Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao


Arnulf Zitelmann

TOBIT
Powieść z czasów Jezusa

ISBN: 978-83-7505-843-7
wyd.: Wydawnictwo WAM 2011

Wybrane fragmenty
Tobit z Aleksandrii pisze wstęp
Cezarea Nadmorska


Tobit z Aleksandrii napisał tę księgę

Cezarea Nadmorska1

Nim statek zacumował, kot jednym susem zeskoczył z pokładu i pognał wzdłuż pomostu z wysoko zadartym ogonem.Znikł między dźwigami portowymi.Koty, jak widać, nie cierpią na chorobę morską.

Mój żołądek za to nadal protestował, mimo że pod nogami poczułem wreszcie stały grunt. Wyciągnąłem ręce do modlitwy i pobłogosławiłem Świętego Izraela: „Bądź pochwalony, o Wiekuisty, nasz Boże,Ty rządzisz światem. Ty stworzyłeś krąg ziemski!”. Podczas wielodniowej podróży nie czułem się wprawdzie tak źle, by wymiotować, lecz kilka razy, gdy wychylałem się przez burtę, miałem wrażenie, że mój żołądek wywróci się zaraz na drugą stronę.

Powinienem się liczyć z mało przyjaznym morzem, kiedy wsiadałem w Aleksandrii na statek. Gdy dni stają się krótsze i rozpoczynają się jesienne sztormy, ruch statków zamiera. „Hestitia” była jedynym statkiem, którego kapitan odważył się wypłynąć z portu w Aleksandrii. Teraz stała bezpiecznie zacumowana przy pomoście w Cezarei, porcie Izraela wysuniętym najbardziej na północ. Wkrótce rozpocznie się wyładunek daktyli, tych samych, spomiędzy których wyskoczył czarno-biały kot.

Również ja w dobrym zdrowiu osiągnąłem cel. Z Cezarei, dokąd dopłynąłem statkiem, miałem zamiar rozpocząć pielgrzymkę do Jeruzalem. Wędrując do niej, najpierw chciałem dotrzeć do Galilei, której góry od wschodu, po drugiej stronie miasta, można było jeszcze dostrzec w wieczornym świetle dnia.

Owinąłem się płaszczem, naciągając na głowę kaptur, ponieważ wiał silny wiatr, i zarzuciłem na plecy tobołek. Serce waliło mi z emocji i z wielkiej radości. Dziś po raz pierwszy dotknąłem świętej ziemi Izraela.

Na święto Paschy2 do Jeruzalem przybędą tysiące pątników. Odziany w białą szatę wejdę z tłumami wiernych do świątyni i będę z nimi śpiewał pieśń izraelskich kapłanów: „Kto wstąpi na górę Pana, kto stanie w Jego świętym miejscu? Człowiek o rękach nieskalanych i o czystym sercu... Taki otrzyma błogosławieństwo od Pana”. Idąc powoli przez port, targany wiatrem wśród szumu fal, które uderzały o pomost, w myślach słyszałem śpiew tysięcy mężczyzn.

Z tej strony portu, otoczona kolumnami, stała rzymska świątynia. Niemożliwa do przeoczenia, wzniesiona na pagórku w środku miasta. Przewyższały ją tylko dwa olbrzymie posągi. Jeden z nich przedstawiał z pewno

ścią imperatora Tyberiusza,któremu oddawano tu boską cześć.Wszędzie,w całym Cesarstwie Rzymskim,czczono cesarza jak boga. Tylko nie w Jeruzalem, w mieście jedynego i prawdziwego Pana. Widziałem, że ludzie, którzy mnie mijali, posyłali ręką pocałunki w stronę świątyni. Była to pora wieczornych ofiar. Dymy całopalne wzbijały się w niebo ponad świątynny dach.

Odwróciłem wzrok i przyspieszyłem kroku. Filon, mój nauczyciel3, drwi z wiary w wielu bogów, której hołdują inne narody. O ludziach służących wielu bogom mówi, że są „chorzy na umyśle”. Naprawdę używa słowa phrenolabes! Niektórzy z Izraelitów mamroczą nawet pod nosem przekleństwa, kiedy natkną się w mieście na malowidło przedstawiające któregoś z bożków pogańskich. Ja nie. W Aleksandrii trafia się przecież co krok na podobizny bożków w ludzkiej czy zwierzęcej postaci. A ja nie chciałbym żyć, nieustannie złorzecząc.

Nauczyłem się myśleć, że my, izraelici, żyjemy niczym sieroty wśród narodów, które nie znają Boga. Wiekuisty jest jednak wspólnym ojcem wszystkich ludów. To On nam nakazał, żebyśmy się różnili od innych narodów. I On pomaga nam nieść nasze jarzmo. Więcej jeszcze. Przez Abrahama, naszego praprzodka, zapowiedział: „Izraelu, przez ciebie będą otrzymywały błogosławieństwo ludy całej ziemi”. Pojmuję te słowa tak jak Abraham i nie przeklinam owych innych.

Myśląc tak, doszedłem do końca portu. Obejrzałem się. Daleko z tyłu, w pobliżu wejścia do portu, dojrzałem „Hestitię”. Z oddali wydała mi się krucha i wiotka. A jednak oparła się wiatrowi i morskim falom. Załoga statku zaczynała właśnie rozładunek daktyli.

Daktyle dostarczała też nasza firma, Dom Arystona. Aromatyczne, smakowite owoce pochodzące z Egiptu to w Izraelu bardzo cenny towar. Nasz kapitan mógł sobie pogratulować, że dowiózł je bezpiecznie do Cezarei. W Izraelu daktyle sprzedaje się z dobrym zyskiem, bo palmy rzadko rodzą tu owoce. Nad Nilem powiada się: palma lubi mieć głowę w żarze, a stopy w wodzie!

Przez dłuższą chwilę chłonąłem obraz panoramy portu. Chciałem go zatrzymać w pamięci. Oba pomosty wychodziły w morze niczym ogromna otwarta omega4, a wejścia do portu strzegły potężne kamienne wieże: w porównaniu z nimi nasza „Hestitia” wydawała się dziecięcą zabawką. Każdy pomost liczył trzydzieści kroków szerokości i był zabudowany portykiem, między którego kolumnami jeden przy drugim ustawione były stoły sprzedażne — wszystko to ze złączonych z sobą, czysto ociosanych kamiennych bloków. W portowym basenie naliczyłem około czterdziestu statków. Pomiędzy nimi widać było wiele rzymskich galer. Port mógłby z łatwością pomieścić dwakroć albo i trzykroć większą liczbę statków.

W czasie wypraw handlowych z moim ojcem Natanaelem zawijaliśmy do kilku portów. Żadnego z nich

nie dałoby się jednak porównać z tym w Cezarei. Oczywiście oprócz portu Aleksandrii, miasta, z którego pochodził mój ojciec. W porównaniu z aleksandryjską Faros latarnia morska w Cezarei to karzeł.

Zaczął wiać wieczorny wiatr, cienie się wydłużyły. Pomyślałem, że najwyższa pora rozejrzeć się za miejscem na nocleg. Najlepiej zapytać o dom gościnny synagogi. Miałem nadzieję, że znajdę tam kogoś z miejscowych, kto mi podpowie, jak bezpiecznie dotrzeć z Cezarei do Galilei.

Nienagabywany przez nikogo minąłem rzymskie straże przy wyjściu z portu i prostą jak strzała ulicą poszedłem w stronę miasta. Droga prowadziła w górę, do świątyni rzymskiej, błyszczącej w promieniach zachodzącego słońca. Wzdłuż ulicy ciągnęły się sklepy i stragany. Ustąpiłem drogi poganiaczowi osłów, który ciągnął za sobą spore ich stado, psy grzebały w odpadkach, handlarz biżuterią zachwalał przede mną swój nędzny towar: „Kaloi lithoi, minineppim, amantissime domini!”. Nazwał mnie „najgodniejszym miłości”, naprawdę. Trudno się było uwolnić od napierających zewsząd ludzi. Tu głośno rozprawiała grupka mężczyzn, gestykulując rękami uniesionymi w górę, tam, obok posągu ozdobionego bluszczowym wieńcem, dwaj żołnierze napełniali winem kubki, wznosząc toast „Bene te!”. W uszy wciskał się różnojęzyczny gwar.

Cezarea nie była miastem żydowskim, przeciwnie, była miastem wielu nacji, gdzieś więc musiała być i synagoga. Jej szukałem.

Na jednym ze skrzyżowań otoczyła mnie gromadka żebrzących dzieci. Sięgnąłem do torby u pasa, wyjąłem garść miedziaków i spytałem o synagogę, ale malcy nie rozumieli greckiego. Kiedy powtórzyłem pytanie, jeden z chłopców pokazał w lewo, dwie dziewczynki w prawo, a reszta gorliwie wskazywała w górę, na rzymską świątynię. Pokręciłem głową. Synagoga położona w pobliżu świątyni pogańskich bogów — to nie do pomyślenia!

Rozsznurowałem więc tobołek,wyciągnąłem woskowaną tabliczkę i rylcem narysowałem na niej siedmioramienny świecznik, a obok dom. Dzieci uśmiechnęły się szeroko — zrozumiały. Pokazały w lewo, w kierunku północnym, i dały znak, żebym szedł za nimi. Potem z radosnym krzykiem pobiegły przodem.

Zatrzymały się przed pokaźnym budynkiem. Najstarszy z chłopców triumfalnym gestem wskazał portal pod dachem wspieranym przez kolumny i gardłowym głosem przesylabizował: „sy-na-go-ga”. Podziękowałem chętnej gromadce, a przywódcy wręczyłem srebrną drachmę. Dzieciarnia skwitowała mój gest wibrującymi trelami radości, a następnie rozpierzchła się z prędkością wiatru. Patrzyłem za dziećmi z uśmiechem. Moja drachma wystarczyła, żeby każde z nich mogło się do syta nacieszyć smakiem słodkiego placka na miodzie.

Ściągnąłem z głowy kaptur i wszedłem w bramę domu Bożego. Istotnie, dzieci przyprowadziły mnie pod właściwy adres. Po prawej stronie odrzwi na wysokości ramienia odkryłem metalową skrzyneczkę wielkości dłoni, na której wypisane było błogosławieństwo domu5.

Ucałowałem końce swoich palców i dotknąłem skrzyneczki, mówiąc: „Bądź pozdrowiony, o Przedwieczny, Boże nasz. Ty pozwalasz bezpiecznie żyć Izraelowi!”.

Wtedy otworzyły się drzwi. Wyszedł z nich mężczyzna, obrzucił mnie spojrzeniem, po czym wypowiedział uprzejme pozdrowienie: „Szelema kyrie, pokój z tobą, panie!”.

Odpowiedziałem: „Hygiainon, dobry wieczór!”. Mężczyzna dał znak, żebym szedł za nim. Zszedłem więc kilka schodków w dół, a potem mój przewodnik otworzył drzwi na lewo i puścił mnie przodem.

Znalazłem się w sali wśród wielu mężczyzn, którzy zeszli się tu na wspólne modły. Prowadzeni przez kantora śpiewnie recytowali po hebrajsku modlitwę wieczorną: „Słuchaj, Izraelu, Bóg jest jedyny!”. Zacząłem odmawiać ją po grecku półgłosem. Kantor dał znak i jeden z mężczyzn wystąpił naprzód. Podszedł do szafy ołtarzowej6 stojącej u czoła sali modlitw, wyjął z niej zwój Pisma i przeniósł na pulpit. W świetle siedmioramiennego świecznika przeczytał fragment. Także po hebrajsku.

Nie mogłem rozpoznać, o jaki fragment Tory chodzi.

Od ponad dziesięciu lat, począwszy od piątego roku życia, studiowałem Księgi Mojżeszowe w greckim przekładzie. Teraz nie rozumiałem tego, co recytował kantor, ale słuchałem w skupieniu, poruszony dźwięcznością języka. Tekst hebrajski czytany na głos wydaje się bardziej melodyjny od greckiego przekładu, któremu tu i ówdzie brakuje gładkości. Ogarnęło mnie uczucie szczęścia.

Mój wzrok powędrował wzdłuż ścian sali modlitw. Pokrywał je nasycony kolorami fryz, przedstawiający postaci i sceny biblijne. Najpierw rozpoznałem więc Abrahama, gwiezdnego wędrowca, następnie Izaaka, potem Jakuba i jego dwunastu synów, w kolejnej scenie Józefa jako namiestnika Egiptu, wreszcie córkę faraona, znajdującą małego Mojżesza ukrytego w trzcinowym koszyku. Na drugim krańcu ściany widniał schodzący z góry Synaj Mojżesz, trzymający dwie kamienne tablice z wyrytymi na nich Dziesięcioma Przykazaniami, dalej Jozue, prowadzący Izraelitów przez Jordan do Ziemi Obiecanej, a za nim król Dawid z Arką Przymierza, która zawiera Boże przykazania wyryte na tablicach. Scena zamykająca fryz przedstawiała króla Salomona wznoszącego świątynię jerozolimską7.

Nie mogłem nasycić oczu barwnymi malowidłami. Zdawało mi się, że jestem cząstką opowieści, którą one przedstawiały. Historia Izraela była także moją historią.

Zapragnąłem podejść do mężczyzn śpiewających psalmy i wraz z nimi wznieść ręce do modlitwy. Zatrzymałem się jednak z tyłu, bo język ich modlitwy nie był moim językiem. Musiałbym stać wśród nich w milczeniu i modlić się tylko w duchu.

Był jeszcze inny powód, który powstrzymywał mnie od przyłączenia się do modlących: przed kilkoma tygodniami na wierzchu mojej prawej dłoni powyżej nadgarstka utworzyło się szpecące, grube na kciuk obrzmienie, które ukrywałem w rękawie przed spojrzeniami ludzi. Wznosząc ręce do modlitwy, odsłoniłbym

— chcąc nie chcąc — tę szpecącą ułomność.

Czymkolwiek był ten niepokojący twór — naroślą czy guzem — nie odczuwałem bólu, nawet gdy uciskałem chore miejsce. Tylko podczas pisania moja dłoń szybciej się męczyła, nic więcej. Myślę więc, że nie wdało się podskórne zapalenie.

Czy to aby nie trąd? — myślałem z lękiem — ta straszna choroba, która psuje ciało człowieka i zżera je do kości? Bałem się, ponieważ w Torze napisane jest: „Trędowaty, który podlega tej chorobie, będzie miał rozerwane szaty, włosy w nieładzie, brodę zasłoniętą i będzie wołać: »Nieczysty, nieczysty!«. Przez cały czas trwania tej choroby będzie nieczysty. Będzie mieszkał w odosobnieniu. Jego mieszkanie będzie poza obozem”. Zapewne każdemu, kto zobaczył moją zmienioną dłoń, musiało przejść przez myśl, że narośl może być zaraźliwa. Tora mówi: „Rozkaż Izraelitom, żeby oddalili spośród siebie wszystkich dotkniętych trądem. Niech nie czynią was nieczystymi. Gdyż Ja, wasz Bóg, mieszkam pośród was!”. Odkąd na mojej dłoni pojawiło się obrzmienie, wciąż miałem przed oczami te wersy. W moich uszach brzmiały jak wyrok śmierci.

Czy moja dłoń była nieczysta? Czy cały stałem się nieczysty? Jeśli tak, nie miałbym prawa wstępu do synagogi w Cezarei, nie wspominając już o tym, że kapłani nie wpuściliby mnie do świątyni jerozolimskiej. Do Świętego Izraela zbliżyć się może tylko ten, kto ma czyste serce i nieskazitelne dłonie.

Nie zważając na to, wszedłem w Aleksandrii na pokład „Hestitii”. W Jeruzalem zwrócę się do kapłana leczącego trąd8, myślałem. Może uzna, że narośl jest łagodna, i zgodnie z prawem Tory ogłosi moją czystość przed Bogiem. Taką w każdym razie mam nadzieję. Głęboką nadzieję.

W przeciwnym wypadku powinienem był zostać w Aleksandrii, sam na sam z sobą i tą nieznośną niepewnością. Dlatego łatwo przyszło mi wyruszyć na pielgrzymkę do Jeruzalem. W Aleksandrii byłbym żyjącym trupem, ponieważ od trądu uwolnić może jedynie kapłan w świątyni jerozolimskiej.

Teraz, gdy piszę te słowa, moje oczy śledzą ruchy trzcinowego pióra, a prawa dłoń zapisuje literę po literze. Papirus, w który zaopatruje mnie Melchior, jest doskonałej jakości, delikatny, a zarazem wytrzymały. Tylko z rzadka pióro potyka się na nierównościach włókna. Nie mogę się doczekać, kiedy wreszcie zacznę pisać o nim. O Jezusie, który uleczył moją dłoń.

Tymczasem moja opowieść toczy się jeszcze daleko od niego. Dopiero osiem, a może dziewięć tygodni później osobiście spotkam Jeszuę ben Miriam, jak jest zwany. Stało się to w Kafarnaum, oddalonym o kilka dni drogi od Cezarei. Wówczas jego imię nie było jeszcze znane w całym kraju. Kiedy „Hestitia” cumowała u brzegów Cezarei, dopiero tworzył się krąg zwolenników Jezusa. Pierwsi byli Piotr i Andrzej, Jan i Jakub.

Tak rozmyślając, powróciłem do moich wspomnień o synagodze w Cezarei.

Gdy po ostatnim amen mężczyźni wyszli z sali modlitw, na zewnątrz panował mrok. Opuściłem swoje miejsce przy ścianie i podszedłem do kantora. Gdy zamknął szafę Tory, przedstawiłem się.

— Tobit z Aleksandrii — powiedziałem. — Jestem w drodze do Jeruzalem. Dziś po południu statek, którym przybyłem, zacumował w porcie w Cezarei. Czy mogę liczyć na nocleg w waszym domu gościnnym?

Kantor szeroko rozłożył ramiona w powitalnym geście.

— Jesteś naszym gościem, Tobicie z Aleksandrii! — odpowiedział tym samym dźwięcznym głosem, którym wcześniej intonował wersy modlitwy.

Ucieszyłem się, słysząc, że przeszedł na grecki. Mówił bezbłędnie i niemal bez akcentu.

— Nazywam się Gabriel — przedstawił się. — Byłeś na pokładzie „Hestitii”. Widziałem cię w porcie i rozpoznałem od razu, gdy tylko przekroczyłeś próg synagogi. Znajdziesz u nas dach nad głową! Zazwyczaj nasz dom gościnny jest pełen, lecz teraz zaczyna się pora deszczu i zimy, więc są wolne miejsca.

Od razu poczułem do niego sympatię. Przypominał mi mojego ojca. Mógł być w tym samym wieku, choć w jego brodzie nie dojrzałem ani jednego siwego włosa.

— Dziękuję ci, panie — odparłem. — Mam też inną prośbę. Wkrótce wybieram się do Seforis w Galilei. Jak odnajdę drogę? Czy możesz mi pomóc? Czy drogi są bezpieczne? A może powinienem poszukać kogoś, kto będzie mi towarzyszył?

Gabriel przez chwilę milczał zamyślony, po czym odpowiedział:

— Młody przyjacielu, zapraszam cię do mego domu! Omówimy wszystko w spokoju. Dostaniesz też u nas wieczerzę.

Nie byłem przygotowany na tak gościnny gest. Wielkie nieba, jakże tu teraz odmówić, by nie urazić kantora? Nie miałem nastroju do długich rozmów. Byłem zmęczony, brakowało mi snu.

— Dzięki za twą życzliwość, panie — odparłem — lecz potrzebuję odpoczynku i snu. Podróż mnie wyczerpała. Płynęliśmy przy niesprzyjającym wietrze, morze było wzburzone. Przez trzy dni sztorm rzucał statkiem. Jeśli pozwolisz, z twego życzliwego zaproszenia skorzystam w drodze powrotnej.

— Rozumiem — powiedział Gabriel. — Usiądźmy więc tutaj przynajmniej na chwilę.

Klasnął w dłonie, a po chwili ukazał się sługa synagogi.

— Przynieś nam trochę wina i coś do jedzenia — polecił mu Gabriel. — I przygotuj posłanie dla tego młodego człowieka.

Sługa skinął głową i znikł.

Usiedliśmy obok siebie na kamiennej ławie na dziedzińcu synagogi. Osłonięta od wiatru, trójpłomykowa lampa oliwna rzucała światło na chlebowy placek, ser, oliwki i owoce, które wkrótce podano. Zanim przystąpiliśmy do wieczerzy, obmyliśmy dłonie w źródełku na środku dziedzińca.

Gabriel pobłogosławił chleb po grecku, a ja odpowiedziałem greckim amen: „Genoito! Genoito! Niech tak się stanie!”.

Gabriel opowiedział mi, że od kapitana „Hestitii” wykupił cały zapas daktyli. Najwcześniej za pół roku, mówił, pod koniec pory deszczowej, można będzie nabyć w Cezarei egipskie daktyle. A przecież szczególnie o tej ciemnej, zimnej porze roku chętnie sięga się po słodkości, by ogrzać żołądek. Miał nadzieję, że w ciągu nadchodzących miesięcy sprzeda swoje daktyle z zyskiem.

Ten port to błogosławieństwo dla Izraela, dodał. Kiedyś wzdłuż całego wybrzeża nie było ani jednego. Jego ojciec opowiadał mu, że budowę portu w Cezarei zarządził król Herod. Prace ukończono po dziesięciu latach i przystań zaczęła spełniać swe funkcje.

— Herod był władcą dalekowzrocznym! — oznajmił kantor. — Pobudował w kraju twierdze, drogi i mosty. Świątynia w Jerozolimie, mój młody przyjacielu, to królewskie arcydzieło. Nie uwierzysz własnym oczom! A dzięki budowie portu król zapewnił sobie po raz wtóry nieśmiertelną sławę. Przed Herodem nie było tutaj niczego poza wydmami i ostami. Dziś Cezareę uznaje się za ważny węzeł handlowy między Wschodem i Zachodem. Kończy się tu idący z Chin Jedwabny Szlak, więc drogi karawan, które zmierzają z Kaukazu i Azji Mniejszej do Egiptu i odwrotnie, wiodą przez Cezareę.

Gabriel skinął na sługę, by ten znowu napełnił kubki winem. Było mocno przyprawione, przyjemnie ciepłe i słodkie. Z pewnością dolano do niego wody, tak jak wymaga tego zwyczaj, a mimo to już czułem jego działanie w głowie i wszystkich członkach.

— Niestety, król nie pozostawił godnego następcy — ciągnął Gabriel. — Rzym podzielił królestwo Heroda między jego trzech synów. Ale gdy przychodzi do rozstrzygania ważnych spraw, potomków Heroda nikt o zdanie nie pyta. Władza nad krajem leży w rękach Rzymian. Tutaj, w Cezarei, w pałacu należącym niegdyś do Heroda, rezydują rzymscy prefekci. Od kilku lat prefektem jest Poncjusz Piłat. Z nim nie ma żartów, ale też trzeba przyznać, że miasto wiele mu zawdzięcza. Obecnie prefekt zajmuje się odnową naszej latarni. Cezarejczycy nie mają powodów do narzekań.

Skinąłem głową.

— Podobnie jest w Aleksandrii — powiedziałem. — Także u nas o wszystkim decydują Rzymianie. Jako cesarska kolonia podlegamy bezpośrednio cesarzowi.

Gabriel przytaknął.

— To dobre dla miasta pełnego bałwochwalców — powiedział.

— Otóż to, i niebu niech będą dzięki — zgodziłem się z nim. — A cesarz wie, co zawdzięcza nam, izraelitom. Nasi ludzie zajmują się organizacją portowego handlu, w Egipcie ściągają podatki dla Rzymu, dlatego cesarz ma nas pod swoją pieczą. Tamtejsi Grecy i Egipcjanie nienawidzą nas, bo żyjemy według swoich własnych reguł. Rzym sprawuje nad nami opiekę, a mieszkańcy Aleksandrii co prawda nas nie rozumieją, ale respektują nasze prawa. W sprawach administracji wewnętrznej pozostawiono nam wiele swobody.

— U nas jest podobnie — odparł Gabriel.

— Muszę przyznać, że zupełnie inaczej wyobrażałem sobie Cezareę — skierowałem rozmowę na nieco inny tor. — Myślałem, że mieszkają tu wyłącznie izraelici, tymczasem w centrum miasta składa się ofiarę bogom Rzymu, na każdym rogu ustawione są figurki i posągi, których żydom stawiać nie wolno. I niełatwo spotkać kogoś, kto by rozumiał grecki i wskazał mi drogę do tutejszego domu modlitwy.

Gabriel sięgnął po figę, odgryzł kawałek i żuł w milczeniu. W końcu odparł:

— Cóż mogę powiedzieć? Masz rację. Herod ściągnął tu ludzi z rozlicznych krain. Przybyli, żeby budować port. Cezarejczycy nigdy by sobie nie poradzili z tak olbrzymim przedsięwzięciem. Nasz lud nie zna się na budowaniu. Już Salomon wzniósł pierwszą świątynię z pomocą budowniczych sprowadzanych z daleka. Nawiasem mówiąc, Herod nie był z pochodzenia Izraelitą. Jego przodkami byli Idumejczycy, których na naszą wiarę nawrócono siłą. Przymus w religii nie jest niczym dobrym. Myślę, że także świątynię w Jeruzalem Herod stawiał mniej na chwałę Przedwiecznego, a bardziej dla własnej sławy. Krótko mówiąc, król pozostawił przyjezdnym w Cezarei wolną rękę. My, synowie Izraela, jesteśmy w naszym mieście kurczącą się mniejszością. Niestety, tak to właśnie wygląda.

W czasie naszej rozmowy na niebie pojawiły się gwiazdy. Wokół lampki oliwnej tańczyły już nocne ćmy. Siedzieliśmy w milczeniu. Nagle poczułem znużenie, z trudem powstrzymując ziewanie.

Gabriel to zauważył.

— Potrzebujesz snu,młody przyjacielu — powiedział.— Porozmawiajmy o twoich planach. Chcesz zatem iść do Seforis w Galilei?

Przytaknąłem.

— Jeszcze przed tygodniem nie wiedziałem, że będę dziś w Cezarei — przyznałem. — W podróż wyruszyłem spontanicznie. Nie poczyniłem właściwie żadnych przygotowań. I teraz nie wiem, jaką obrać dalej drogę. Wiem, że w Seforis mieszka znany mojej rodzinie kupiec, Szymon ben Fabi. Udam się najpierw do niego. Co potem, jeszcze nie wiem. Mam czas. Do Jeruzalem chcę dotrzeć dopiero na święto Paschy.

— Od Paschy dzieli nas jeszcze sześć pełni księżyca — odrzekł Gabriel. — Z Cezarei do Jeruzalem dotrzesz bez pośpiechu w czternaście dni.

Jakże przyjaznym i niewyniosłym człowiekiem jesteś, pomyślałem sobie o Gabrielu. Nie znał przecież przyczyny pielgrzymiej podróży, którą rozpocząłem przed pół rokiem, a mimo to nie był dociekliwy.

— Zarządzam rodzinnym interesem — wyjaśniłem. — Założył go mój dziadek Aryston. Dom Arystona zajmuje się handlem z dalekimi krajami, nasze kontakty sięgają Indii, Rzymu i Hiszpanii. Ojciec mój, Natanael, wycofał się niedawno z czynnego życia i pracy w firmie. On i moja matka Joanna — niech Bóg im błogosławi — żyją w odosobnieniu we wspólnocie filozoficznej poza Aleksandrią. Medytują tam i studiują święte pisma. Jestem ich jedynym synem, więc na mnie przenieśli upoważnienie do pieczęci. Tu, w Izraelu, odwiedzę znajomych kupców i spróbuję nawiązać nowe kontakty.

— Twoją brodę ledwie pokrył delikatny zarost, a już tak duża odpowiedzialność spoczęła na twych barkach, młody przyjacielu! — zauważył Gabriel.

— W naszej firmie zatrudniamy zasłużonych, doświadczonych ludzi; oni mi pomagają — odpowiedziałem. — I szybko się uczę. Słucham wykładów w Muzajonie, studiuję Platona9 i innych filozofów, a od szacownego nauczyciela Filona uczę się Tory. Nie, nie boję się odpowiedzialności, którą nałożyli na mnie rodzice.

Umilkłem. Przed oczami stanął mi tak żywy obraz ojca, że wzruszyłem się do łez.

Po chwili dodałem:

— Hasło mego ojca brzmiało: Trzeba zaprzyjaźnić nasz naród z niesprawiedliwym Mamonem10! Dlatego całą swoją energię angażował w nasz interes. Ja też chcę, by Dom Arystona wzrastał, kwitł i dojrzewał, lecz zanim poświęcę się całkowicie tej pracy, chciałbym choć raz odwiedzić Jeruzalem, Święte Miasto. Kto wie, kiedy ponownie nadarzy się taka okazja.

Sługa chciał dolać oliwy do lampki, lecz Gabriel dał mu znak, że nie potrzeba.

— Czas, byś wypoczął, młody przyjacielu — powiedział. — Nie musisz się martwić, jak dasz sobie radę w dalszej wędrówce. W domu modlitwy spotkałem Onkelosa, handlarza zbożem z Antiochii. Jutro rusza do Galilei z karawaną osłów. Wyślę do niego posłańca z wiadomością, żeby cię z sobą zabrał. A w Seforis przekażesz ode mnie pozdrowienie Szymonowi ben Fabi. To uczciwy człowiek. Z tego, co mi wiadomo, należy do chawerimów11, którzy postanowili wypełniać Torę po ostatni przecinek.

— Dziękuję Ci, panie — powiedziałem i z przytroczonej do pasa sakiewki wyjąłem kilka złotych monet. — Pozwól, że podaruję te aureusy waszej synagodze.

— Bardzo jesteś hojny, przyjacielu — powiedział Gabriel, przyjmując monety.

Wstaliśmy, żeby się pożegnać. Kantor położył dłoń na mojej głowie i pobłogosławił mnie słowami:

— Niech Pan strzeże twego wyjścia i przyjścia teraz i po wszystkie czasy!

— Amen — odpowiedziałem. — Niech tak się stanie!

Lepszego początku mojej podróży nie mógłbym sobie życzyć.


1 Tak zwano Cezareę w starożytności; dzisiejsza Cezarea leży obok tamtej, starożytnej — przyp. tłum.

2 Pascha (z hebr. dosł. przejście) — przyp. tłum. Święto obchodzone wśród Izraelitów na pamiątkę wyjścia Izraela z Egiptu i wyzwolenia z niewoli faraona.

3 Filon z Aleksandrii (ok. 25 przed Chr. — 50 po Chr.), wybitny filozof żydowski. łączył doktrynę judaistyczną z filozofią platońską. Miał wpływ na pisarzy wczesnochrześcijańskich, zwłaszcza Klemensa Aleksandryjskiego — przyp. tłum.

4 Omega — litera greckiego alfabetu, ?.

5 Mezuza (z hebr. odrzwia) — mały pojemnik z metalu, drewna lub szkła zawierający zwinięty w rurkę zwitek pergaminu z wersetami Pięcioksięgu; pobożni Żydzi zawieszali go na framudze drzwi wejściowych dla ochrony domu przed nieszczęściem.

6 Szafa służąca do przechowywania Tory w synagodze, zwykle rzeźbiona i zdobiona.

7 Przedstawianie postaci ludzkich w synagogach było niezgodne z przepisami Prawa Mojżeszowego, jednak ówczesne silne wpływy sztuki greckiej sprawiały, że poza Jerozolimą takie odstępstwa od zasad się zdarzyły — przyp. tłum.

8 Rozpoznawaniem i leczeniem trądu zajmował się specjalny kapłan przy świątyni jerozolimskiej.

9 Platon, wielki filozof grecki, żył 400 lat przed Chrystusem.

10 Mamon (z hebr.) — bogactwo.

11 Chawerimowie (równi sobie, przyjaciele) — żydowskie stronnictwo religijne w czasach Jezusa. Chawer zobowiązywał się do konsekwentnego przestrzegania przykazań Tory.

opr. ab/ab



 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Aleksandria Tora powieść pascha Cezarea Filon z Aleksandrii Mezuza Chawerimowie
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W