Czego chcą i czego nie chcą Polacy?

Awantura wokół kwestii aborcji, jaką wszczęły posłanki Lewicy, nie wpłynęła dodatnio na wynik tej partii w wyborach samorządowych. Wręcz przeciwnie. To dobry przykład, że Polacy nie premiują budowania polityki na aborcyjnych hasłach – pisze Piotr Semka w powyborczym felietonie.

To było tak niedawno... Jeszcze miesiąc temu Lewica była przekonana, że temat aborcji podkręci jej notowania w wyborach samorządowych. 7 marca br. Anita Sowińska, wiceminister środowiska przemawiając na przedwyborczym wiecu Lewicy w Radomiu mówiła: „Politycy próbują nam wmówić, że temat praw kobiet to nie jest temat na wybory samorządowe. Twierdzą, że można o nich porozmawiać później, ponieważ są ważniejsze sprawy, że trzeba budować drogi. Mówią, że w tej sprawie trzeba przeprowadzić konsultacje, zorganizować okrągły stół. Nie, mamy dosyć! Jutro będzie futro, panie Hołownia.

Nazwisko marszałka sejmu padło wówczas nieprzypadkowo. Posłanki Lewicy rozkręciły wielką awanturę wokół przełożenia przez marszałka Sejmu daty dyskusji sejmowej o przyjęciu projektów proaborcyjnych pod obrady komisji sejmowych. Z tego manewru politycznego feministki uczyniły jakąś polityczną mega-zbrodnię. Jaki był rezultat tego proaborcyjnego zapału kandydatek od Włodzimierza Czarzastego i Adriana Zandberga? Oto lewica dostała w wyborach 2024 roku fatalny wynik 6,32 procent. Jeszcze pół roku w październiku 2023 roku w wyborach do Sejmu formacja ta dostała 8,61 procent. Także z chęcią podejmująca temat aborcji kandydatka na prezydenta Warszawy Magdalena Biejat wbrew nadziejom swoich koleżanek nie dotarła nawet do drugiej tury – już w pierwszej wygrał Rafał Trzaskowski, a za nim był Tobiasz Bocheński z PiS. Jak najgorsze wrażenie robił plakat Magdaleny Biejat, która pokazywała wyborcom czerwone ręce. Klęska Lewicy, która poległa na aborcyjnym pomyśle na kampanię to dobry przykład, że Polacy nie premiują budowania polityki na aborcyjnych hasłach. Dla osób wierzących to krzepiący dowód, że społeczeństwo nasze wciąż jeszcze zachowuje szacunek dla ludzkiego życia. Krzysztof Gawkowski, lewicowy wicepremier w rządzie Donalda Tuska w porywie rozgoryczenia przyznał w jednym z wywiadów, że: „Sprawy kobiet i aborcji nie mobilizują elektoratu lewicy i trzeba jeszcze dodawać kolejne cegiełki”. Chciałbym się mylić, ale obawiam się, że trzeźwa refleksja Krzysztofa Gawkowskiego nie odbije się zbyt głośnym echem wśród feministek. Dla nich obsesja aborcyjna to istota politycznego działania. Nawet zderzając się z faktami – wytłumaczą sobie jakoś ten dysonans poznawczy. Choćby przez stwierdzenie, że trzeba jeszcze mocniej uświadamiać kobiety. No cóż. To ich sprawa. Póki co mogliśmy stwierdzić, że mity o rzekomej sile ruchu czarnych parasolek to jak na razie zręcznie wylansowana pijarowska legenda.

 

« 1 »

reklama

reklama

reklama

reklama