reklama

Mamy prawo do prawdy

Czy mamy do czynienia z działaniami zmierzającymi do przypisania Polakom współodpowiedzialności za Holokaust, mówi Piotr Gontarczyk, politolog, historyk i publicysta

Czy mamy do czynienia z działaniami zmierzającymi do przypisania Polakom współodpowiedzialności za Holokaust, mówi Piotr Gontarczyk, politolog, historyk i publicysta, pracownik Instytut Pamięci Narodowej.

Od jakiegoś czasu obserwujemy coraz częstsze twierdzenia o odpowiedzialności Polaków za Holokaust... Podczas narodowych świąt, rocznic ważnych dla naszego narodu pojawiają się np. artykuły mające na celu zdyskredytowanie polskich bohaterów, „odmitowienie” naszej historii...

Rzeczywiście, takie sytuacje mają miejsce, ale nie tylko w związku z rocznicami czy wydarzeniami. Po prostu jakiś czas temu pojawił się Jan Tomasz Gross i pewna specyficzna próba przepisania polskiej historii na nową wersję, pełną licznych kłamliwych oskarżeń wobec Polski i Polaków. Jego intelektualne dzieci to naukowcy Centrum Badania Zagłady Żydów przy Polskiej Akademii Nauk, którzy od lat, często metodami niedopuszczalnymi w nauce, próbują współodpowiedzialność za Holokaust rozciągnąć na Polaków.

Jednym z przykładów takich działań może być książka „Dalej jest noc”, w której autorzy zarzucają Edwardowi Malinowskiemu (w czasie wojny sołtys wsi Malinowo na Podlasiu), że wydawał Niemcom Żydów i okradł Żydówkę. Dokumenty i wspomnienia ocalonych mówią jednak coś zupełnie innego. Na czym opierali się autorzy książki?

Jak już wielokrotnie mówiłem publicznie, autorzy i redaktorzy książki Barbara Engelking i Jan Grabowski - nie stworzyli wiarygodnej publikacji naukowej. Znalazłem u nich trudną do uwierzenia liczbę przekłamań, manipulacji. Są nawet przypadki, kiedy autorzy zmieniali treść cytatów, wycinali bez zaznaczania fragmenty tekstu, wypaczając ich treść i zmieniając właściwy sens. Jest tam masa oskarżeń wobec konkretnych osób: denuncjacje, zabójstwa czy donosy na Żydów, w przypadku których z akt i dokumentów jasno wynika, że tego nie dokonali. Całe partie tej książki i liczne „fakty” to zwykłe mistyfikacje. Często próbuje się też oskarżyć polskich chłopów, sołtysów, strażaków, członków tzw. Polnische Polizei o niemieckie zbrodnie, za które ci nie są odpowiedzialni. Przykładowo strażacy byli wzywani przez Niemców w czasie deportacji Żydów (bo zostali przez Niemców podporządkowani żandarmerii) i za odmowę stawiennictwa groził im obóz koncentracyjny albo śmierć. Także na polskiej wsi okupanci skonstruowali system zbiorowej odpowiedzialności, a za każde nieposłuszeństwo i niezgłoszone pojawienie się we wsi Żyda groziła chłopom śmierć. Zdarzały się przypadki, że ci chwytali żydowskich uciekinierów w obawie o własne życie. Barbara Engelking i ta książka przerabiają dramatyczny brak wyboru Polaków na „ochotnicze uczestnictwo w Holocauście”. Takie manipulacje to w tym świecie normalność.

Jaki zapadł wyrok w tej sprawie i czy w Pana ocenie jest słuszny?

Generalnie jestem przeciwny rozstrzyganiu spraw historii w sądach. To powinna być kwestia wolności badań naukowych. Ale z drugiej strony nie można odmawiać krewnym osób pomówionych o denuncjację czy współudział w zabójstwie kilkudziesięciu Żydów dochodzenia sprawiedliwości w sądzie. Prawo do sądu i obrony dobrego imienia to jedno z podstawowych praw człowieka. Wiarygodne źródła są jednoznaczne w tej sprawie: Edward Malinowski pomagał Żydom, ratował ich. Kiedy na skutek wiejskich konfliktów został pomówiony o to, że przyczynił się do śmierci Żydów, troje z nich podczas procesu sądowego zeznało jednoznacznie: jemu zawdzięczali życie. Pani Engelking natomiast oparła się na relacji jednej osoby, która nawet nie była wówczas w okolicy, tylko w Prusach Wschodnich, a zeznania złożyła kilkadziesiąt lat później. Co ciekawe, dokładnie wiadomo, że chodziło o zabicie przez Niemców około 14 osób w leśnym bunkrze, a Engelking napisała o „kilkudziesięciu” osobach. Taka to nauka. Edward Malinowski został pomówiony bez jakichkolwiek wiarygodnych dowodów. Sąd wydał wyrok pozytywny dla Filomeny Leszczyńskiej, która stanęła w obronie stryja Malinowskiego i doprowadziła do tego, że nakazano przeproszenie jej przez autorów książki. Historycy powinni mieć prawo do normalnej i spokojnej pracy, ale tę książkę nie sposób kojarzyć z poważnymi badaniami naukowymi.

W publikacji pojawia się teza, że w latach 1942-45 od społeczeństwa polskiego, od Polaków zależał los Żydów...

To wierutna bzdura. Dla każdego historyka, który w miarę rzetelnie czyta podstawową literaturę, jest jasne, że za los Żydów w tym okresie odpowiadał niemiecki aparat okupacyjny. To on decydował o losie Żydów. To także on stworzył system drastycznych kar za jakąkolwiek pomoc Żydom. Nieliczni więc z chciwości, strachu o własne życie, ale i nienawiści do Żydów potrafili ich wydać w ręce Niemców. Sądzę, że najmniej zbliżona lub większa grupa im pomagała, a przytłaczająca część nie robiła nic, bo się bała. To nie jest (poza przejawami pomocy wbrew Niemcom) decyzja Polaków, tylko system niemieckich okupantów. Twierdzenie, że los Żydów zależał od Polaków, jest jednym z elementów manipulacji zmierzających do obarczenia ich odpowiedzialnością za śmierć nielicznej grupy żydowskich uciekinierów, z których rzeczywiście niewielu dotrwało do końca wojny. Ale powtarzam: Niemcy, a nie Polacy tworzyli ten system i za niego odpowiadają.

Czy kłamstwo powtarzane wiele razy ma szansę stać się prawdą?

Niestety, obawiam się, że tak. Była wcześniej sprawa zbrodni w Jedwabnem z 1941 r. którą w sposób manipulatorski opisał Jan Tomasz Gross. Mimo że podstawowe elementy przedstawionego przez niego scenariusza zostały obalone przez historyków jako w kluczowych kłamliwe, z powodzeniem funkcjonuje on na Zachodzie jako prawda objawiona. To nie jest oczywiste, że prawda ma wielu sprzymierzeńców i obroni się sama. Opisałem publicznie wiele manipulacji ze źródłami w książce „Dalej jest noc”, za które student historii z hukiem wyleciałby ze studiów. No i co? I nic. Autorzy nie odpowiedzieli na tak ciężkie zarzuty, a w ich obronie publicznie stanęła po procesie elita polskiej nauki. Jestem więc pełen najgorszych obaw, co będzie dalej.

Dlaczego w tego typu sytuacjach Polska jest atakowana, oceniana i pouczana przez inne kraje, najczęściej Izrael oraz Stany Zjednoczone? Czemu ma służyć nagłaśnianie tego typu sytuacji?

Co ciekawe, to oburzenie jest niekiedy artykułowane pod adresem polskich władz czy prezydenta. A co oni mają do powiedzenia w sprawie procesu sądowego rozstrzyganego na drodze cywilnej? Mają zlikwidować jedno z pierwszych i podstawowych praw człowieka, czyli prawo do sprawiedliwego sądu? To rzeczy smutne i świadczące, jak duża jest doza wiedzy oraz niekompetencji. O to, czemu ma służyć nagłaśnianie tego typu tematów, należałoby zapytać autorów. Ale dostrzegam ogromne zagrożenie w postaci ideologizacji i polityzacji badań Holocaustu. Tu religijna mistyka czy rezygnacja z naukowego warsztatu na rzecz entuzjastycznego witania książek takich jak „Dalej jest noc” i publicznej ich obrony ze względu na wszystko są zauważalne.

Czy tylko my, Polacy, mamy wrażeniem, że próbuje się wmówić nam odpowiedzialność za Holokaust? Czy inne państwa dostrzegają podobne mechanizmy na swoim gruncie? Jak reagować, by do tego nie dopuścić?

Nie potrafię ocenić, jak to wygląda w Czechach, na Słowacji czy w innych państwach, choć wiele z nich ma sporo w tym temacie za uszami. Chociażby francuski rząd Vichy, który sam wydawał swoich Żydów. W wielu krajach były struktury, instytucje, także rządowe kolaborujące z Niemcami. Moim zdaniem Polska - na tle innych krajów - ma sobie najmniej do zarzucenia. Dlatego, żeby nas spróbować obarczyć współodpowiedzialnością za Holocaust, trzeba naciągać rzeczywistość i manipulować źródłami.

Reagować możemy tylko w jeden sposób: robić solidne badania naukowe. Tylko prawda jest ciekawa, tylko ona ma jakikolwiek sens i tylko jej pokazywanie - zwłaszcza w języku angielskim - może przynieść efekt. Należy rzetelnie pokazywać, jak historia wyglądała naprawdę, a jak próbuje się nią manipulować. W 2019 r. ukazała się (tylko po polsku) książka prof. Bogdana Musiała, który opublikował dokumenty dotyczące systemu niemieckiego wobec Polaków i Żydów w czasie II wojny światowej. Ponad 70 lat po wojnie powstała pierwsza tego typu publikacja! Jest dużo do zrobienia i tu żadne uniwersytety czy Polskie Akademie Nauk (co widać ostatnio jak na dłoni) nic poważnego nie zdziałają. To może zrobić tylko IPN, którego likwidacji domaga się bez przerwy Jan Grabowski. Jak mówi stare adekwatne przysłowie, „na złodzieju czapka gore”.

Dziękuję za rozmowę. [JAG]

Echo Katolickie 8/2021

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Tu możesz nas wesprzeć

Darowizna

reklama

Pekao