Posłuchałem młodych. Naprawdę

Uczeń mówił o czymś prostym: o spotkaniu. Z kolegami, z księdzem, z ludźmi, którzy mają podobne wartości. O rozmowach nie tylko o rzeczach wzniosłych, ale także o zwyczajnym życiu. Największym problemem nie jest to, że młodzież nie ma nic do powiedzenia. Może problem w tym, że dorośli zbyt często zdążyli już odpowiedzieć za nią.

Od pewnego czasu mam wrażenie, że w Polsce wszyscy doskonale wiedzą, czego chce młodzież. Publicyści wiedzą. Politycy wiedzą. Dorośli komentatorzy wiedzą.

Czytamy w popularnych portalach, że z rezygnacją z religii jest jak z decyzjami „prawie dorosłego, któremu daliśmy wolną rękę”. Słyszymy, że religia to nieatrakcyjna „zupa pomidorowa”, której „młodzież już nie przełknie” i że bez nowych, „niebanalnych” katechetów nikt tam z własnej woli nie zajrzy. Komunikat wydaje się prosty: uczniowie wypisują się, bo tak chcą, a Kościół i szkoła nie mają im nic ciekawego do zaoferowania.

Tymczasem młodzież jakoś rzadko dostaje mikrofon w tej debacie. Ostatnio jednak posłuchałem audycji o religii w szkole. I tym razem mikrofon dostała młodzież. Warto było.

Jedna z maturzystek zwróciła uwagę, że na religii może pytać bez obawy, że zostanie oceniona. Że dzięki tym lekcjom lepiej rozumie własną wiarę i uzupełnia wiedzę, której być może nie wyniosłaby z domu.

Inny uczeń mówił o czymś jeszcze prostszym: o spotkaniu. Z kolegami, z księdzem, z ludźmi, którzy mają podobne wartości. O rozmowach nie tylko o rzeczach wzniosłych, ale także o zwyczajnym życiu.

Kolejna uczennica dodała, że skoro wiara jest dla niej ważna, chce, żeby była obecna także w szkole. Trudno o jaśniejsze postawienie sprawy – trudno lepiej podsumować, po co komu religia.

A potem odezwała się absolwentka. Już po maturze. Przyznała, że spodziewała się, iż będzie jej brakowało religii. I rzeczywiście – na studiach zaczęła szukać czegoś, co mogłoby zastąpić tę część jej życia. Wspomniała o modlitwie, wspólnocie, o codziennych spotkaniach na „Aniele Pańskim”.

I wtedy pomyślałem: to jest właśnie ta młodzież, o której tak dużo ostatnio mówimy. Nie statystyka. Nie procent w tabeli. Nie „pokolenie Z”, które trzeba jakoś opisać. Konkretni ludzie.

Oczywiście, są też tacy, którzy z religii rezygnują. Mają do tego prawo. Ich głosu również trzeba słuchać, próbując zrozumieć, co poszło nie tak – czy to wina narzuconego programu, czy fatalnego podejścia konkretnego nauczyciela. Ale jeśli słyszymy tylko tych, którzy odeszli, a pomijamy tych, którzy zostali, otrzymujemy obraz równie niepełny jak wtedy, gdybyśmy pytali o szkołę wyłącznie tych, którzy ją rzucili.

Co ciekawe, młodzi z tej audycji nie opowiadali o religii jak o przykrym obowiązku do odhaczenia czy chłodnej kalkulacji. Mówili o pytaniach, relacjach, wartościach, wierze, wspólnocie. O czymś, co jest dla nich realne. Nie potrzebowali „niebanalnych” widowisk, by poczuć sens tych spotkań.

I może właśnie dlatego ta rozmowa wydała mi się ciekawsza od wielu dorosłych dyskusji o religii w szkole.

Nie wiem, ilu uczniów jeszcze jutro zapisze się na religię, ilu z niej zrezygnuje i jakie będą statystyki za rok. Wiem natomiast, że jeśli chcemy uczciwie rozmawiać o religii w szkole, nie możemy mówić o młodych bez młodych.

Bo może największym problemem nie jest to, że młodzież nie ma nic do powiedzenia. Może problem w tym, że dorośli zbyt często zdążyli już odpowiedzieć za nią.

Autor jest nauczycielem religii, należy do Stowarzyszenia Katechetów Świeckich

Ten artykuł powstał dzięki naszym Darczyńcom. Dziękujemy za Wasze wsparcie.

« 1 »