Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl

Krzysztof Maria Byrski

HINDUTWA

Nie stawiajmy Indiom poprzeczki wyżej niż stawiamy ją sobie

Fala ataków na chrześcijan w Indiach wywołała zbiorowy protest tamtejszej społeczności chrześcijańskiej. 4 grudnia w całym kraju urządzono wiece, marsze, posty. Chrześcijanie stanowią dwa procent blisko miliardowej ludności Indii, wyznającej w większości hinduizm. Działacze i duchowni chrześcijańscy przypisują nasilenie się aktów przemocy wobec społeczności chrześcijan indyjskich agitacji nacjonalistów hinduskich.
W dniu protestu ulicami Delhi przemaszerowały cztery tysiące chrześcijan; przewodzili im katolicki arcybiskup New Delhi, Alan de Lastic, oraz duchowni protestanccy. Delegację protestujących przyjął premier Indii Atal Bihari Vajpayee. Premier obiecał publicznie potępić ataki na chrześcijan i zapowiedział, że rząd położy kres aktom przemocy. Niestety, w okolicach świąt Bożego Narodzenia przez stan Gudżarat przeszła następna fala ataków na chrześcijan i ich świątynie. Tłum podpalił m.in. salę modlitw; w czasie zamieszek obrażenia odniosły cztery zakonnice i dwaj księża. Władze podały, że w związku z tymi aktami przemocy policja zatrzymała 45 osób. Minister obrony Republiki Indii, George Fernandes, powiedział, że uważa ataki na chrześcijan za wielkie zagrożenie dla porządku konstytucyjnego państwa. AS

Co się dzieje w Indiach? Kraj wielkich kontrastów zaczyna wydawać groźne pomruki nietolerancji, szowinizmu i ksenofobii. Ostatnio zbulwersowały opinię publiczną w Polsce wiadomości o gwałtach dokonanych na zakonnicach katolickich i o innych aktach przemocy wobec tamtejszych chrześcijan.

"USUNĄĆ MISJONARZY"

Przywódcy fundamentalistycznych organizacji hinduskich, tacy jak A. Giriraj Kishore, przewodniczący Światowego Komitetu Hindusów (Viśwa Hindu Pariszad), nie mówiąc już o lokalnych przywódcach tej formacji, próbują szukać usprawiedliwienia dla takich zachowań. Kishore powiedział we wrześniu, że należy usunąć misjonarzy chrześcijańskich z Indii, ponieważ nawracają siłą ludność hinduską. Dużo poważniejszy zarzut wysunął on pod adresem chrześcijan - głównie baptystów - z prowincji północno-wschodnich (np. z Nagalandu), obarczając ich winą za niepokoje społeczne i polityczne, tj. przede wszystkim za podsycanie tendencji separatystycznych w tym regionie. Organizacje tam działające nazwał antyhinduskimi. Pojawiające się w tym kontekście pomówienia o obcość, o stosowanie zachęt materialnych w pracy misyjnej, a nawet o przemoc w stosunku do hindusów nabierają szczególnie groźnego wydźwięku w sytuacji politycznej, jaka ukształtowała się w Indiach po ostatnich wyborach. Wygrała je Indyjska Partia Ludowa (Bharatija Dźanta Party), mająca opinię ugrupowania o bardzo mocno nacjonalistycznym zabarwieniu. To między innymi i z tą partią łączy się wydarzenie, które odbiło się szerokim echem w świecie, a mianowicie zburzenie sześć lat temu nieużywanego, zabytkowego meczetu Babura (XV w. po Chr.) w Ajodhji.

Zaniepokojeni ostatnimi wydarzeniami katolicy indyjscy zorganizowali 3 października 1998 roku w Delhi wielotysięczną manifestację, przekazując na zakończenie prezydentowi i premierowi Indii petycję, w której ostro potępili wszystkie niedawne ataki na chrześcijan w wielu stanach. Z kolei arcybiskup Delhi Alan de Lastic udał się na czele delegacji indyjskich chrześcijan do ministra spraw wewnętrznych L. K. Advaniego, skądinąd najważniejszego przywódcy Indyjskiej Partii Ludowej, na którego ręce złożył protest, równocześnie informując go o wielu innych przypadkach napaści na chrześcijan przez aktywistów zarówno wspomnianego Światowego Komitetu Hindusów, jak i innych, jeszcze bardziej radykalnych organizacji, takich jak Zgromadzenie Samopomocy Narodowej (Rasztrija Swajamsewak Sangh), czy Grupa (boga) Hanumana (Badźrang Dal). I tak na przykład w stanie Uttar Pradeś obrabowano misję katolicką, w Delhi zbezczeszczono figury świętych, w Bengalu Zachodnim splądrowano klasztor w miejscowości Bandel, a w miejscowości Dźhabua w stanie Madhja Pradeś dokonano gwałtu na czterech zakonnicach. W obliczu tych wydarzeń sekretarz generalny Ogólnoindyjskiego Związku Katolików John Dayal zażądał, by premier Indii Atal Bihari Vajpayee potępił tego rodzaju postawy reprezentantów Rodziny Zgromadzenia Samopomocy Narodowej, jak potocznie określa się zbiorczo te formacje w Indiach (Sangh Pariwar). Zwłaszcza że wiceprzewodniczący partii rządzącej poparł stanowisko przewodniczącego Światowego Komitetu Hindusów, stwierdzając: misjonarzy nie powinno się wpuszczać do Indii. Nie muszą tu przyjeżdżać - powiedział - nikt nie chce ich pieniędzy.

W OBRONIE TOLERANCJI

Indyjskie media nagłaśniają te wydarzenia i dzięki niezależnej opinii publicznej niezwłocznie pojawia się reakcja. Natychmiast głos zabrała będąca w opozycji Partia Kongresowa. Jej rzecznik, pani Girija Vyas, przypomniała, że w Indiach od bardzo dawna przedstawiciele różnych religii potrafili harmonijnie współżyć ze sobą, a tego rodzaju wystąpienia pokazują faszystowski charakter wspomnianej Rodziny Zgromadzenia Samopomocy Narodowej, grupującej się wokół hasła "hindutwa", czyli “hinduskość". Politycznego potępienia antychrześcijańskie działania doczekały się także ze strony bardzo wpływowego przywódcy politycznego stanu Tamilnad w Indiach Południowych, pani Jayalalithy. Zresztą sam minister Advani i rzecznik jego partii V. Naidu zdystansowali się wobec niektórych przedstawicieli środowisk nacjonalistycznych. Stanowisko to Advani podtrzymał w rozmowie z Ambasadorem RP w Indiach Krzysztofem Mroziewiczem. Zapewnił go, że rząd Indii podejmuje stosowne kroki, by ukarać winnych i by zapobiec podobnym gwałtom w przyszłości.

Znam osobiście L. K. Advaniego, obecnego premiera A. B. Vajpayeego i obecnego prezydenta Indii dra K. R. Narayanana i nie wątpię, że najwyższe władze tego kraju zajmą właściwe stanowisko w tej sprawie, wyrażające opinię światłych kręgów społeczeństwa indyjskiego. Jest wiele organizacji pozarządowych, które w Indiach bardzo uważnie śledzą wszystko, co się w dziedzinie praw człowieka dzieje. Wiele dobrego robią tu organizacje kobiece, jak również organizacje parateatralne, takie jak Niśant Natja Mańć, które organizują przedstawienia uliczne (ostatnio w Gudżeracie) połączone z rodzajem debat publicznych, w których właśnie porusza się takie zagadnienia, jak coraz częstsze pojawianie się postaw fundamentalistycznych.

Choć tego typu wydarzenia muszą zawsze budzić niepokój, to trzeba z naciskiem podkreślić, że Indie reagują na nie tak jak każdy kraj, w którym demokracja i wolność słowa pozwalają opinii publicznej piętnować je i pilnować, by władza odpowiednio reagowała.

A jednak dotąd raczej nie było słychać o prześladowaniach chrześcijan w Indiach i w dodatku opinia publiczna w Polsce zwykła była traktować społeczeństwo indyjskie jako niezwykle tolerancyjne i spokojne. Tymczasem społeczeństwo indyjskie jest równie krewkie i pobudliwe oraz skore do waśni jak społeczeństwa europejskie. Dosyć wcześnie też autorytety moralne tego społeczeństwa zauważyły tę jego cechę i wypowiedziały jej zdecydowaną walkę. Otwiera tę listę książę Siddhartha zwany Buddą, a zamyka ją Mahatma Gandhi. Miłujące pokój i żyjące w zgodzie społeczeństwa nie potrzebują ciągłych nawoływań do nie czynienia gwałtu, do kultywowania ahimsy. Najnowsza historia nie była i nie jest wolna od przemocy. Wystarczy przypomnieć tu waśnie między hindusami i muzułmanami w latach 1946-47, gdy dokonano podziału Indii Brytyjskich na Republikę Indii i Republikę Pakistanu. Dalej - tragiczne wydarzenia na przełomie lat 1982 i 1983, kiedy to w rezultacie szturmu na Złotą Świątynię sikhów w Pendżabie zginęło bardzo wiele osób, a urażona desakralizacją najświętszego przybytku duma bitnych potomków Guru Nanaka, założyciela tego wyznania, doprowadziła do zastrzelenia ówczesnego premiera Indii, pani Gandhi, przez jej własną ochronę złożoną z sikhów i do wywołanej tym fali pogromów mniejszości sikhijskiej, szczególnie okrutnych w samym Delhi. Nie koniec na tym. W 1992 roku, w rezultacie wspomnianego już zburzenia meczetu Babura w Ajodhji, w Bombaju doszło do krwawych zamieszek między muzułmanami i hindusami. Jeśli jednak ktoś przypomniawszy sobie te fakty zechce powiedzieć: no właśnie, oto krwiożerczy hindusi ostrzą sobie teraz zęby na chrześcijan, to niech raczy pamiętać, że Indie to kraj wielkości Europy i niech dokona rachunku swego europejskiego sumienia, choćby tylko za lata powojenne, nie wspominając już koszmaru brunatnych i czerwonych zbrodni wojennych. Nie znaczy to, że nie należy reagować na gwałt i przemoc w Indiach. Apelowałbym tylko, by nie czynić tego z poczuciem wyższości, bo do niego nie mamy prawa. Tym bardziej, że wtedy, gdy ginęli sami hindusi czy indyjscy muzułmanie lub sikhowie nasza opinia raczej nie była specjalnie poruszona. Ot, tłuką się jacyś obcy w dalekim kraju! Dobrze będzie, jeżeli uzmysłowimy sobie, że Indusi o naszych europejskich waśniach myślą w podobnych kategoriach.

Nie powinniśmy więc stawiać Indiom poprzeczki wyżej niż stawiamy ją sobie. Nie powinniśmy także traktować tego wielkiego i ważnego kraju i jego cywilizacji z paternalizmem tak czytelnym z okazji niedawnych indyjskich eksperymentów z bronią jądrową. Co wolno Amerykanom, Rosjanom, Francuzom czy Chińczykom, od tego Indusom wara! Spróbujmy potraktować indyjską rzeczywistość podobnie jak traktujemy naszą własną i spróbujmy spokojnie odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego akurat teraz pojawiła się idea "hinduskości" (hindutwy) i dlaczego zaczyna ona być aktywnym elementem polityki wewnętrznej w Indiach.

"HINDUTWA" A "ITIHASA"

W październiku 1993 roku w Benaresie na terenie liceum im. Udaja Pratapa Swajattaśasiego odbyła się III Narodowa Sesja Ogólnoindyjskiego Przedsięwzięcia Kompilowania Historii (Akhil Bharatija Itihas Samkalan Jodźna). Za projektem tym stoi Zgromadzenie Samopomocy Narodowej (RSS), a błogosławieństwa politycznego udziela mu oczywiście rządząca obecnie Indyjska Partia Ludowa (BJP), która w owym czasie sprawowała rządy w stanie Uttar Pradeś, gdzie znajduje się Benares. Zaproszenie do udziału w sesji otrzymałem od swego benareskiego znajomego dra Varmy, który w latach 60., gdy tam studiowałem, był asystentem w zakładzie historii Indii Kolegium Indologicznego Uniwersytetu w Benaresie. Zaproszenie przyjąłem z entuzjazmem, choć nie bez pewnych obaw związanych właśnie ze zdecydowanie nacjonalistycznym kontekstem politycznym tego przedsięwzięcia. Jako ambasador RP uważałem jednak, że powinienem utrzymywać dobre stosunki ze wszystkimi liczącymi się kręgami politycznymi. Jak się okazało, zresztą już po moim wyjeździe z Indii, miałem rację. Indyjska Partia Ludowa zdobyła władzę w Delhi!

W moim najgłębszym przekonaniu tak indyjski nacjonalizm, jak i żywiący ten nacjonalizm sposób traktowania historii Indusi zapożyczyli z Europy. Prawda, że indyjscy nacjonaliści odrzucają opis historii Indii dokonany przez zachodnich uczonych i ich indyjskich uczniów, ale dotyczy to samego opisu, a nie podejścia do historii!

Indyjskie słowo używane na określenie historii brzmi: itihasa i dosłownie znaczy "tak właśnie było". Warto jednak zdać sobie sprawę z tego, że podróżując z Europy do Indii i z powrotem, za każdym razem zanurzamy się w czasie inaczej odczuwanym. Bowiem z linearnego, europejskiego poczucia czasu, w którym upływa bezpowrotnie nasze jedyne życie od momentu narodzin aż do śmierci, przenosimy się do czasu układającego się w koncentryczne kręgi, w których upływa egzystencja indywidualnej ludzkiej świadomości pojawiającej się na świecie w niezliczonych życiach, aż po ostateczne wyzwolenie. Jednym słowem, przenosimy się z historii ludzi dysponujących jednym życiem do historii ludzi dysponujących wieloma, bardzo wieloma życiami.

Europejska fascynacja linearnie upływającym czasem jest właściwie nie do pogodzenia z hinduską wiarą, że każdy przeżywa historię wielokrotnie. I chociaż to, jak przeżyliśmy życie poprzednie, determinuje charakter życia następnego, to wiedza o tamtym życiu do niczego nie jest nam potrzebna, bo i tak dylematy obecnego życia musimy rozwiązywać na nowo, podejmując ciągle takie same ryzyko. Na tym przecież polega doświadczenie reinkarnacji, które w rezultacie niezliczonych trafnych wyborów doprowadzi nas wreszcie do wyzwolenia. W tej perspektywie tu i teraz staje się punktem centralnym, a czas nabiera charakteru koncentrycznie rozchodzących się od niego kręgów.

ZA RAMĄ, PRZECIW RAWANIE

Przy takim rozumieniu czasu przeszłość i przyszłość zdają się mieć tę samą wartość. Najważniejsze jest to, co teraz, i po której stronie jest prawda, a po której fałsz. W kategoriach tradycyjnie po indyjsku rozumianej historii, czyli w kategoriach itihasy ważne jest, by opowiedzieć się po stronie Ramy i przeciw Rawanie ("Ramajana") lub po stronie Pandawów przeciw Kaurawom ("Mahabharata"). Obie te epopeje do dziś są uznawane przez większość wyznawców hinduizmu za adekwatną i trafną diagnozę ludzkiej kondycji. Obie są itihasami par excellence. Zapewne dlatego nawet o kłótni w sąsiedztwie mówi się, że dzieje się tam mahabharata. Nic więc dziwnego, że przy takim rozumieniu historii przeszłość nie kładła się zbyt ponurym cieniem na teraźniejszości. Nawet najazdy muzułmańskie i nie zawsze łagodne obchodzenie się władców muzułmańskich z hinduskimi poddanymi nie zostawiły w historycznej pamięci hindusów goryczy czy chęci odwetu. Tak było do momentu, w którym Europejczycy zaczęli sami tworzyć historię Indii i przekonywać do tak pojmowanej historii Indusów. Lekcja nie poszła w las!

To właśnie zgromadzeni w Benaresie aktywiści Ogólnoindyjskiego Przedsięwzięcia Kompilacji Historii okazali się najpilniejszymi uczniami Europejczyków. I nie dziwi wcale, że najpierw został zaatakowany opis historii, jaki stworzyli europejscy mentorzy, krytykowany za stronniczość i brak zrozumienia indyjskiej specyfiki. Mniej ważne w tej chwili jest to, czy Indusi mają rację w podważaniu poszczególnych tez wysuwanych przez europejskich badaczy historii Indii. Najważniejsze, że akceptują oni linearny sposób traktowania historii i uważają, że trzeba się z tak pojmowaną historią rozliczać. A ponieważ często w sposób ewidentny nie mają racji podważając europejską interpretację swoich dziejów, dlatego tym groźniej brzmią niektóre propozycje najbardziej ekstremalnie nastawionych nacjonalistycznych interpretatorów. Do takich tez można zaliczyć twierdzenie o obcości żywiołu muzułmańskiego w Indiach, co, mając na uwadze ponad tysiącletnią obecność muzułmanów na Półwyspie, musi brzmieć przerażająco, tak jak przerażająco brzmi podobna teza dotycząca obcości żywiołu żydowskiego w Polsce czy w Europie. Nie przypadkowo więc jeden z przywódców indyjskiej Partii Ludowej dr Murli Manohar Joshi próbując uzasadnić zburzenie meczetu Babura powoływał się na przykład Polski i na zburzenie cerkwi prawosławnej na Placu Piłsudskiego w Warszawie. W rozmowie z nim próbowałem dowodzić, że odległość w czasie ma zasadnicze znaczenie. W Polsce miało to miejsce w kilka lat po odejściu Rosjan - w Indiach prawie pięćset lat po podboju przez Wielkich Mogołów. Ale straciłem przekonanie do dalszej dyskusji, gdy uzmysłowiłem sobie, że zarówno Niemcy jak i Rosjanie niszczyli synagogi czy kościoły niekiedy równie stare jak ów meczet. To właśnie wtedy zrozumiałem, że hindusi przyswajają sobie niestety również i tę najmniej pożądaną metodę zaprzęgania historii do załatwiania rozmaitych aktualnych porachunków politycznych.

Uproszczone rozumienie dziejów statystycznie najbardziej powszechne skłania się do wypełniania zachodniego schematu niesprawdzonymi twierdzeniami, na ogół całkowicie fantastycznymi, ale przeważnie nastawionymi na gloryfikację przeszłości i na wskazywanie mniej lub bardziej wyimaginowanych winowajców późniejszego upadku, wśród których na czoło wysuwają się muzułmanie, a zaraz potem inni obcy - Amerykanie jako dziedzice wszystkich najgorszych cech Anglików, jak również - ostatnio coraz częściej - chrześcijanie. Sprzyja to powstawaniu atmosfery, której nietrudno o wskazanie przysłowiowego kozła ofiarnego.

Autor jest profesorem orientalistyki i tłumaczem; w I poł. lat 90. był ambasadorem RP w Republice Indii.


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: misje Indie hinduizm przemoc gwałt zakonnica misjonarz Hindutwa nacjonaliści hinduscy Delhi Siddhartha Ramajana