Pustelnicy

O zakonie kamedułów

Wąski trakt leśny, dalej niewielkie wzniesienie i solidna drewniana brama. - Szczęść Boże - odpowiada na pozdrowienie wiekowy zakonnik w białym habicie z kapturem. - Za dziesięć minut otworzę furtę i będzie można wejść do kościoła - dodaje.

Tym wzniesieniem jest Sowia Góra w Bieniszewie koło Konina. Jej mieszkańcy, kameduli należący do Kongregacji Eremitów Kamedułów Góry Koronnej praktykują jedną z najsurowszych reguł wśród instytutów życia konsekrowanego. Modlą się, pracują i odrzucają wszystko to, co nie prowadzi wprost do Boga. Żyją w ciszy, skupieniu i samotności - razem, a jednak osobno.

- Nie umartwiamy się dla samego umartwiania - mówi ojciec Korneliusz, przeor klasztoru. - Robimy to, by zbliżyć się do Boga i wyprosić łaski dla całej ludzkości. Taką drogę wybraliśmy i taką podążamy. Myli się jednak ten, kto myśli, że uciekamy przed światem. W taki sposób nie da się uciec.

Ora et labora

Świta. Dochodzi 3.45. Ciszę przerywa uderzenie klasztornego dzwonu. Zakonnicy wstają, by o 4.00 spotkać się w kościelnym chórze i wspólnie odmówić modlitwę brewiarzową oraz Anioł Pański. Kolejne uderzenie rozlega się o 5.45 i zwołuje ich na wspólną recytację psalmów i Mszę świętą, po której około godziny 7.00 udadzą się do kuchni po śniadanie. Spożywają je samotnie - w niewielkich domkach-celach, w których upływa znaczna część ich ascetycznego życia. Przy wspólnym stole spotykają się tylko w niedzielę i święta. Nie jedzą mięsa. Poszczą... 8.00, znów słychać głos dzwonu. Tym razem obwieszcza początek pracy. Trzeba posprzątać obejście, zająć się ogrodem, przygotować popołudniowy posiłek, przywitać ewentualnych gości. Każdy ma ściśle określone zadanie, które wykonuje sumiennie i w milczeniu... 11.30, znajomy dźwięk ponownie wzywa na modlitwę i Anioł Pański. Mija południe. Czas odpocząć i pomodlić przed obiadem.

Tak upływa każdy dzień w bieniszewskiej pustelni. Wyjątkiem jest niedziela, kiedy kameduli nie pracują, otwierają podwoje kościoła dla wiernych i o 10.30 odprawiają Mszę świętą. Wówczas na część klasztoru nie objętą klauzurą mogą wejść także kobiety. Ci, którzy przybędą tu w poszukiwaniu osobliwości, rozczarują się. Mnisi nie powtarzają w kółko „memento mori", jak Wołodyjowski, nie trzymają w swoich celach trupich czaszek i nie śpią w trumnach. Obca jest im jednak telewizja, radio i to wszystko co napędza dzisiejszą rzeczywistość. Wiodą swe skromne życie w ciszy - skupieni na modlitwie, pracy i kontemplacji. Zachowują bezwzględne milczenie i unikają kontaktów ze światem zewnętrznym, bo tak łatwiej otworzyć się na Boga. Surowa reguła nie czyni ich jednak zamkniętymi w sobie. Są życzliwi, pogodni i kiedy mogą, chętnie rozmawiają z odwiedzającymi ich klasztor wiernymi. Nie uciekają przed światem, ale i go nie szukają.

16.30. Dzwon po raz kolejny obwieszcza czas modlitwy. Kameduli odmawiają różaniec, udają się do kuchni po wieczorny posiłek i zajmują czytaniem duchowym. O 18.30 spotykają się ponownie - po raz ostatni tego dnia -by odmówić nieszpory, Litanię Loretańską, Anioł Pański, modlitwę za zmarłych i różaniec Świętych Braci. Potem rozchodzą się w skupieniu i ciszy do swych cel, by oddać się dalszej kontemplacji i odpocząć. Zapada zmrok. W bieniszewskiej samotni minął kolejny dzień będący odbiciem „wczoraj" i zapowiedzią „jutra".

Opowieść Zosi

Pustelnię na Sowiej Górze wzniesiono w 1663 roku, dzięki staraniu ówczesnego wikariusza generalnego dla eremów kamedulskich w Polsce, ojca Sylwanusa Boselli. Miejscowa tradycja głosi, iż zwiastunem jej wybudowania miało być objawienie się Matki Bożej siedemnastoletniej Zosi z sąsiedniego Bochlewa. Udająca się do rodzinnego domu dziewczyna ujrzała Świetlistą Panią, która poprowadziła ją do pagórka, na którym zobaczyła zakonników z długimi brodami, którzy śpiewali religijne pieśni w nieznanej jej świątyni. Jasna Pani zapytała, czy ich zna. Gdy ta zaprzeczyła, nakazała jej rozpowiedzieć o wszystkim, co widziała i obiecała, iż w ciągu trzech lat, w tym właśnie miejscu zamieszkają mnisi w białych szatach, którzy będą się modlić za grzechy innych ludzi. I tak się stało.

Teren, na którym stoi klasztor, należał w drugiej połowie XVII wieku do starosty radziejowskiego i kasztelana inowrocławskiego Wojciecha Kadzidłowskiego. Początkowo niechętny, oddał pustelnikom Sowią Górę, przylegający do niej las i kościółek św. Barnaby właśnie pod wpływem opowieści Zosi. Do pobliskiego Kazimierza Biskupiego przybyło wówczas pięciu kamedułów, którym dzięki licznym darowiznom udało się zbudować drewniany kościół, kilka budynków gospodarczych, spichlerze i osiem domków-cel. Przez następne pół wieku samotnię rozbudowywano, a w 1672 roku sprowadzono do niej obraz Matki Boskiej Pocieszenia, który spłonął w pożarze kościoła w 1749 roku. Budowę kolejnej, murowanej świątyni rozpoczęto 11 lat później. W czasie zaborów władze rosyjskie dokonały kasacji zakonu, a niszczejący klasztor odkupił hrabia Mielżyński, który, pozorując wypełnienie postawionego przez Rosjan warunku rozbiórki kościoła, zdjął z wież kopuły i czekał na lepsze czasy. W końcu sprzedał pustelnię wraz z dobrami Stanisławowi Mańkowskiemu, który po odzyskaniu przez Polskę niepodległości przystąpił do jej odbudowy i usilnie zabiegał o powrót ojców kamedułów. Zmarł na krótko przed ich przybyciem, w 1936 roku. Pobyt zakonników był jednak krótkotrwały. W czasie II wojny światowej mnichów ponownie wypędzono, a w klasztorze urządzono szkołę Hitlerjugend. Ucząca się w niej niemiecka młodzież, niszcząc wszelkie oznaki kultu, nie uszanowała nawet grobów ojców zakonnych. Po wojnie mnisi powrócili i ponownie podjęli trud odbudowy klasztoru, w którym gospodarują nieprzerwanie do dziś.

Wbrew logice dzisiejszego świata

Obecnie w bieniszewskiej samotni mieszka sześciu zakonników i kilku przypatrujących się pustelniczemu życiu kandydatów. Mnisi rzadko opuszczają klasztorne mury. Reguła przyzwala na to pięć razy w roku: we wrześniu, październiku, listopadzie, styczniu i niedzielę poprzedzającą Wielki Post. Pozostałe 360 dni spędzają w pustelni, chyba że trzeba zagłosować, załatwić jakieś ważne sprawy urzędowe lub kurować się w szpitalu.

- Tu jest lepiej niż w „cywilu" -śmieje się brat Bolesław, furtian, który kamedułą jest od ponad pół wieku. - Czasami tylko muszę się sporo nagadać, bo ludziom trudno wytłumaczyć, że po Mszy świętej trzeba wyjść za furtę.

Jeszcze dłuższy „pustelniczy staż" ma brat Leonard, który niedawno obchodził kolejną rocznicę złożenia ślubów, i który nie ukrywa, że droga, którą wybrał, choć niełatwa, daje mu wiele radości.

- To dobre życie - mówi - tylko pracować nie mogę tyle co kiedyś, bo zdrowie nie pozwala, ale robię różańce... Mam od ich paciorków zgrubienia na palcach - wzdycha, pokazując spracowane ręce.

Wbrew tej zwyczajności i naturalności wokół pustelników narosło wiele niezgodnych z rzeczywistością mitów, a ich kontemplacyjne życie budzi, delikatnie mówiąc, zdziwienie. Jedni uważają je za anachroniczne i nie korespondujące z obecną, krzykliwą rzeczywistością. Inni wątpią w jego sens i kwestionują potrzebę istnienia takich zakonów jak kameduli w świecie, który jest „globalną wioską". Ojciec Korneliusz uważa, iż winny jest brak wiary, zrozumienia i zwykła niewiedza.

- Ludzie myśleli, myślą i będą myśleć stereotypami - mówi Nie potrafią zrozumieć, że nie wszyscy muszą się kierować logiką dzisiejszego świata. Mówimy to każdemu, kto tylko chce słuchać, trudno jednak wytłumaczyć tak prostą rzecz komuś, kto nie ma wiary bądź jest tak zwanym aktywistą. Zresztą nie jesteśmy od wyjaśniania, ale od przestrzegania Reguły.

I jakby na potwierdzenie tych słów życie w bieniszewskiej pustelni płynie od wieków niezmienionym rytmem, który wyznaczają uderzenia klasztornego dzwonu, a zakonnicy, żyjąc z dala od zgiełku tego świata, w ciszy i skupieniu oddają się modlitwie gotowi przyjmować, w myśl Reguły świętego Benedykta, wszystkie rzeczy trudne i przykre, przez które należy przejść, aby dojść do Boga.

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama