W obliczu decyzji Sejmu o przyjęciu dwóch ustaw liberalizujących prawo aborcyjne przypominamy przejmujące słowa św. Faustyny Kowalskiej, która opisywała cierpienie związane z losem dzieci zabijanych przed narodzeniem. „Jezus dał mi poznać, że w ten sposób wzięłam udział w Jego konaniu w ogrodzie i że te cierpienia sam dopuścił dla zadośćuczynienia Bogu za dusze pomordowane w żywotach złych matek” – zapisała w swoim „Dzienniczku”.
W „Dzienniczku” polskiej mistyczki opisanych jest wiele sytuacji związanych z cierpieniem. We wpisie z 16 września 1937 r. św. Faustyna opisała ból będący zadośćuczynieniem za za dusze abortowanych dzieci. Wprost stwierdziła, że nigdy wcześniej nie cierpiała tak bardzo. Wskazuje to na to, jak strasznym złem jest zabicie nienarodzonego dziecka.
Tego dnia Faustyna, jak relacjonuje, chciała odprawić godzinę świętą przed Najświętszym Sakramentem, ale wola Boża okazała się inna.
„O godzinie ósmej dostałam tak gwałtownych boleści, że musiałam się natychmiast położyć do łóżka – pisze święta. – Wiłam się w tych boleściach trzy godziny, to jest do jedenastej wieczorem. Żadne lekarstwo mi nie pomogło, co przyjęłam, to zrzuciłam; chwilami odbierały mi te boleści przytomność”.
O przyczynie cierpień mistyczka dowiedziała się od samego Chrystusa.
„Jezus dał mi poznać, że w ten sposób wzięłam udział w Jego konaniu w ogrodzie i że te cierpienia sam dopuścił dla zadośćuczynienia Bogu za dusze pomordowane w żywotach złych matek. Te cierpienia już trzy razy przechodziłam, zawsze zaczynają się o godzinie ósmej – [trwają] do jedenastej wieczorem” – czytamy dalej.
Z opisu wynika, że sytuacja powtarzała się kilka razy. O podobnej porze – przed godziną 11 wieczorem – ból ustępował i pozwalał zasnąć, ale następnego dnia św. Faustyna była bardzo osłabiona.
„Kiedy mi pierwszy raz się to przydarzyło, było to w sanatorium. Lekarze nie mogli tego zbadać; ani zastrzyk, ani żadne lekarstwo nic mi nie pomogło i sama nie rozumiałam, co by to za cierpienia były. Mówiłam lekarzowi, że jeszcze nigdy w życiu podobnych cierpień nie miałam; on oświadczył, że nie wie, co to za cierpienie. Teraz rozumiem, co to za cierpienie, bo mi Pan dał poznać…” - opisuje autorka „Dzienniczka”. I dodaje:
„Jednak kiedy pomyślę, że może kiedyś jeszcze będę w podobny sposób cierpieć, to dreszcz mnie przenika, ale nie wiem, czy jeszcze będę kiedy w podobny sposób cierpiała – to pozostawiam Bogu; co się Bogu podoba zesłać, to przyjmę wszystko z poddaniem i miłością. Obym tymi cierpieniami uratować mogła choćby jedną duszę od morderstwa”.
Źródło: faustyna.lodz.pl
Ten artykuł powstał dzięki naszym Darczyńcom. Dziękujemy za Wasze wsparcie.