Ten człowiek nie wziął się znikąd. Rodzinne losy o. Maksymiliana

Męczennik, Rycerz Niepokalanej, wiele mówi się o św. Maksymilianie, jednak niewiele o jego rodzicach czy rodzeństwie.

Marianna Dąbrowska i Juliusz Kolbe należeli do Trzeciego Zakonu św. Franciszka. Pobrali się 5 października 1891 roku. W Zduńskiej Woli prowadzili cztery warsztaty tkackie. Juliusz Kolbe dbał o zapewnienie rodzinie bytu. Zajmował się warsztatem tkackim i kontaktami z pracodawcami. Dodatkowo obydwoje pracowali w fabryce Endera.

O rodzicach św. Maksymiliana najwięcej mówi jedno krótkie wspomnienie Wiktorii Szymczyk, która pracowała z Marianną i Juliuszem w fabryce: „Nazywano ich świętym małżeństwem. Wyróżniali się bardzo na tle dwóch tysięcy pracowników”.

Rok po ślubie na świat przyszło ich pierwsze dziecko – syn Franciszek. Półtora roku później 8 stycznia 1894 roku rodzi się drugi syn Rajmund, nasz późniejszy święty, który tego samego dnia po południu zostaje ochrzczony w miejscowym kościele przez księdza Franciszka Kapałczyńskiego.

Zmiana miejsc zamieszkania

W roku 1895 Kolbowie przenoszą się do Łodzi, gdzie głowa rodziny, Pan Juliusz, znajduje pracę w fabryce włókienniczej. W styczniu 1896 na świat przychodzi ich kolejny syn, Józef, po którego narodzinach  rodzina znów zmienia miejsce zamieszkania.

Rodzicom bardzo zależało na tym, aby wychować swoje dzieci dobrze, jak wspominają ich znajomi, z Łodzi wyprowadzili się po to, „by chłopcy się nie zepsuli”.  W Pabianicach zamieszkują w domu nieopodal cmentarza. Ojciec otwiera mały sklep, jednak chwilę później plajtuje. Według Franciszka Langera przyczyną zamknięcia sklepu było dobre serce Juliusza, który dawał robotnikom artykuły spożywcze na kredyt.

W Pabianicach rodzina Marianny i Juliusza się powiększa.  1 listopada 1897 r. na świat przychodzi kolejny syn, Walenty, ale rok później umiera. Antoni z kolei urodził się 19 maja 1900 r. i żył tylko cztery lata.

Pozostali synowie chowali się dobrze. Rodziny nie było jednak stać na to, aby posłać potomstwo do szkoły. Jako jedyny poszedł do niej Franciszek. Dopiero później, dzięki pomocy księdza oraz aptekarza, egzaminy do szkoły handlowej zdał również Rajmund.

Na przyszłości rodziny zaciążyła wizyta w 1907 roku w Pabianicach franciszkanów ze Lwowa.

„Pamiętam, gdy przyjechali do Pabianic dwaj misjonarze. Głosili piękne nauki w kościele św. Mateusza. (...) Jednego dnia misjonarze ogłosili, że przyjmują chłopców do seminarium i będą ich uczyć bezpłatnie na misjonarzy. (...) Chłopcy Kolbów zgłosili się zaraz, ale rodzice tylko jednemu pozwalali. Potem dowiedziałam się, że i Rajmundowi pozwolili jechać do seminarium” – wspominała Franciszka Szałabska, sąsiadka. Obaj bracia Kolbowie wyjechali do Lwowa jeszcze w tym samym roku, gdzie rozpoczęli naukę we franciszkańskim gimnazjum.

Rajmund i Franciszek uczyli się dobrze, jednak to przyszły święty przodował w nauce.

„W czasie przechadzki obliczył (...) możliwości podróży na Księżyc za pomocą rakiety wybuchowej, podając wszystko w cyfrach. Gdyby Rajmund kształcił się wtedy w innym kierunku, zostałby na pewno wielkim wynalazcą lub genialnym strategiem” – wspomina jeden z jego kolegów z klasy, franciszkanin.

Po trzech latach nauki w gimnazjum w 1910 r. bracia musieli podjąć decyzję o swoich dalszych losach.

„Przed nowicjatem ja raczej nie miałem chęci prosić o habit i jego, Franciszka, chciałem odwieść... i wtedy była ta pamiętna chwila, kiedy idąc do o. prowincjała, aby oświadczyć, że ja i Franuś nie chcemy wstąpić do Zakonu, usłyszałem głos dzwonka do rozmównicy. Opatrzność Boża w nieskończonym miłosierdziu swoim przez Niepokalaną przysłała w tej tak krytycznej chwili Mamę do rozmównicy. I tak potargał Pan Bóg wszystkie sieci diabelskie” – pisał Rajmund w liście do matki.

Skończyło się na tym, że bracia wstąpili do nowicjatu 4 września 1910 roku, gdzie zgodnie z ówczesnym zwyczajem, otrzymali nowe imiona. Rajmund został bratem Maksymilianem, a Franciszek Walerianem. Rok później bracia złożyli pierwsze śluby czasowe.

Walerian nie wytrwał długo w powołaniu, nie była to jego droga. W 1914 roku, gdy wybuchła wojna, wyruszył na front, pociągając za sobą kilku współbraci. O.Maksymilian długo nie mógł pogodzić się z decyzją brata.

„Biedny Franuś... Nie mogę pojąć miłosierdzia Bożego nade mną... On pierwszy prosił o przyjęcie do Zakonu... Razem przyjęliśmy Komunię Świętą, sakrament bierzmowania; razem w szkole; razem w nowicjacie…” – pisał w liście do matki.   

„Małżeństwo to nie należało do najszczęśliwszych”

Franciszek ożenił się z Ireną Friebling, z którą miał jedną córkę. Małżeństwo to nie należało do najszczęśliwszych. Z zachowanej korespondencji Franciszka z matką oraz św. Maksymilianem wiemy, że przez jakiś czas żyli w separacji. 

Inaczej potoczyły się losy młodszego brata Józefa, który również wstąpił do zakonu franciszkanów. Maksymilian nie wiedział o decyzji brata. W 1912 roku został wysłany na studia do Rzymu. Przez wybuch I wojny światowej kontakt z rodziną nie należał do najprostszych. Listy z Polski dochodziły do niego z opóźnieniem lub wcale.

„Józio już półtora roku nazywa się bratem. Alfons jest już przeszło pół roku po świętej profesji, jest bardzo szczęśliwy, i Bogu dzięki, zdrowy i, jak się zdaje – ducha dobrego, kocha bardzo praktyki życia zakonnego, pisze listy dla mnie bardzo pocieszające...” – pisała matka Marianna do przyszłego świętego.

Bracia spotkali się rok później po powrocie Maksymiliana do Polski. Alfons studiował wówczas teologię w Krakowie, a jego brat został skierowany do tamtejszego klasztoru. Bracia stali się dla siebie najbliższymi współpracownikami.

Małżeństwo Marianny i Juliusza

Po wstąpieniu synów do zakonu, Marianna i Juliusz Kolbowie podjęli decyzję o życiu w czystości. Oboje pragnęli wstąpić do zakonu, jednak nie było to możliwe. Zamieszkali więc przy klasztorach jako tercjarze. Następnie postanowił przenieść się do Częstochowy i myślał nad otworzeniem sklepu. Wojna pokrzyżowała mu plany, więc Juliusz ruszył na front.  Informacji na temat ojca nie ma zbyt wiele, z relacji jego kuzyna wynika, że „wyruszył z oddziałem legionistów walczących po stronie Austrii do Krakowa w kierunku Olkusza i tam został okrążony przez Rosjan”.

O matce o. Maksymiliana wiemy stosunkowo więcej. Od 1908 roku mieszkała przy lwowskim klasztorze Benedyktynek.

„Widywałam panią Mariannę prawie codziennie w klasztornym kościele w czasie porannej mszy św. Ubrana na czarno, w czarnej chusteczce na głowie, zawsze bardzo skupiona, swoją uduchowioną postawą robiła na mnie wrażenie jakiejś bardzo wyrobionej duchowo mniszki. Około roku 1912 straciłyśmy kontakt z p. Marianną, gdyż wyjechała ze Lwowa” – wspominała jedna z sióstr.

Kobieta przeniosła się do Krakowa i zamieszkała w klasztorze Sióstr Felicjanek. 

„Była to osoba wybitnych cnót, którymi budowała otoczenie. Do Matki Bożej Niepokalanej żywiła szczególne nabożeństwo. Miała w swym pokoju dwa ołtarzyki Niepokalanej, które przyozdabiała świeżymi kwiatami” – pisała siostra Bronisława Brzezińska, felicjanka.

Matka Marianna zmarła 17 marca 1946 r. Zgodnie z jej wolą pochowano ją w grobowcu sióstr felicjanek na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie.

Źródło: teologia polityczna


Materiał powstał w ramach projektu „Polska energia zmienia świat”.

« 1 »

Tu możesz nas wesprzeć

Darowizna

reklama

reklama

Pekao