Ekoszaleństwo kontra niepohamowany konsumpcjonizm. Czy jest trzecia droga?

Walka z globalnym ociepleniem przyjmuje coraz bardziej znamiona ekoszaleństwa. Jeśli ma to być lekarstwem na niepohamowany konsumpcjonizm zachodniej cywilizacji, to lekarstwo może okazać się gorsze od choroby. Nie musimy jednak wybierać między Scyllą ekologizmu a Charybdą neoliberalizmu.

Już Arystoteles wiedział, że „cnota leży pośrodku”. Niezależnie, czego by to dotyczyło, skrajności nie są zdrowe. Co więcej, cnoty etyczne nie są czymś wyizolowanym, a życie człowieka powinno stanowić spójną całość – nie da się kultywować jednej cnoty z pominięciem pozostałych. Być może warto wrócić do tej starożytnej mądrości we współczesnej debacie na temat walki ze skutkami globalnego ocieplenia.

Dziś kwestia zmian klimatycznych staje się tematem numer jeden w wielu debatach i niemal wszystko sprowadza się do tego, jak zniwelować skutki globalnego ocieplenia. Z tego powodu mamy zrezygnować z podróżowania, jeżdżenia samochodami czy też w ogóle posiadania samochodu, nie powinniśmy jeść mięsa, za ogrzewanie swoich domów wkrótce będziemy musieli płacić „karny” podatek od CO2, rolnicy natomiast będą musieli ograniczać korzystanie z terenów uprawnych, pozostawiając pola odłogiem lub odtwarzając bagna. Jednocześnie ekonomiści w dalszym ciągu składają ofiary bożkowi wzrostu PKB, a korporacje prześcigają się w oferowaniu coraz to nowszych produktów, nie dbając bynajmniej o ich trwałość czy koszt ekologiczny, a ostatecznym kryterium ekonomii jest zysk rozumiany w kategoriach finansowych.

Dyskusyjny pozostaje sam fakt antropogenicznego ocieplenia klimatu, pozostawmy to jednak na marginesie, bo weszlibyśmy na ścieżkę niekończących się debat i przerzucania się danymi, które można dowolnie interpretować. To, na co warto zwrócić szczególną uwagę, to wymiar etyczny, który został wypchnięty niejako całkowicie z tej debaty. Tymczasem jest on kwestią zasadniczą. To, jakim wartościom hołdujemy, jakie zasady uznajemy, wpływa zasadniczo na nasz styl życia, odciskając olbrzymie piętno na ekonomii i podejściu do środowiska naturalnego.

„Greed is good” – „zachłanność jest dobra” – to hasło, które od dziesiątków lat usiłują nam wciskać guru ekonomii, twierdząc, że dążenie do bogacenia się jest motorem rozwoju gospodarczego. Owszem, być może napędza to gospodarkę, ale za jaką cenę? Czy patrząc na wzrastający PKB nie tracimy z pola widzenia kosztów, jakie ponosi życie społeczne, rodzina i środowisko naturalne?

Niedawno w The Washington Post felietonista Michael Coren argumentował, że jednym ze sposobów walki ze zmianami klimatu jest cotygodniowy dzień odpoczynku. Swój pomysł nazwał „zielonym szabatem”.

Duchowni twierdzą, że taka praktyka, czy to w kontekście świeckim, czy religijnym, może pomóc przekierować społeczeństwa świata, aby uniknąć katastrofalnych zmian klimatycznych. Ich zdaniem jest to tak samo istotne dla przyszłości, jak każda technologia czystej energii lub pojazd elektryczny. Wspólny dzień odpoczynku mógłby co najmniej spowolnić tempo konsumpcji, ograniczyć emisje lub zmniejszyć obciążenie tak wielu osób pracujących w męczące weekendy.

No cóż, z jednej strony niedziele wolne od handlu wydają się być kamieniem obrazy dla neoliberałów, zmniejszają bowiem daniny należne Molochowi komercji, z drugiej zaś okazuje się, że szabat jest dobry, ponieważ pozwoli ograniczyć zmiany klimatyczne, czyli nakarmiony zostanie nowy bożek – święta ekologia. I jak tu wybrać?

Nie da się ukryć, że obecnie ekologia przestała być przedmiotem racjonalnego dyskursu, a stała się swego rodzaju nową, świecką religią. Jeśli tylko ktokolwiek spróbuje zakwestionować dogmaty klimatyzmu, uznany zostaje za heretyka i natychmiast zostaje wyklęty.

Tymczasem ani kult pieniądza, ani kult Ziemi, nie są czymś zdrowym i właściwym. To nie pieniądz ani planeta Ziemia powinny być centrum naszego życia. Jedno i drugie powinno służyć temu, co jest faktycznym centrum i celem: dobru człowieka, stworzonego na obraz Boga i powołanemu do tego, aby panować nad Ziemią i jej zasobami.

„Panować” nie oznacza, rzecz jasna, wyzyskiwać. Jeśli uważnie wczytamy się w Stary Testament, dostrzeżemy, że oprócz cotygodniowego dnia świętego ustanowionego przez Boga przy stworzeniu, Izraelici mieli uznawać szabatowy odpoczynek dla Ziemi. Co siedem lat, zgodnie z 23 rozdziałem Księgi Wyjścia, mieli pozwalać polom leżeć odłogiem. To, że nie przestrzegali Bożego prawa, stało się jednym z powodów niewoli babilońskiej, podczas której, zgodnie z 2 rozdziałem Księgi Kronik, Bóg zwrócił ziemi lata szabatu, które zaniedbali Izraelici.

W swoim artykule z Washington Post Coren – chcąc nie chcąc – uznaje, że praktyka dnia odpoczynku sięga ponad 2600 lat wstecz i że jej podstawy mają charakter głęboko religijny. Mimo to jego tekst koncentruje się na uzasadnianiu tej praktyki względami środowiskowymi. Jest to pomieszanie celów ze środkami. Tego rodzaju instrumentalizacja jest niestety czymś charakterystycznym dla świeckiego myślenia: religia jest dobra, gdy służy „wyższym” celom – w tym przypadku tym „wyższym” celem jest środowisko naturalne.

Zamiast miotać się między skrajnościami: zachłannym konsumpcjonizmem a uwielbieniem dla środowiska, może warto jednak wrócić do zdrowego spojrzenia na miejsce człowieka w świecie, jakie przedstawia Biblia i chrześcijaństwo. Człowiek jest istotą stworzoną na wzór Boga i to człowiek, a nie pieniądz lub przyroda, jest w centrum stworzenia. Jednocześnie jednak życie w świecie stworzonym nie wyczerpuje ludzkiego potencjału, dlatego pomnażanie dóbr doczesnych nie może być głównym celem życia. Jesteśmy otwarci na „coś więcej”, poszukujemy czegoś ważniejszego i głębszego niż tylko zaspokajanie potrzeb materialnych. Ostatecznie to w wymiarze religijnym odkrywamy ostateczny sens naszego życia. Jak pisał św. Augustyn: „niespokojne jest serce człowieka, dopóki nie spocznie w Bogu”. Ani ekologizm, ani materializm nie przyniosą nam szczęścia. Synowska relacja miłości z Bogiem – tak.

« 1 »

reklama

reklama

reklama