Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl


Bóg chce naszego dobra

GU

Narodziłam się na nowo

Stopniowo zaczęła rozpraszać się mgła sprzed moich oczu... Choroba, która mnie dotknęła, dała mi bardzo dużo czasu na modlitwę - rozmowę z Maryją, Jezusem i św. Janem Pawłem II. I ta żywa więź odmieniła moje życie - zaznacza pani Lidka.

Niezależnie od tego, co się nam przydarza, za wszystko trzeba dziękować Bogu i wytrwale dźwigać swój krzyż. Tylko wtedy, kiedy będziemy wdzięczni, pokorni oraz w pełni ufni, możemy liczyć na pomoc - przekonuje moja rozmówczyni na wstępie. - To niełatwe. Dla mnie też takie było. Dziś jednak wiem, że doskonały jest jedynie Pan Bóg i Jego plan wobec nas. I wszystko dzieje się według Jego woli. To, co jest w życiu najważniejsze, to poddanie się jej, posłuszeństwo oraz głęboka wiara w Bożą wszechmoc, dobroć i miłosierdzie - wyjaśnia.

Uczę się chodzić na nowo

Parafianka siedleckiej wspólnoty pw. św. Jana Pawła II zapytana o to, jak dziś wygląda jej życie, bez wahania odpowiada, że uczy się na nowo chodzić... za Jezusem. - Czego pragnie człowiek? Jeszcze niedawno powiedziałabym - jak większość - miłości, szczęścia, zdrowia, pieniędzy. Na co dzień musimy przecież dbać o rodzinę, pracę, kulturę, rozwój. Poświęcamy też trochę czasu na naszą duchowość, chodząc na Msze św., pielgrzymując do sanktuariów, odmawiając modlitwy - szczególnie w chwilach niepowodzeń życiowych. Ludzie w różny sposób podchodzą do wiary. Niektórzy żywo angażują się w życie Kościoła. Innym wystarczy codzienny pacierz i Eucharystia raz w tygodniu. Są i tacy, którzy zapominają nawet o tym, bo przecież są ważniejsze sprawy. Do której grupy należałam wcześniej? Byłam chyba pośrodku. Modliłam się, choć czasem, w natłoku przyziemnych spraw, w biegu. Dziś myślę i patrzę na wszystko inaczej. Nie mam poczucia pośpiechu. Dziś jest silna potrzeba serca, aby w skrytości wielbić dobrego Boga. Ale to wszystko wymagało czasu i pewnego doświadczenia - zauważa pani Lidka.

Zwróć oczy do Boga

Z radością rozpoczynała pracę w nowej firmie. Obiecała szefowi, że włoży w nią całe serce. Wczytywała się więc w dokumenty, tworzyła plany na kolejne dni, rozdzielając sprawy pilne od mniej ważnych. - Moja radość nie trwała zbyt długo. Zakres obowiązków był bardzo duży i żeby wszystkiemu podołać, zostawałam po godzinach albo zabierałam część pracy do domu. Skończyły się szczęśliwe chwile z rodziną, bo zwyczajnie brakowało mi na nią czasu. Łudziłam się, że wszystko się unormuje. Lecz czas płynął, a obowiązków nie ubywało. Nie dosypiałam, byłam przemęczona, ale nie poddawałam się - rozpamiętuje pani Lidka, opisując: - Zależało mi również na dobrych relacjach ze współpracownikami. Z domu rodzinnego wyniosłam wiarę, kulturę i szacunek do ludzi, lecz nie zawsze to samo otrzymywałam od innych... Bywały dni, gdy wracałam do domu ze łzami w oczach. Bolało mnie, że nie mam już czasu dla najbliższych, dla Boga, bo po prostu zasypiam z przemęczenia, wypowiedziawszy zaledwie kilka słów modlitwy.

Gdy syn pani Lidki zachorował, przez dwa tygodnie nocami czuwała w szpitalu przy jego łóżku. - Rano zmieniał mnie mąż, ja brałam prysznic, szykowałam starszego syna do szkoły i biegłam do pracy. Byliśmy daleko od rodziny i sami wśród ludzi, a potrzebowaliśmy pomocy. Wówczas, w sposób zaskakujący i niespodziewany, przyszła odpowiedź - idź ze wszystkim do Boga, On pomoże. Zaczęłam rozumieć, że kościół to nie jest strata czasu, bo właśnie tam się wyciszam i nabieram sił - wspomina.

- Dostałam przeniesienie służbowe. Nowe obowiązki, nowi współpracownicy, a wraz z nimi - trudne relacje. Gdy inni mi dokuczali, zaczęła odpłacać tym samym - przyznaje, jednocześnie wyjaśniając, że wtedy po raz kolejny zwróciła swoje oczy do Boga: - Dobry Ojciec nigdy mnie nie zostawił, tylko ja nie zawsze o Nim pamiętałam. Było mi wstyd, że dopiero „jak trwoga, to do Boga”. Zaczęłam szczerze modlić się za tych, którzy mi źle życzą. To przyniosło uspokojenie. Byłam zadowolona z nowej sytuacji, podziękowałam Bogu za pomoc, ale niewiele zmieniłam w swoim życiu. Aż przyszła niespodziewana choroba.

Czas próby...

Był koniec lutego 2012 r. Zaczęło się niewinnie, od bólu szyi i barku. - Myślałam, że może gdzieś mnie „zawiało”. Dolegliwości, które brałam za przeziębienie, pogłębiały się, przechodząc w silny ból lewego barku, ręki i drętwienie palców. Zaczęły pojawiać się problemy ze zmianą pozycji. Coraz ciężej było się schylić czy podnieść. Rezonans wykazał przepukliny na poziomie C3-C4, C5-C6, C6-C7 i dyskopatie. Jedynym ratunkiem miał być szpital - przedstawia swoją historię pani Lidka.

- Zastosowano bardzo silne leczenie. Byłam wymęczona bólem i terapią. I załamana, że po raz pierwszy spędzę Święta Wielkanocne w szpitalu, a nie w domu, z najbliższymi. Przypomniałam sobie o modlitwie. Stopniowo zaczęła się rozpraszać mgła sprzed moich oczu... - ocenia, wspominając: - Rankiem, 8 kwietnia, doświadczyłam czegoś absolutnie niezwykłego. Naprzeciwko mojego łóżka, na ścianie, wisiał krzyż. Modląc się, cały czas parzyłam na niego. W pewnym momencie zamiast krzyża zobaczyłam postać Jezusa Miłosiernego. Tajemnicza siła wyrwała mnie z łóżka i kazała iść przez korytarz na kolanach. Nie mogłam tego opanować. Ogarnął mnie niesamowity spokój, błogość i wielka miłość do wszystkich ludzi. Nie pamiętam, co wówczas mówiłam, ale na pewno wysławiałam Boga. Przeniesiono mnie na oddział intensywnej terapii i podano dużą dawkę relanium. Następnego dnia odwiedził mnie psychiatra. Pytał, czy słyszę jakieś dziwne, pozaziemskie głosy... Skłamałam, że niczego nie pamiętam. W wypisie szpitalnym zanotowano m.in., że wystąpiły u mnie ostre zaburzenia psychotyczne, prawdopodobnie polekowe. Ja jednak wiem, że to działo się naprawdę.

- Po intensywnych rehabilitacjach nastąpiła poprawa, ale na krótko. Powróciły dawne dolegliwości. Ból szyi i barku oraz drętwienia zaostrzyły się. Doszły do tego jeszcze na zmianę - ciężkość i osłabienie kończyn, mdłości, zawroty głowy z bardzo silnym bólem. Musiałam się wycofać z życia zawodowego. Ortopedzi zgodnie twierdzili, że w trybie pilnym trzeba przeprowadzić operację kręgosłupa. W przeciwnym razie grozi mi niedowład i paraliż czterokończynowy. Ja jednak miałam głębokie przeświadczenie, że wszystko będzie dobrze. Przekładałam więc kolejne terminy zabiegu... - wspomina.

... i czas łaski

- Choroba nasiliła się. W kwietniu 2014 r., po krótkim pobycie w szpitalu, odwieziono mnie do domu karetką - na noszach. Rodzina była zrozpaczona, niektórzy mieli mi za złe, że nie chcę poddać się zabiegowi. To był bardzo trudny czas zarówno dla mnie, jak i najbliższych. Mąż musiał przejąć wszystkie domowe obowiązki i jeszcze mnie pielęgnować - opisuje moja rozmówczyni, tłumacząc: - Byłam przykuta do łóżka. Jedyną rzeczą, którą mogłam wówczas robić bez granic, była modlitwa. Codziennie żarliwie odmawiałam wszystkie tajemnice Różańca. Zasypiałam i budziłam się z paciorkami w ręku. Choroba dała mi dużo czasu na modlitwę - rozmowę z Maryją, Jezusem i św. Janem Pawłem II. I ta żywa więź odmieniła moje życie!

Ostateczny termin operacji został wyznaczony na połowę sierpnia. - Dziwne, ale zaczęłam godzić się ze wszystkim. Zdałam sobie sprawę, że jestem ciężarem - wspomina pani Lidka, opowiadając: - Była pierwsza sobota sierpnia. Nastawiłam sobie nagrywanie Mszy św. z krakowskich Łagiewnik, aby na drugi dzień, w czasie, gdy moja rodzina będzie w kościele, móc sobie ją odtworzyć i duchowo razem z nimi ją przeżywać. W niedzielę zaczęłam szukać nagrania. Kiedy stwierdziłam, że nabożeństwo się nie nagrało, zapłakałam, pytając: „Boże i co ja teraz zrobię, kiedy nawet pójść do Ciebie nie mogę...?”.

- Następnego dnia, tuż po przebudzeniu, odniosłam wrażenie ciepła i niesamowitej lekkości. Takiego cudownego uczucia już kiedyś doświadczyłam - podczas wizyty Papieża Polaka w Siedlcach w roku 1999. To samo poczułam właśnie wtedy - pani Lidka wraca pamięcią do wydarzeń z 3 sierpnia 2015 r., uzupełniając myśl stwierdzeniem, że owa „lekkość” była naprawdę czymś dziwnym. - Od ponad roku byłam jakby zesztywniała. Tym razem poczułam, że nogi są swobodne. Jeszcze poprzedniego dnia, żeby usiąść, musiałam mieć na szyi kołnierz ortopedyczny, który utrzymywał i stabilizował głowę. Tymczasem swobodnie usiadłam na łóżku, po czym wstałam. Na drżących, chwiejących się nogach doszłam do przedpokoju. Co to było za szczęście!

- Lidziu, ty chodzisz! - krzyczał radośnie mąż: - Nie mówiłem ci, ale wczoraj w kościele patrzyłem w oczy św. Jana Pawła II i błagałem, żeby ci pomógł. Ojciec Święty wysłuchał naszych modlitw!

W pokorze i niskości swej...

- Bóg chce naszego dobra. Czasami ciężko nas doświadcza, ale tylko po to, byśmy mogli odkryć prawdziwą pełnię życia - zapewnia dzisiaj, dodając: - To cud, że znowu zaczęłam chodzić. Każdego dnia dziękuję Bogu i świętemu patronowi za tę łaskę. Dziękuję też Panu za wytrwałość i wielką miłość mojego męża, synów i bliskich. Miałam 46 lat, gdy został zburzony we mnie stary człowiek. Dziś wielbię Boga, jak potrafię, starając się służyć Mu w pokorze. I opowiadam, czego doświadczyłam. Dziękuję Ci, Boże, za naszą nową wspólnotę pw. św. Jana Pawła II. Wraz z jej powstaniem ja i wiele innych osób narodziło się na nowo w Tobie...

GU
Echo Katolickie 12/2016


opr. ab/ab



 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: choroba Jan Paweł II uzdrowienie miłosierdzie Boże kręgosłup świadecwto