Gdzie ziemia spotyka się z niebem

Kalwaria Pacławska jest jedną z bardziej znanych polskich kalwarii, a jednocześnie - prawdopodobnie najbardziej geograficznie niedostępną

Kalwaria Pacławska jest najmłodszą z opisywanych w naszym cyklu wielkopostnym, a jednocześnie chyba najbardziej niedostępną a przy tym wyjątkową. Tutaj trudno jest wstąpić „po drodze” jadąc do innych miejsc turystycznych, bo tu po prostu nie jest „po drodze”. Tutaj trzeba przyjechać specjalnie.

Mam nadzieję, że przeczytaliście w poprzednim numerze „Opiekuna” mój materiał na temat Kalwarii Zebrzydowskiej i nie ma potrzeby przypominania powodów, dla których kalwarie pojawiły się w polskim i europejskim krajobrazie. Przypomnijmy tylko, że w związku z brakiem możliwości odbycia pielgrzymki do miejsc świętych związanych z męką i śmiercią naszego Pana Jezusa Chrystusa, od początku XV wieku zaczęto tworzyć - jak się je dzisiaj fachowo nazywa - krajobrazowe sanktuaria pasyjne. Sanktuarium, o którym dzisiaj piszę, powstało dwa i pół wieku później, bo w drugiej połowie siedemnastego stulecia i, podobnie jak to najbardziej znane w Kalwarii Zebrzydowskiej, ma swojego wielkiego fundatora. Był nim Andrzej Maksymilian Fredro.

Kalwaria ekstremalna

Kalwarię Pacławską odwiedziłem podczas tej samej pielgrzymki — wyjazdu służbowego, co wspomnianą Kalwarię Zebrzydowską. Pamiętacie więc pewnie, że pogoda zupełnie mi nie sprzyjała, co jeśli jednak uprzemy się, aby moją wyprawę nazywać pielgrzymką, było jak najbardziej korzystne (pamiętam pielgrzyma z wrocławskiej pieszej pielgrzymki na Jasną Górę, który podczas wyjątkowo deszczowego dnia, kiedy inni narzekali na pogodę, mówił „mnie to i grad byłby na rękę”, jeśli jednak spojrzymy na to pod kątem przygotowania materiału, który właśnie czytacie, utrudniło mi wszystko niemiłosiernie. Warto też dodać, że dzień wcześniej w Kalwarii Zebrzydowskiej kilka razy słońce cudownie przebiło się przez chmury, a śnieg przestawał padać i mogłem się nacieszyć zjawiskowymi krajobrazami, podczas gdy w Kalwarii Pacławskiej nie zdarzyło się to ani przez chwilę. No i byłem tam pierwszy raz w życiu. Śmiało mogę powiedzieć, że wszyscy sympatycy różnego rodzaju przeżyć religijnych ekstremalnych, powinni wybrać się tam właśnie zimą. Emocje gwarantowane, a do tego cisza i zero ludzi.

Podczas drogi musiałem więc dość intensywnie przyglądać się mijanym znakom informacyjnym, bo Kalwaria Pacławska leży na przysłowiowym „końcu świata” i drogi stają się coraz mniej uczęszczane, coraz węższe i coraz bardziej kręte i strome. Udaje mi się jednak dojrzeć co jakiś czas nazwisko „Fredro” i początkowo myślałem, że gdzieś w tych stronach musiał przebywać nie kto inny jak prześmiewca Aleksander. Później jednak odkryłem, że słynny komediopisarz rzeczywiście uważał się za potomka interesującego nas Andrzeja Maksymiliana (błędnie, bo należał do innej linii Fredrów), ba, nawet za motto swojej najsłynniejszej sztuki „Zemsta” wziął cytat z jego „Przysłów mów potocznych”: „Nie masz nic tak złego, żeby się na dobre nie przydało. Bywa z węża dryjakiew (lekarstwo), złe często dobremu okazyją daje”. Bo jak się okazuje „nasz” Fredro również był wielkim pisarzem, a nawet filozofem nazywanym „polskim Tacytem”. Ale po kolei.

Obrońca liberum veto

Andrzej Maksymilian Fredro urodził się około 1620 roku, a zmarł 15 czerwca 1679 roku. Był synem Jerzego, stolnika przemyskiego i Katarzyny z Biereckich. Nas tutaj nie interesuje cała jego kariera polityczna i urzędnicza, ale nie sposób nie podać choćby kilku faktów. Fredro był kolejno kasztelanem lwowskim, wojewodą podolskim, posłem na Sejmu i wielokrotnie marszałkiem sejmików. Fredro był pisarzem politycznym, historykiem i aforystą. Warto tu wspomnieć szczególnie jeden epizod z bogatej kariery urzędniczej, otóż w 1652 roku Andrzej Maksymilian Fredro sprawował funkcję marszałka Sejmu. I to za jego kadencji doszło do pamiętnej sytuacji, kiedy to Władysław Siciński sprzeciwił się przedłużeniu obrad z 9 marca 1652 roku doprowadzając do precedensowej sytuacji. Nasz Fredro uznał ten jednostkowy protest i historiografia uważa go za pierwsze liberum veto. Sejm rozszedł się wówczas bez podjęcia jakichkolwiek uchwał. Andrzej Maksymilian Fredro był bardzo płodnym i popularnym pisarzem, może nawet bardziej poza terenami Polski, bo pisał po łacinie, nawet jeden z najważniejszych filozofów XVII wieku, Gottried Wilhelm Leibniz znał i cenił jego dzieła. W swoich pismach bronił złotej wolności szlacheckiej, jednomyślności w sejmie, liberum veto i elekcyjności tronu. Według niego chęć zniesienia weta wypływała z tych kręgów, które nie rozumieją, na czym polega specyfika Rzeczypospolitej. Krytykował postulaty wprowadzenia w państwie metody głosowania większością. Podstawą dla takiego stanowiska było jego przekonanie o bezmyślności wśród większości ludzi. Fredro nie miał dobrego mniemania o ludzie, mimo że zajmował on istotne miejsce w jego twórczości. Weto - jego zdaniem - dawało szansę mądrym jednostkom decydować o losie państwa. Był też przeciwnikiem tolerancji religijnej. Jego żoną była Katarzyna Gidzińska, która urodziła mu dwie córki i dwóch synów. Pierwsza z córek Teresa Anna, po śmierci swojego męża została mniszką.

Tym co nas dzisiaj najbardziej interesuje w jego życiorysie jest jednak fakt, że w 1658 roku Andrzej Maksymilian Fredro założył w Kormanicach żupę solną, a w 1665 roku ufundował Kalwarię Pacławską, a pieniądze na tę inwestycję czerpał właśnie z żupy, która zapewniała 10 000 złotych rocznego dochodu.

Początki w legendzie i... obronności

Co skłoniło Andrzeja Maksymiliana Fredrę do ufundowania Kalwarii? Istnieje legenda, którą znajdziemy również w materiałach ojców franciszkanów, którzy opiekują się Kalwarią, że Fredro podczas polowania miał się zapuścić w głąb lasu w pogoni za jeleniem i w miejscu, gdzie dziś stoi kościół, miał ujrzeć między rogami tegoż jelenia jaśniejący krzyż. To wydarzenie miało go skłonić do zbudowania na tym miejscu kościoła, klasztoru i założenia tamże Kalwarii, na wzór jerozolimskiej Drogi krzyżowej. Ten motyw występuje wielokrotnie i jest wiązany z powstaniem wielu kościołów, przypomnijmy choćby św. Huberta, św. Eustachego, czy Jelenią Górę i Bolesława Krzywoustego. A wracając do naszego Fredry, to jest prawdopodobne, że miał on też na myśli kwestie obronne lub osadnicze występujące w jego pismach. Do prawdziwych motywów pewnie nie dotrzemy więc dodajmy z kronikarskiego obowiązku, że miejsce najpierw nazywało się Słoboda, później Kolonia Fredrów, a także Miasteczko Fredrów. Nazwy te jednak zostały zastąpione do dziś istniejącą nazwą Kalwaria Pacławska. Na początku w roku 1665 wybudowano drewniany kościół i klasztor, do którego Fredro chciał sprowadzić zakonników i w tym celu rozmawiał m.in. z dominikanami i jezuitami, ale ostatecznie jego warunki przyjęli franciszkanie, którzy przybyli do Kalwarii w roku 1668 i są po dziś dzień. Fredro w swoich pismach zajmował się też obronnością, więc lokalizacja klasztoru związana była z koncepcją tworzenia szeregu twierdz nad rzeką Wiar, które za zadanie miały wzmacniać „bramę przemyską”. Kościół i klasztor otoczono pięcioboczną fortecą bastionową. Po stronie zewnętrznej wytyczono fosy. Z lotu ptaka linie zewnętrzne kreśliły obraz gwiazdy. Oczywiście fundacja miała na celu nie tylko kwestie obronne ale przede wszystkim religijne, gdyż jej celem było upowszechnianie kultu męki Pańskiej. Topografia Kalwarii Pacławskiej, zdaniem ojców franciszkanów, ma duże podobieństwo do krajobrazu Jerozolimy. Kalwaryjski klasztor ulokowany jest na szczycie góry o wysokości 465 m n.p.m. Dwa duże wzniesienia przecięte są doliną, która ma obrazować Dolinę Jozafata. Płynie w niej rzeka Wiar, będąca odwzorowaniem biblijnej rzeki Cedron. Na zboczach tych gór, gdzie jedna ma przedstawiać Golgotę, a druga Górę Oliwną, postawione zostały kaplice (28 za czasów A. M. Fredry, żadna z nich nie zachowała się do naszych czasów). Długość Drogi krzyżowej w Kalwarii wynosi około 1662 m. Na stronie internetowej franciszkanie piszą, że klasztor i kościół w Kalwarii Pacławskiej przetrwał do naszych czasów także dzięki drugiemu fundatorowi jakim był Szczepan Józef Dwernicki, który postawił 20 kaplic, zarówno murowanych, jak i drewnianych. We wnętrzach ustawiono figury obrazujące sceny z Drogi krzyżowej, nadano kaplicom nazwy. Do roku 1875 ojcowie sprawujący godność gwardiana budowali nowe i modernizowali już istniejące kaplice. Na dróżkach występuje 41 kaplic kalwaryjskich, 35 murowanych, 6 drewnianych, jeden krzyż drewniany i trzy kamienne słupy.

Przy męce Syna jest i Matka

Mój pobyt w Kalwarii rozpoczynam oczywiście w klasztornym kościele pw. Znalezienia Krzyża Świętego. Przede wszystkim dlatego, że najpierw trzeba podziękować za odbytą szczęśliwie podróż, no i pokłonić się Maryi, bo podobnie jak w Kalwarii Zebrzydowskiej, tak i tutaj wraz z kultem męki Pańskiej w klasztornym kościele odbiera swój kult cudowny obraz Matki Bożej Kalwaryjskiej. Pierwsze wrażenia w kościele nie należą do najlepszych, ponieważ właśnie trwają prace konserwatorskie i część ścian jest zastawiona rusztowaniami, zewsząd słychać odgłosy stukania, pukania, zgrzyty elementów rusztowań i rozmowy pracowników. Klękam na środku i trochę się wyzłośliwiam do Pana Jezusa, bo nie dość, że pogoda fatalna, to jeszcze we wnętrzu sanktuarium taki bajzel... Po chwili jednak wstaję idę do przodu i odkrywam, że prezbiterium jest w pełni wolne od rusztowań i co najważniejsze, pięknie oświetlony wizerunek Matki Bożej Kalwaryjskiej po prawej stronie, również jest „wolny”. I okazało się, że po chwili wszystkie odgłosy „oddaliły się” i Matka Boża spowiła mnie swym płaszczem. Jeśli chodzi o sam obraz, to nieznany artysta, tworząc wizerunek Matki Bożej namalował jej jedno, odkryte ucho. Fakt ten przyczynił się do tego, że modlący się na tym miejscu pielgrzymi nadali Matce Bożej Kalwaryjskiej tytuł: Matka Słuchająca. Coś w tym musi być, bo do kościoła tego dnia powrócę jeszcze kilka razy i za każdym razem moje krążenie wokół kończyło się przed wizerunkiem Maryi.

Jak wyczytałem pierwotnie obraz ten znajdował się on we franciszkańskim kościele w Kamieńcu Podolskim, gdzie modlili się przed nim m.in. hetmani Stanisław Żółkiewski, Stefan Czarniecki, książę Jarema Wiśniowiecki, król Jan Kazimierz, król Jan III Sobieski. Kiedy w roku 1672 Turcy zdobyli twierdzę kamieniecką, w kościele Franciszkanów urządzili stajnie i wszystkie święte paramenty wyrzucali; znajdujący się tam również i łaskami słynący obraz św. Antoniego, który miał czynić różne „psoty” Turkom za sprofanowanie kościoła, wyrzucono ze świątyni, jednak kilkakrotnie cudownie wracał na swoje miejsce w ołtarzu. Ostatecznie palono go, natomiast obraz Matki Bożej, na rozkaz tureckiego komendanta, wyrzucono do rzeki Smotrycz. I w tym miejscu znowu z pomocą przychodzi legenda, „iż nieopodal rzeki mieszkał pewien starzec, któremu przyśniła się Matka Boża, która nakazała obraz odnaleźć i zanieść do Kalwarii. Starzec odnalazł obraz, owinął malowidło w płótno i wyruszył w drogę. Na noc zatrzymał się w Samborze. W zajeździe, w którym nocował, obraz schowano do skrzyni, na której sypiał syn właścicieli. W nocy niewidzialna siła miała trzy razy zrzucić chłopca ze skrzyni. Zbudzeni krzykiem rodzice otwarli skrzynię i wtedy ujrzano, że obraz jaśnieje niezwykłą światłością. Na wieść o tym zbiegli się mieszkańcy, modlili się i chcieli zmusić starca, by zostawił obraz w mieście. Ten jednak odmówił i mieszczanie procesjonalnie przenieśli obraz do Kalwarii”.

Tyle legenda, a z historii wiemy, że dzieje obrazu były bardzo burzliwe, bo franciszkanie kamienieccy chcieli obraz odzyskać, również biskup i mieszkańcy, ale sprzeciwił się temu syn fundatora Stanisław Fredro, który twierdził, że jego ojciec wykupił obraz od Turków. Obraz więc zostaje na Kalwarii, a w 1685 roku wydarza się pierwszy cud, uratowanie kościoła od pożaru. W XVIII wieku zanotowano w księgach ponad 50 cudów, a w roku 1867 malarz Jan Bieszczad maluje na tablicy najważniejsze z nich i można jego dzieło oglądać dzisiaj po prawej stronie od obrazu, niestety obecnie są tam rusztowania.

Odnotujmy jeszcze dwa wydarzenia z burzliwych dziejów obrazu: 15 sierpnia1882 roku odbyła się koronacja łaskami słynącego obrazu Matki Bożej Kalwaryjskiej koronami papieskimi przez bpa Łukasza Ostoję Soleckiego. W uroczystości koronacyjnej wzięło udział ponad 150 tysięcy pielgrzymów. Natomiast w 1968 roku obchodzono 300-lecie założenia Kalwarii Pacławskiej, na które przybył ówczesny metropolita krakowski Karol kardynał Wojtyła.

Dróżki i sługa Boży Wenanty

Jak napisałem, kilka razy wracałem do kościoła, bo tyleż razy moje próby wyjścia na słynne dróżki kończyły się niepowodzeniem. A trzeba przyznać, że tutaj naprawdę jest gdzie pochodzić. Kaplice kalwaryjskie obejmują: Dróżki Pana Jezusa — 28 stacji, których czas przejścia jest szacowany na 7 i pół godziny (wśród nich można wyodrębnić: Drogę krzyżową — 14 stacji i Dróżki Matki Bożej —16 stacji — na te drugie potrzeba około 3 i pół godziny) oraz Dróżki Pogrzebu i Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny — 14 stacji, na które trzeba 4 i pół godziny. Niektóre stacje pokrywają się z tymi samymi kaplicami. Oczywiście udało mi się dotrzeć osobiście do kilku kaplic, w tym do Prokli, która bierze swoją nazwę od imienia żony Piłata. Prokla według Pisma Świętego miała oznajmujący sen o niewinności Pana Jezusa. Widziałem też Gradusy, czyli schody, a także Ratusz u Heroda i kilka innych stacji, ale mam olbrzymi niedosyt. Nawet turystycznie nie udało mi się „posmakować” tych miejsc, a co dopiero duchowo i pątniczo. Tak jak wspomniałem wyżej, zimą jest to miejsce zdecydowanie dla zwolenników wypraw ekstremalnych, rzeczywiście nie spotkałem tu nikogo, natomiast mogę sobie tylko wyobrazić jak cudownie i zjawiskowo może tam być w inne pory roku.

Kiedy po raz kolejny „poddałem się” i wróciłem jeszcze raz do kościoła, tym razem już na pożegnanie, zauważyłem skryte za rusztowaniami miejsce spoczynku sługi Bożego ojca Wenantego Katarzyńca i jakby mi się otworzyła jakaś klapka w głowie. No oczywiście, przecież Kalwaria Pacławska, oprócz dróżek, kapliczek, cudownego obrazu Matki Bożej ma jeszcze i ten atut, że tutaj znajdują się doczesne szczątki o. Wenantego Katarzyńca, o którym św. Maksymilian Maria Kolbe (który nawiedził Kalwarię Pacławską w 1928 roku) powiedział, że „nie silił się na rzeczy nadzwyczajne, ale zwyczajne wykonywał w sposób nadzwyczajny”. Ostatnie osiem miesięcy życia spędził Wenanty na Kalwarii, a po śmierci przez jego wstawiennictwo o. Kolbe wymodlił rozwiązanie problemów finansowych  wydawnictwa. Jeszcze z Japonii w 1930 roku postulował wszczęcie starań o rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego o. Wenantego... Ale to przecież temat na zupełnie inny artykuł. A tymczasem opuszczam miejsce, gdzie ziemia spotyka się z niebem, trochę z żalem, bo chmury niebo zasłoniły, a śnieg zasypał dróżki. Ale to tylko jeszcze bardziej ugruntowuje moje przekonanie, że trzeba tu powrócić.

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama