurii i przez 40 lat modlił się, by przed śmiercią mógł się jeszcze wyspowiadać i przyjąć Komunię św. I Bóg go wysłuchał. Wyspowiadał się, przyjął Komunię św. I - jak relacjonował ks. Piotr - trzy dni później zmarł - konkluduje ks. Wojciech.

Potęgę modlitwy i autentyczną wiarę ilustruje też zdarzenie, które spotkało biskupa Jana Pawła Lengę w czasach, gdy ten był jeszcze proboszczem w Tajynszy. - Pewien człowiek co niedziela dojeżdżał do kościoła pociągiem kilkadziesiąt kilometrów. Biskup wiedząc, że nie będzie mógł odprawić Mszy Św., powiedział mu, że nie musi przyjeżdżać. Ten obruszony odparł: a wy myślicie, że ja przyjeżdżam dla was czy dla Boga? - opowiada ks. Wojciech, dodając, że człowiek mimo nieobecności kapłana z pewnością i tak przyjechał, by się pomodlić.

Wielki, co zdarł buty

Wiara w Kazachstanie się odradza.* Bezsprzeczną zasługę w tym mieli ewangelizujący tę ziemię kapłani, którzy jeszcze w warunkach sowieckiego systemu prowadzili Kościół podziemny. Represjonowani, więzieni, torturowani. Ich działalność nie poszła jednak na marne. Ojciec Serafin Kaszuba, księża Władysław Bukowiński czy Bronisław Drzepecki. O nich wszystkich ludzie w domach przechowują żywą pamięć. Ksiądz Drzepecki w Zielonym Gaju ma zresztą swoją kapliczkę. -Ten człowiek zdarł buty na pielgrzymowaniu. Chodził, chrzcił, błogosławił, spowiadał, jest jednym z wielkich tego kraju - tłumaczy ks. Krupczyński. Chwilowy pobyt w jego domu, to jak dotknięcie „świętego". Dzisiejsze nabożeństwa różańcowe, całodobowe adoracje w wielu kościołach i spotkania młodzieży to tylko niektóre z owoców posługi słynnych misjonarzy i ich następców. - To największa siła tych ludzi. W Ästanie jest kaplica Adoracji Najświętszego Sakramentu, gdzie ciągle ktoś jest. Niezależnie od codziennych obowiązków. Pan Jezus nie może być przecież sam - mówi ks. Krupczyński.

I nie jest. Mimo dramatów pisanych przez historię, mimo prób wykorzenienia Go z umysłów i serc zesłanych tam ludzi, pomimo życia innego niż nasze, czasem niezrozumiałego, budzącego zdziwienie czy uśmiech irytacji. Bóg nie jest w Kazachstanie sam. Więcej, On przemienił bezkresny step budzący refleksję, zadumę, w ziemię modlitwy. Ś

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama