Szkoła publiczna nie jest szkołą „bez światopoglądu”. Uczy historii, filozofii, literatury, etyki, sztuki. Rozmawia o wartościach, odpowiedzialności, dobru i złu, wolności, godności człowieka. Dlaczego więc samo pytanie o religię miałoby być dla szkoły czymś podejrzanym? – pyta Tomasz Sypniewski, katecheta.
W polskiej debacie o religii w szkole zdanie „szkoła jest świecka” pojawia się niemal jak zaklęcie. Ma kończyć dyskusję. Skoro szkoła jest świecka, religii w niej być nie powinno. Proste?
Nie całkiem.
Warto więc posłuchać tego, co o laickości powiedział Leon XIV podczas swojej wizyty w Paryżu. Papież nie mówił o polskim systemie oświaty. Nie rozstrzygał polskiego sporu politycznego. Powiedział jednak coś, co warto przemyśleć także nad Wisłą.
„Właściwie pojmowana laickość nie polega zatem na wykluczaniu religii z przestrzeni publicznej czy z edukacji i wychowania, lecz na dążeniu do tego, aby państwo i instytucje religijne prowadziły ze sobą dialog i łączyły siły w służbie dobru wspólnemu, aby świat miał życie”.
To zdanie jest interesujące właśnie dlatego, że odwraca perspektywę.
Świecka nie znaczy bezstronna
Laickość nie musi oznaczać pustej przestrzeni, z której usunięto wszystko, co religijne. Nie musi oznaczać przekonania, że człowiek wierzący powinien zostawić swoją wiarę przed drzwiami szkoły, urzędu czy innej instytucji publicznej.
Laickość może oznaczać coś znacznie prostszego: państwo nie opowiada się po stronie jednego wyznania ani przeciwko religii. Szanuje wolność sumienia i przekonań. Pozwala ludziom różnić się między sobą, nie wymagając od nich rezygnacji z własnej tożsamości.
I właśnie tutaj zaczyna się problem z częścią polskiej dyskusji o religii w szkole.
Zbyt łatwo słowo „świecka” zastępuje słowa „bezstronna” albo „neutralna”. A przecież nie są to pojęcia tożsame.
Szkoła publiczna nie jest szkołą „bez światopoglądu”. Uczy historii, filozofii, literatury, etyki, sztuki. Rozmawia o wartościach, odpowiedzialności, dobru i złu, wolności, godności człowieka. Uczy młodych ludzi nie tylko tego, jak funkcjonuje świat, ale również jak o nim myśleć.
Dlaczego więc samo pytanie o religię miałoby być dla szkoły czymś podejrzanym?
Aksjologia to część nauki w szkole
Religia w szkole nie oznacza przecież obowiązkowej katechezy dla wszystkich. Nie oznacza narzucania wiary uczniom, którzy jej nie podzielają. Nie oznacza również, że szkoła ma być instytucją wyznaniową.
Oznacza możliwość wyboru.
To ważne słowo: wyboru.
Młody człowiek może wierzyć. Może nie wierzyć. Może mieć pytania. Może poszukiwać. Może także zmienić swoje zdanie. Szkoła powinna być miejscem, w którym można o tych sprawach rozmawiać bez lęku i bez wykluczania kogokolwiek.
Leon XIV w swoim przemówieniu mówił również o potrzebie „formowania umysłów do rozeznania etycznego, pozwalającego rozpoznać to, co jest moralnie dobre”.
Trudno nie zauważyć, jak bardzo ten temat dotyczy współczesnej szkoły.
Młodzi ludzie żyją w świecie, w którym niemal każdego dnia muszą podejmować decyzje dotyczące relacji, odpowiedzialności, prawdy, wolności, technologii, granic własnego działania i stosunku do drugiego człowieka. Informacji jest coraz więcej. Nie zawsze jednak łatwiej dzięki temu rozpoznać, co jest dobre.
Dlatego edukacja aksjologiczna nie jest dodatkiem do edukacji. Jest jej istotną częścią.
Możemy oczywiście spierać się o programy, liczbę godzin, organizację zajęć czy sposób finansowania. Możemy dyskutować o tym, jak powinna wyglądać obecność religii i etyki w szkole. Te rozmowy są potrzebne.
Ale zanim zaczniemy tę dyskusję, warto odpowiedzieć sobie na bardziej podstawowe pytanie: czy szkoła publiczna ma być miejscem bez religii, czy miejscem, w którym ludzie o różnych przekonaniach mogą być sobą?
To nie jest to samo.
Jeżeli wybierzemy pierwszą odpowiedź, laickość stanie się narzędziem wykluczenia. Jeżeli drugą – może stać się zasadą współistnienia.
I właśnie dlatego słowa Leona XIV są warte uwagi również poza Francją.
Nie dlatego, że papież rozstrzyga polskie spory oświatowe. Nie rozstrzyga.
Są warte uwagi dlatego, że przypominają o rzeczy bardzo prostej: bezstronność nie musi oznaczać nieobecności religii.
Człowiek wierzący nie przestaje być obywatelem, kiedy przekracza próg szkoły. Uczeń wierzący nie przestaje być uczniem, kiedy zaczyna się lekcja religii. A szkoła publiczna nie traci swojego publicznego charakteru tylko dlatego, że daje młodym ludziom możliwość uczestniczenia w edukacji religijnej.
Może więc najwyższy czas przestać przeciwstawiać sobie świeckość i religię.
Bo być może prawdziwie świecka szkoła to nie taka, w której religii nie ma.
To taka, w której nikt nie jest wykluczany ze względu na to, w co wierzy albo w co nie wierzy.
Autor jest nauczycielem religii i członkiem Stowarzyszenia Katechetów Świeckich
Ten artykuł powstał dzięki naszym Darczyńcom. Dziękujemy za Wasze wsparcie.