Aborcja coraz częściej przedstawiana jest nie jako dramatyczna decyzja, lecz jako zwyczajna usługa, którą można sfinansować, odebrać z automatu, a nawet promować za pomocą gadżetów. Tyle że za tą „ofertą” nie stoi zwykły produkt, ale ludzkie życie.
Najpierw były „czarne marsze”, hasła o wolności kobiet czy wyznania celebrytek przekonujących, że aborcja jest oznaką rozsądku w sytuacji, gdy na trzecie dziecko ma się... za małe mieszkanie. W maju Aborcyjny Dream Team opublikował nagranie, w którym opisał, jak pomógł parze w „usunięciu jednego z bliźniąt”, bo dwójka dzieci nie mieściła się w planach rodziców. Teraz mamy „abortomat”, z którego można odebrać tabletki poronne, oraz polityków publicznie finansujących zabicie dziecka i pozujących z pamiątkowymi bluzami. Promocja aborcji sięga kolejnych granic.
Śmierć z kodem odbioru
Najbardziej uderzająca jest zmiana języka. Wokół aborcji buduje się przekaz, który ma pozbawić ją ciężaru moralnego. Nie mówi się o dziecku, lecz o „zlepku komórek”. Nie o śmierci, ale o „przerwaniu ciąży”. Nie o trudnej sytuacji kobiety, lecz o „dostępie do usługi”. Wszystko po to, by aborcja była odbierana jako zwykła usługa, świadczenie, a nie decyzja, której skutkiem jest śmierć nienarodzonego dziecka.
„Abortomat”, za którym stoją Women Help Women i Aborcyjny Dream Team, jest tego szczególnie wyrazistym przykładem. Działa w miejscu pn. „Abotak” – jakby sama nazwa miała zamykać dyskusję, zanim w ogóle padnie pytanie, czy można powiedzieć: „abo nie”.
Automat kojarzy się przecież z czymś prostym, szybkim i bezobsługowym: wybierasz produkt, wpisujesz kod i otwierasz skrytkę. Nie trzeba z nikim rozmawiać, niczego tłumaczyć ani mierzyć się z konsekwencjami wyboru. Cała procedura zostaje sprowadzona do kilku czynności. Tyle że ze skrytki nie odbiera się zwykłej przesyłki. Znajdują się w niej środki, które mają doprowadzić do zakończenia życia rozwijającego się dziecka.
I właśnie w tym tkwi najbardziej wymowny paradoks „abortomatu”: im bardziej przypomina zwykły paczkomat, tym łatwiej przeoczyć, co właściwie jest jego zawartością.
„Wpadnij, opłać, odbierz bluzę”
Granice przesuwają się jednak dalej. Pod koniec września Aborcyjny Dream Team obchodził absurdalne „święto” – Dzień Bezpiecznej Aborcji. Organizacja poinformowała, że tego dnia każdy mógł przyjść do jej siedziby, opłacić aborcję farmakologiczną dla innej kobiety i w gratisie otrzymać za to bluzę z hasłem: „I support women's rights and women's wrong” („Wspieram prawa kobiet i błędy kobiet”). Z tej promocji skorzystała Magdalena Biejat, wicemarszałek senatu z Lewicy, czym z uśmiechem na ustach pochwaliła się w mediach społecznościowych.
„Wpadnij, opłać, odbierz bluzę” – brzmi jak oferta zakupu koszulki na koncert, a nie jak decyzja dotycząca ludzkiego życia. Wszystko podane lekko, kolorowo... I właśnie ta lekkość jest najbardziej niepokojąca, ponieważ za wspomnianą wpłatą znajdują się konkretna kobieta i konkretne dziecko. Jest też decyzja, której nie można cofnąć, oraz człowiek, który nie dostanie żadnej drugiej szansy.
Nie promocji, lecz pomocy
Po drugiej stronie tej kolorowej „kampanii” jest matka, która często przeżywa dramat: lęk, samotność, presję, problemy finansowe albo chorobę. Potrzebuje realnej pomocy – to jest właśnie solidarność, o której tyle mówią aktywistki – a nie pieniądze na aborcję. Potrzebuje kogoś, kto zostanie z nią, gdy sytuacja staje się trudna, i nie będzie przekonywał, że najprostszym sposobem na cierpienie jest zabicie tego, kto może cierpieć. Diagnoza o niepełnosprawności, nieuleczalnej chorobie nie odbiera bowiem dziecku człowieczeństwa i godności. Żadne rokowanie lekarzy nie jest wyrokiem, że jego życie jest niepotrzebne, mniej warte.
Owszem, można ubrać aborcję w kolorową bluzę, hasła i uśmiechnięte zdjęcia. Nie można jednak zmienić tego, czym jest jej skutek: śmiercią niewinnego człowieka.
Głos, którego nie usłyszymy
Ronald Reagan powiedział kiedyś: „Zauważyłem, że wszyscy, którzy popierają aborcję, zdążyli się już urodzić”. I rzeczywiście – w tej debacie dziecko nie ma rzecznika, nie ma głosu. Nie może wyjść na ulicę z transparentem, wystąpić przed kamerą i powiedzieć, że chce żyć. Łatwo więc zastąpić je statystyką, „zlepkiem komórek” czy medycznym przypadkiem.
Słowa mają tu znaczenie. „Przerwanie ciąży” brzmi inaczej niż „zakończenie życia”. „Tabletka” brzmi niewinnie, choć jej działanie ma doprowadzić do śmierci dziecka. Tzw. odpowiednie określenia mogą sprawić, że przestajemy dostrzegać człowieka, a widzimy jedynie problem do rozwiązania. A kiedy dziecko sprowadza się do samej „ciąży”, łatwiej uznać, że wystarczy po prostu ją zakończyć.
W ostatnich latach środowiska proaborcyjne dobrze opanowały język kampanii: proste hasła, symbole, muzyka, media społecznościowe, a nawet humor. Teraz do tego repertuaru dołącza kolejna akcja. 22 października na ulicach polskich miast, także w Siedlcach, ma pojawić się „Czerwona kartka za aborcję”. Organizatorzy chcą w ten sposób wyrazić sprzeciw wobec – jak twierdzą – braku realizacji obietnic dotyczących liberalizacji prawa aborcyjnego. Warto jednak pamiętać, że w całej tej dyskusji jest ktoś, kto nie może podnieść żadnej kartki, nie może powiedzieć: „Ja chcę żyć. Co ze mną?”. Tego pytania nie usłyszymy. Nie padnie z mównicy ani nie pojawi się w mediach społecznościowych. A jednak to ono powinno pozostać w centrum całej debaty.
3 PYTANIA do Katarzyny Gęsiak, dyrektor Centrum Prawa Medycznego i Bioetyki Ordo Iuris
Jak to możliwe, że w kraju, w którym aborcja jest nielegalna, staje – w dodatku tuż obok Sejmu RP – „abortomat” oferujący środki poronne?
Chociaż aktywistki aborcyjne chwalą się „skutecznym” obchodzeniem prawa, w rzeczywistości mamy do czynienia z przestępstwem pomocnictwa w aborcji (art. 152 § 2 kk). Sam „abortomat” jest urządzeniem i nie ponosi odpowiedzialności karnej, jednak jego funkcjonowanie wymaga szeregu działań podejmowanych przez ludzi i służących umożliwieniu dokonania aborcji. Chodzi m.in. o umieszczenie urządzenia w konkretnym lokalu, pokierowanie kobiety do odpowiedniego pomieszczenia, umieszczenie tabletek w skrytkach czy wysłanie kodu umożliwiającego ich otwarcie.
Należy przyjąć, że bez tego zestawu czynności dokonanie przez kobietę aborcji za pomocą tabletek dostępnych w „abortomacie” nie byłoby możliwe. Mimo to przestępstwo nie jest ścigane w sposób, którego wymaga prawo. Bierność organów ścigania można tłumaczyć jedynie względami politycznymi. Proaborcyjne poglądy członków obecnego rządu są jednoznacznie komunikowane i dobrze wszystkim znane.
Drugim głośnym przykładem jest wicemarszałek M. Biejat, która publicznie pochwaliła się opłaceniem aborcji w ramach akcji, w której darczyńcy otrzymywali w zamian bluzę. Czy promocja aborcji osiąga w ten sposób nowy poziom?
Różne formy publicznego poparcia dla nielegalnej pomocy w aborcji, czyli celowego zabicia nienarodzonego dziecka – które należy odróżnić od przerwania ciąży dopuszczanego w wyjątkowych sytuacjach przez polskie prawo – mogą być kwalifikowane jako pochwalanie przestępstwa, a więc wyrażanie aprobaty i pozytywnej oceny dla takiego czynu.
Jak już wspomniałam, udzielanie pomocy w dokonaniu aborcji to przestępstwo. Jest nim również – na mocy art. 255 § 3 kk – publiczne pochwalanie takiego czynu. Jeśli chodzi o samą wicemarszałek, jej działania w tej sprawie można kwalifikować zarówno jako pochwalanie przestępstwa, jak i jako samo przestępstwo pomocnictwa w aborcji (art. 152 § 2 kk). Zgodnie z orzecznictwem sądowym w ten sposób należy kwalifikować również opłacenie komuś aborcyjnego zabicia dziecka, czym w mediach społecznościowych chwaliła się wicemarszałek Biejat.
Przyznają Państwo, że zawiadomienia składane przez Ordo Iuris w sprawie nielegalnego podziemia aborcyjnego nieraz napotykają wyraźny opór organów ścigania. Z czego wynika ta bierność?
Myślę, że odpowiedź na to pytanie znajduje się już częściowo powyżej, ale warto ją rozwinąć. Powodem bierności prokuratury w tych sprawach jest polityka rządu, któremu organy ścigania są organizacyjnie podporządkowane. Innymi słowy – nie ma woli politycznej do ścigania tych przestępstw.
Obecny rząd jest silnie proaborcyjny, czego wielokrotnie dawał wyraz. Niestety problem ten sięga także czasów poprzednich rządzących, kiedy również napotykaliśmy opór przed ściganiem aktywistek aborcyjnych, które nielegalnie pomagały w dokonywaniu aborcji.
Pamiętać trzeba, że temat aborcji jako taki jest problematyczny dla polityków. Potwierdził to niedawno były premier Mateusz Morawiecki, wspominając w jednym z wywiadów, że negatywnie oceniał pomysł zajęcia się tematem aborcji eugenicznej, uznanej ostatecznie przez Trybunał Konstytucyjny w wyroku z 2020 r. za niezgodną z Konstytucją RP.
Podsumowując, można stwierdzić, że na drodze do ścigania nielegalnej aborcji w Polsce stoi polityka.
Źródło: Echo Katolickie 42/2026 / JKD