Nikt nie zastąpi rodzinnego domu! Jak przekazać wiarę dzieciom?

„Zawsze możemy towarzyszyć dzieciom modlitwą wstawienniczą. Trzeba modlić się za pogubionych. Jeśli rodzic martwi się o swoje dziecko, to Bóg po stokroć bardziej! Dziękujmy Mu za każde życie, i za to pogubione, i za to, które jest poukładane” – mówi Ks. dr. Jakub Wyrozębski, autor książki „Co zrobić, gdy twoje dziecko nie chce chodzić do kościoła”.

Agnieszka Wawryniuk, Echo Katolickie: Jak doszło do powstania tej książki?

Ks. dr. Jakub Wyrozębski: Publikacja „Co zrobić, gdy twoje dziecko nie chce chodzić do kościoła” powstała na kanwie warsztatów wychowania chrześcijańskiego prowadzonych w naszej diecezji już od ponad trzech lat przeze mnie wraz z ekipą osób świeckich. Ta książka narodziła się z konkretnych rozmów z rodzicami, którzy dzisiaj coraz częściej pytają, co mają robić, kiedy ich dzieci nie chcą chodzić do kościoła. Zastanawiają się, czy stosować przymus, a może jednak odpuścić. Pytają: gdzie popełniliśmy wychowawczy błąd? 

W nawiązaniu do tytułu, nie chodzi jedynie o kościół w rozumieniu obiektu sakralnego, ale przede wszystkim o wiarę dziecka i pokazanie, że naturalnym owocem jej przeżywania jest bycie we wspólnocie Kościoła. Chciałem też zauważyć, że kryzys religijny dziecka przeżywany na jakimkolwiek etapie rozwojowym nie zawsze oznacza odrzucenie Boga. Nierzadko jest on jednym z okresów w procesie dojrzewania i efektem przechodzenia od wiary dziedziczonej od rodziców do budowania własnej. 

Książka ma na celu zainspirowanie rodziców do samodzielnego poszukiwania najlepszych ewangelizacyjnych i wychowawczych rozwiązań. Ma pomóc w lepszym zrozumieniu swoich dzieci i w mądrzejszym towarzyszeniu w procesie kształtowania ich wiary. Pamiętajmy, że wiary nie da się narzucić, ale można stworzyć przestrzeń, w której młody człowiek będzie chciał ją odkrywać.

Co może kryć się pod komunikatem dziecka bądź nastolatka twierdzących, że nie chcą chodzić do kościoła?

W książce opisane są poszczególne etapy rozwojowe dziecka. Te rozdziały, mam nadzieję, pomogą rodzicom z większym zrozumieniem spojrzeć na to, czego doświadczają od swoich dzieci. „Nie chcę”, które pada z ust małego dziecka, może oznaczać: jestem zmęczony, nudzi mnie to, nie rozumiem tego, co dzieje się w kościele. Taki komunikat w przypadku nastolatka może z kolei sygnalizować bunt względem Kościoła czy nawet wierzących rodziców, albo zagubienie, gdy nie znajduje ono odpowiedzi na pytania, które się w nim rodzą. Młodzież ze szkół średnich nie chce chodzić do kościoła, bo nie czuje takiej potrzeby, ponieważ nie widzi przełożenia wiary na swoją codzienność. Bywa, że odmowa pójścia jest formą protestu przeciwko rodzicom. Czasami, niestety, może być to związane z trudnym doświadczeniem dotyczącym kapłana czy parafii. Młodzi kształtują swój obraz Kościoła przez pryzmat negatywnych przekazów medialnych. Niektórzy mają trudność w przeżywaniu wiary, bo nie rozumieją tego, co dzieje się w ich życiu. Pytają: skoro Bóg istnieje, to dlaczego pozwolił na to, co mnie spotkało? Zadaniem rodziców i wychowawców jest odkrycie, co stanowi faktyczną przyczynę niechęci młodych względem Kościoła i próba zaradzenia temu.

Jak nie powinniśmy reagować, kiedy słyszymy takie komunikaty padające z ust dziecka lub nastolatka?

Nasza reakcja jest bardzo ważna. W dużej mierze to właśnie od naszej postawy zależy religijna przyszłość dziecka. Z pewnością nie warto reagować krzykiem, upokarzaniem czy zawstydzaniem. Nie można mówić: „Co z ciebie wyrośnie?” albo „Bóg cię ukarze”. Nie należy też wbijać dziecka w poczucie winy manipulacyjnymi pytaniami typu: „Jak możesz nam to robić? Przecież cię dobrze wychowaliśmy, wszystko ci kupowaliśmy”. Wiara nie może być narzędziem strachu i szantażu. Nie powinno się także sprowadzać całej rozmowy do nakazu i słów: „Ma być tak, bo ja tak mówię!”. Nie można porównywać dziecka z rodzeństwem czy rówieśnikami. Dziecięce „nie chcę” nie zawsze jest atakiem na rodziców i Kościół. Przyczyny mogą leżeć zupełnie gdzie indziej. Nie utożsamiajmy Boga z przymusem. Jest taka pedagogiczna zasada: „kochaj i wymagaj”. Nie ma miłości bez wymagań i nie ma wymagań bez miłości. Warto szukać tego wychowawczego złotego środka. Owszem, nacisk może działać, ale chwilowo. Ja porównuję go do sprężyny. Rodzice mogą przymuszać dziecko do chodzenia do kościoła i ono będzie to robić dla tzw. świętego spokoju, ale gdy osiągnie pełnoletność, to ta „sprężyna” puści i dziecko „wystrzeli” z Kościoła, bo już nie będzie czuło obowiązku słuchania rodziców.

Ksiądz w swojej książce wielokrotnie przypomina, że dzieci bardziej obserwują i naśladują dorosłych, niż ich słuchają. Jakie zachowania rodziców zniechęcają dzieci do praktykowania wiary?

Przede wszystkim ich niespójność. Dziecko świetnie czuje zgrzyt, gdy rodzic się modli, a po chwili poniża innych, obmawia, oszukuje albo żyje w agresji. Dostrzega zgrzyt, gdy rodzic składa ręce do modlitwy, a za jakiś czas podnosi je na współmałżonka czy dzieci; kiedy w kościele wypowiada piękne słowa i przyjmuje Komunię św., a poza świątynią drastycznie rani słowami. Młodego człowieka nie przekonamy samymi nakazami: „musisz, bo tak trzeba” ani straszeniem grzechem czy karą. Nie wystarczą też obietnice nagrody lub próby przekupywania. Ważne, aby dziecko wiedziało, że jest kochane i akceptowane niezależnie od tego, czy spełnia rodzicielskie oczekiwania. Dopiero w atmosferze miłości, zaufania i szacunku może dojrzale odkrywać wartości i podejmować własne świadome decyzje. 

Jak zatem mądrze towarzyszyć dzieciom na drogach wiary?

W komunikacji z młodym człowiekiem powinniśmy umieć rozróżnić ewangelizowanie od moralizowania. Ewangelizacja to dzielenie się swoim doświadczeniem wiary, czyli mówienie o tym, co mi daje to, że np. modlę się, spowiadam, chodzę do kościoła. Moralizowanie to z kolei ciągłe upominanie i powtarzanie: „Ty powinieneś…, dobrze byłoby gdybyś…, ty musisz…”. 

Młodemu pokoleniu możemy też pomóc poprzez słuchanie i wysłuchanie. Mamy odczytywać, co kryje się za ich konkretną postawą czy komunikatem. Powinniśmy uczyć się przyjmować i akceptować młodego człowieka niezależnie od tego, czy jego sposób przeżywania wiary jest zgodny z tym, jak sami chcielibyśmy go widzieć. Czasami trzeba też pozwolić komuś zadecydować o swoim życiu i zwyczajnie odejść. Pan Jezus nikogo do niczego nie przymuszał. Mówił: „jeśli chcesz…”. Prawdziwa miłość daje drugiemu wolność. 

Przypomnijmy sobie marnotrawnego syna. Ojciec pozwolił mu zdecydować, nie zatrzymywał go na siłę. Syn w końcu wrócił, ale nie dlatego, że ktoś go upomniał. Powrócił, bo zrozumiał swój błąd. 

Natomiast zawsze możemy towarzyszyć dzieciom modlitwą wstawienniczą. Trzeba modlić się za pogubionych. Jeśli rodzic martwi się o swoje dziecko, to Bóg po stokroć bardziej! Dziękujmy Mu za każde życie, i za to pogubione, i za to, które jest poukładane.

Towarzyszenie dzieciom w wierze wymaga od rodziców wieloaspektowego zaangażowania. Dziś, niestety, wiele matek i ojców wymiguje się od tego obowiązku. Nie dociera do nich, że to oni powinni być pierwszymi katechetami swoich pociech…

Trzeba powiedzieć jasno: w wychowaniu do wiary może pomóc katecheta, ksiądz czy parafia, ale nikt nie zastąpi w tym rodzinnego domu! Pan Bóg tak nas stworzył, że to właśnie rodzice mają największy wpływ, szczególnie w pierwszych etapach rozwoju dziecka, na kształtowanie jego wiary, a czasem, niestety, także na jej zniekształcenie. Oni są pierwszym lustrem, w jakim przegląda się dziecko. Młody człowiek spędza z katechetą kilkadziesiąt minut tygodniowo, natomiast rodziców obserwuje przez całe swoje dzieciństwo. Rodzice na początku powinni zadać sobie pytanie, czy chcą, by ich pociecha była wierząca i czy mają w sercu takie pragnienie. Jeśli zależy im, by dziecko zdobyło jakieś umiejętności, to wkładają w to dużo wysiłku, wożąc je na różne zajęcia czy korepetycje itp. Tak samo powinno być w kwestii wiary. Tu też trzeba przemyślanych działań, wiedzy, a nade wszystko osobistego świadectwa.

A jeśli wysiłki rodziców jednak zawodzą, szczególnie gdy chodzi o dorosłe już dzieci?

Gdy dziecko jest prawie dorosłe lub dorosłe, rodzice nie mogą podejmować za nie decyzji, ale nadal mogą być dla niego ważnym punktem odniesienia. Warto wtedy mniej naciskać, a bardziej towarzyszyć, słuchać, dawać dobry przykład i cierpliwie pozostawiać przestrzeń do własnych wyborów. Czasem największym wyrazem miłości jest zaufać, że Bóg działa także wtedy, gdy my nie widzimy jeszcze owoców naszych starań. Rodzice zawsze mogą modlić się za swoje dziecko i błogosławić je, nawet swoimi myślami. 

Źródło: Echo Katolickie 39/2026

Ten artykuł powstał dzięki naszym Darczyńcom. Dziękujemy za Wasze wsparcie.

« ‹ 1 › »