„Dawne zimy to były zimy”. Pozamykane szkoły, kulig i hokej między blokami – tak wspominają seniorzy

To, że zimy są cieplejsze niż kiedyś nie jest żadną tajemnicą, ale mało kto, zwłaszcza z młodszych pokoleń, zdaje sobie sprawę jak bardzo różniło się codzienne życie w tym okresie roku od tego, co mamy dzisiaj. Seniorzy zaprzyjaźnieni ze Stowarzyszeniem Mali Bracia Ubogich i Ogólnopolskim Stowarzyszeniem Seniorów opowiedzieli o swoich doświadczeniach na temat zim sprzed dekad.

Kulig, lodowisko na każdym podwórku, tunele między blokami, bitwy na śnieżki, sanki w dowolny dzień zimy… wydaje się, że te zabawy pozostaną doświadczeniem starszego pokolenia Polaków, którzy opowiadają o magii i bajkowości zim z czasów ich młodości.

Dane są jednoznaczne – zmiany klimatu zmieniają polskie zimy. Rośnie średnia temperatura w okresie zimowym, zmniejsza się liczba dni, w których termometry wskazują poniżej 0 st. C, pokrywa lodowa rzek, jezior i morza jest cieńsza, mamy coraz mniej śniegu, co zresztą sprawia, że latem zmagamy się z suszami. To wszystko można znaleźć w drobiazgowej bazie danych Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej oraz pracach klimatologów. A co pamiętają ludzie, którzy przeżyli dawne zimy i mają okazję obserwować teraźniejsze? Seniorzy zaprzyjaźnieni ze Stowarzyszeniem Mali Bracia Ubogich i Ogólnopolskim Stowarzyszeniem Seniorów opowiedzieli o swoich doświadczeniach.

 „Dawne zimy to były zimy”

„Pamiętam jak w latach 1960-1964 były straszne mrozy, nawet temperatura dochodziła do -28 stopni. Pamiętam, że wówczas zamykano szkoły i instytucje. Wsie i miasteczka odcięte były od świata, bo drogi nieprzejezdne” – mówi Pan Zygmunt z Bydgoszczy, któremu wtóruje Pan Tadeusz: „W dawnych czasach to były inne zimy. Dajmy na to zima stulecia 1978/79. Śnieżyca i mróz powodowały, że drogi były nieprzejezdne, wysiadało ogrzewanie, bo nie działały grzejniki (częste awarie). Obecnie mamy lżejsze zimy chociaż dzieci byłyby zadowolone gdyby było trochę śniegu”.

Pani Teresa, lat 75 z Lublina nie ma wątpliwości. „Dawne zimy to były zimy. Jak w grudniu zima się zaczęła, to dopiero w marcu odpuszczała. Był taki rok, że tak nasypało śniegu, że robiliśmy tunele między blokami i domami. Specjalne wózki robiły tunele, żeby przejść z domu do domu, zaspy były wysokie na ponad metr. Autobusy też nie kursowały, bo te drogi były tak zasypane, że to było naprawdę coś strasznego. To było w latach 70. Do Ogrodu Saskiego chodziło się na sanki na górkę. Czechowa jeszcze nie było, były Górki Czechowskie, ja mieszkałam na Kołłątaja w centrum, to się chodziło tam na sanki. W lecie na dole na Wieniawskiej był basen odkryty a w zimie zamarzał i się jeździło na łyżwach” – mówi.

„Jeszcze w dawnych czasach każda kamienica miała dozorcę. Jak śnieg był mały to nasza dozorczyni dawała na kupę, ale jak spadł większy nie dawała rady i mieszkańcy musieli jej pomagać” – dodaje.

Podobne retrospekcję przywołuje Pani Danuta, 77-latka z Poznania. „Pamiętam z końca lat 60., gdy urodziłam córkę, że zimy były ostre i mroźne, wysokie śniegi. Jak się sprowadziłam do Poznania w 1972 r. to jako lokatorzy dostaliśmy takie zadanie, żeby sprzed bloku śnieg sprzątać. Pomagaliśmy dozorcom, bo sami nie daliby rady. Samochody przyjeżdżały, brały ten śnieg i wywoziły gdzieś nad rzekę. To się ciągnęło,nie było tak jak teraz, że właściwie nie ma zimy, 1-2 dni i koniec” – wspomina. „Mrozy były silne, jak się dzieciaki ubierało trzeba było i kożuszki i kto co miał itd. Pamiętam taki rok, że jak w listopadzie byliśmy na cmentarzu na Święto Zmarłych to wszyscy ubrani na zimowo, mam nawet zdjęcie. Teraz mamy jeden dzień śniegu, wcześniej trzymał dłużej. Były lata, kiedy szkoły były wyłączone przynajmniej kilka dni. Zdarzało się, że komunikacja po prostu nie jeździła i musiałam do pracy iść na piechotę, odmroziłam sobie nogi” – śmieje się Pani Danuta.

„Było więcej śniegu. Ta zima była długa, nie było odwilży w styczniu. Choć pamiętam zimy, gdzie w lutym pojawiały się listki na drzewach. Pamiętam bardzo śnieżne i mroźne zimy. 30-40 lat temu to były prawdziwe zimy, cały czas był mróz i śnieg. Teraz te zimy są przerywane, trochę spadnie, potem zniknie, kiedyś śnieg się utrzymywał” – zauważa Pani Halina z Bydgoszczy.

„Zdarzały się trudności z dojazdem do pracy czy szkoły. Robiły się zaspy. Ja mieszkam całe życie na Kapuściskach, na górce, tam się robiły zaspy i tramwaj po prostu nie jechał, także z dojazdem pracy bywały kłopoty. Niewątpliwie, wtedy były inne zimy niż obecnie. W tym roku mamy akurat mroźną, ale w ubiegłym i kilka lat wstecz było bardzo ciepło. Śnieg i mróz w lutym to było wydarzenie. Kiedyś, jak była zima, to była zima!” - wspomina.

Hokej i lekcje przez radio

Kto widział w XXI w. w polskim mieście lodowisko do hokeja z bandami na podwórku? Kilka dekad temu nie było to rzadkie zjawisko. „Pamiętam z dzieciństwa, że jak zima się zaczynała to był cały czas śnieg. Mieszkałam w takiej dzielnicy, że mieliśmy piękną górkę do zjeżdżania na sankach (…) szkoły oczywiście były zamykane. W tamtych czasach nie było kaloryferów, tylko piece i pan woźny nie nadążał grzać. Śnieg utrzymywał się do lutego, marca. Pamiętam zimę stulecia, gdy tylko nieliczni dojechali do pracy, bo nie było poodśnieżane, takie były zaspy. W tym czasie mój kuzyn z lubelskiego wyjechał i nie mógł wrócić do Bydgoszczy, nie jeździły pociągi. Część mężczyzn z mojego zakładu pojechało odśnieżać tory kolejowe (…) od lutego do grudnia było biało, śnieg nie topniał tak szybko jak teraz. My mieliśmy takiego pana, który nam pod blokiem wybudował wielkie lodowisko z bandami, przebieralniami, grano tam w hokeja” – opowiada Pani Teresa z Bydgoszczy.

„Po szkole zrzucało się tornistry, wychodziło się na łyżwy, na sanki, na ulicy graliśmy godzinami w hokeja, samochody prawie nie jeździły. Atrakcją były samochody dostawcze, których się uczepialiśmy i na łyżwach ze sto metrów się przejechało (śmiech). Teraz nie ma nawet śniegu, mamy przedwiośnie w lutym. Wcześniej zima trzymała do połowy marca” – wtóruje Pan Andrzej, 71-latek z Łodzi i dodaje, że widoczna jest zmiana w ubiorze. „Z zim z dzieciństwa pamiętam, że jak wychodziłem na dwór, zawsze miałem zmarznięte nogi i ręce pomimo ciepłych ubrań, rękawiczek i grubych butów. Obecnie można wyjść w zimę bez czapki czy rękawiczek, kiedyś to było zupełnie niespotykane. Ubiór w ogóle był całkiem inny, dziś krótkie kurtki, kiedyś jesionki prawie do kostek a bogatsi nosili kożuchy” – twierdzi.

Wspomina również zdalne lekcje na ponad pół wieku przed epidemią koronawirusa! „Zimy były zupełnie inne 50-60 lat temu. Nie takie jak teraz mamy, że 5 st. C i słońce w lutym. Taki zim kiedyś w ogóle nie było. Nie pamiętam, żeby w lutym nie było mrozów – zawsze temperatura była ujemna. Na początku lat 60., kiedy chodziłem do szkoły podstawowej, lekcje były zadawane przez radio, bo szkoły były zamknięte przez 2-3 tygodnie. Trochę żeśmy wagarowali z tych „zdalnych” radiowych lekcji” – mówi.

Opowieści zimowe

81-letnia Pani Krystyna z Lublina przypomniała sobie piękną zimową opowieść z lat. 60. XX w. „Opowiem przygodę z zimy 1964-65. Tamta zima była bardzo śnieżna. W 1962 roku skończyłam fryzjerski egzamin czeladniczy. W tym samym roku wyszłam za mąż i urodziłam córkę, mieszkaliśmy z mężem na stancji, ale wynajmujący byli niezadowoleni że jest nas trójka, nie było warunków. Z moją córką Ewą pojechałam do mamy, nie pracowałam i się bardzo nudziłam a czekaliśmy na mieszkanie. Byłam przerażona, że nie praktykuje zawodu, że odejdę i nigdy nie wrócę. Uczyłam się fachu u małżeństwa w zakładzie naprzeciwko starego Domu Kolejarza. Pojechałam do nich i mówię, że muszę coś robić, muszę praktykować. „W Bychawie jest moja kuzynka, która prowadzi zakład i ma tyle roboty, że nie daje sobie rady, dwójka dzieci, dom w budowie. Jedź do niej i jej pomagaj” – powiedziała była szefowa. Przez osiem miesięcy dwa razy w tygodniu jeździłam do Bychawy PKS-em, np. wtorek i środę bo to były dni targowe i więcej pracy w zakładzie, albo na piątek i sobotę z nocowaniem. Potem wracałam do Lublina na stancję. PKS-em jechał tylko cztery osoby, m.in. lekarz. Któregoś dnia w grudniu tak nasypało śniegu, że przestały jeździć jakiekolwiek pojazdy. Biało, czysto, cały świat stanął – a my chcieliśmy wrócić do domu. Pan doktor miał większe znajomości i znalazł woźnicę, który miał dwa konie i takie podwójne sanie. Zorganizowali nam przejazd z Bychawy do Lublina, bajkowy kulig. Miarą tego, jak śnieżna była to zima było to, że myśmy nie jechali po drodze tylko na skróty polami. Konie i sanie zawiozły nas do obrzeży Lublina. Ze szpitala pan doktor miał koce, więc ciepło, byliśmy owinięci. Zatrzymaliśmy się po drodze w gospodzie, żeby się ogrzać i posilić. Do Lubina dojeżdżaliśmy ze śpiewem. Proszę sobie wyobrazić jaka to była śnieżyca i jak bardzo inne panowały kontakty między ludźmi, jakie więzi społeczne. To był inny świat. Więcej nie spotkałam doktora ani reszty tych ludzi, ale jak mieliśmy problem do pokonania to byliśmy w tym razem” – wspomina z nostalgią. Rzeczywiście trudno sobie wyobrazić, aby taki scenariusz miał się spełnić obecnie.

Wymienionemu wyżej Panu Andrzejowi mróz także dał się we znaki. „Dwa dni przed Sylwestrem w 1978 r. zima zaatakowała ostro, było poniżej -20 st. C, ogłaszali 20. stopień zasilania, miejscami wyłączali prąd. Organizowaliśmy prywatkę w domu na Nowy Rok, przybyły tylko dwie jedna para, reszta nie miała jak dojechać! Komunikacja miejska stała, taksówki nie było jak złapać, zresztą były bardzo drogie w tym okresie, a zwłaszcza w Sylwestra. Ci znajomi, którzy dotarli, przyszli po prostu na piechotę. Ubrali się w narciarskie stroje i co kilometr wchodzili do klatek bloków, żeby się ogrzać, domofonów wtedy nie było. W ten sposób dotarli do mnie do centrum Łodzi. Po nowym roku w pracy nie było połowy ludzi, bo nie mieli jak przyjechać. W ubiegłym roku na początku stycznia było kilkanaście stopni, kilkadziesiąt lat temu to było nie do pomyślenia, takich zim jak kiedyś już nie ma. Śnieg leżał zawsze całą zimę, jak spadł w grudniu, to dopiero w marcu się topił. Były lata, że tak nawaliło śniegu, że normalnie porobiono tunele między blokami i na ulicach. Na początku lat 70., kiedy studiowałem pamiętam jak zaprzęgli wojsko do odkuwania lodu. Pamiętam taką scenę jak żołnierze łopatami odkuwali 10-centymetrową warstwę lodu z chodnika” – opowiada. 

« 1 »

reklama

reklama

reklama