Jak Bóg polował na człowieka

Z dziejów Bożej kary

„Choćbyśmy popełnili jeden tylko grzech, majestat Boga, który został tym grzechem obrażony, jest tak wielki, że nie ma zgoła na świecie tak wielkich kar, by dały Mu należyte zadośćuczynienie. Żaden kamień, podagra, dżuma, wojna, głód nie zdołają naprawić zniewagi wyrządzonej Bogu, choćby była bardzo lekka” — pisał XVII-wieczny francuski kaznodzieja Philippe d'Outreman. Czy żaden, nawet najmniejszy nasz grzech nie ujdzie karzącej ręce Boga? Czy nieszczęścia i kataklizmy, które nas spotykają, to właśnie ta kara? Wizerunek Boga-Sędziego, który karze ludzi, ulega nieustannym zmianom, zmieniają się proporcje między Jego miłosierdziem, sprawiedliwością

kara nie dla chrześcijan

Dla pierwszych chrześcijan Bóg — bardziej niż groźnym Sędzią — był troskliwym Opiekunem, czego najlepszym dowodem była niecierpliwość w oczekiwaniu na Paruzję. Jeśli kogoś dotykała z Jego strony kara, to rzadko i głównie na skutek wielkiej zatwardziałości serca. Karani byli nie tyle chrześcijanie, co ich prześladowcy lub heretycy. Jednak gdy już stwierdzono, że kogoś owa kara dotknęła, bywało że ku przestrodze opisywano ją z dbałością o najdrobniejszy szczegół. Tak było np. z ukazaniem choroby Heroda Wielkiego, którego „sprawiedliwość boska spotkała jeszcze za życia, dając mu przedsmak tego, co po śmierci”. Bóg miał go ukarać za rzeź niewiniątek, zamordowanie żony, niektórych krewnych i przyjaciół. Euzebiusz z Cezarei, pierwszy historyk Kościoła, tak opisywał męki Heroda: „Cierpiał głód straszliwy, którego niczem nie można było nasycić. Pełne wrzodów były trzewia jego. Nogi miał opuchłe cieczą wodnistą i przezroczystą. Podobnie schorzały był żywot jego, a nawet wstydliwe członki jego były w rozkładzie itd.”. Tak cierpiał aż do śmierci. W IV w. powstało nawet specjalne dzieło, które dokładnie opisywało, jakie cierpienia spotykały prześladowców chrześcijan. Nosiło tytuł De mortibus persecutorum (O śmierciach prześladowców), jego autorem był Laktancjusz.

Orędzie o karzącym Bogu nie stanowiło jednak centrum chrześcijańskiego przesłania w pierwszych wiekach. Głosząc Ewangelię, mówiono wpierw o „przyszłym szczęściu ludzi żyjących uczciwie” a dopiero potem o „wiecznym potępieniu niesprawiedliwych”. Po pedagogikę strachu sięgano w ostateczności: „Jeżeli spotykamy ludzi — pisał Orygenes — którzy uwierzyli rzucanym na nas oszczerstwom i w mniemaniu, że chrześcijanie są bezbożnikami, nie chcą nas nawet słuchać, gdy zapewniamy, iż głosimy naukę Słowa Bożego, wówczas przedstawiamy naszą naukę o wiecznym potępieniu grzeszników i staramy się usilnie, aby przyjęli ją również ci, którzy nie chcą być chrześcijanami”.

Z czasem jednak, gdy chrześcijaństwo stało się w cesarstwie religią dominującą, zaczęło się pojawiać coraz więcej straszenia, zwłaszcza karą wieczną. Św. Hieronim (340-420) jako pierwszy spośród Ojców Kościoła stwierdził, że liczba potępionych przewyższy liczbą zbawionych. Sto lat później poparł go człowiek, który wywarł największy wpływ na średniowieczną teologię, św. Augustyn. W De civitate Dei pisał: „kara obejmuje znacznie więcej ludzi niż łaska”. Pogląd ten przejęło później wielu teologów, którzy — jak pisze ks. prof. Jan Kracik — „poradzili sobie nawet z tekstem Apokalipsy, mówiącym o nieprzeliczonej rzeszy zbawionych (Ap 7, 9): ziarnka piasku w worku też są prawie nie do zrachowania, a przecież jakże ich mało w porównaniu z całym piaskiem nadmorskim!”.

lęk i nadzieja

W 476 r. upada zachodnie Cesarstwo Rzymskie, rodzi się nowa epoka — średniowiecze, okres, w którym Kościół spotyka się z barbarzyńcami. Wraz z tymi zmianami zmienia się wyobrażenie Boga. W epoce największego chrześcijańskiego władcy średniowiecza Karola Wielkiego jest On przede wszystkim niedostępnym Panem i Sędzią. Nie jest zły, ale — podobnie jak w przypadku cesarza — jego Osoba budzi raczej strach niż wylewną radość, jest sprawiedliwy i przychylny, ale udziela łask jedynie tym, którzy dokonują wyrzeczeń. Życie ludzkie staje się areną nieustannej walki ze słabościami. Zaczyna królować moralistyka.

W mniemaniu ludzi tego czasu, Bóg działa niemal na sposób magiczny, karząc na przykład składających fałszywe przysięgi. Z tego rodzą się ordalia, sądy Boże, uprawomocnione, mimo sprzeciwu niektórych biskupów, przez Karola Wielkiego w 890 r. Z czasem zyskają one większą wartość niż zeznania świadków.

Przekonanie, że Bóg interweniuje w bezpośredni sposób w losy społeczeństwa i konkretnych ludzi, przetrwało, a nawet utrwaliło się w późniejszym okresie. Człowiek XI i XII wieku wierzył, że Bóg nieustannie sprawuje nad ludźmi sąd. Zanim jednak ześle karę (zarazę, wojnę, trzęsienie ziemi) wysyła znaki ostrzegawcze: posługuje się ciałami niebieskimi, wizjami, cudami, ale i chorobą po to, by grzesznicy zdążyli się nawrócić. Zadaniem człowieka jest te znaki nieustannie obserwować.

XI wiek to także okres wypatrywania nadchodzącej Paruzji. Trudno tu jednak mówić o wczesnochrześcijańskim entuzjazmie. Z jednej strony daje się zauważyć nadzieja na pokonanie zła, ale z drugiej — mocniejszy jest lęk przed zapowiadanym nadejściem Antychrysta i sądem Bożym. Temu niespokojnemu oczekiwaniu towarzyszyło duchowe oczyszczenie, które wkrótce wydało owoc.

Było nim jedno z największych w dziejach Kościoła religijnych ożywień. Miało ono miejsce na przełomie XII i XIII w. Powstały wówczas wielkie zakony żebracze (franciszkanie, dominikanie), prężne ruchy świeckich (begardzi, beginki i inne), ale też herezje. To okres, który historycy określili mianem „epoki Chrystusa”. Chrystus przestaje być już tylko drugą Osobą Trójcy Świętej, groźnym Sędzią, który przyjdzie na końcu czasów. Dzięki zaakcentowaniu — przede wszystkim przez franciszkanów — Wcielenia, staje się kimś bliskim, Miłością Boga do człowieka. Ludzie unikają grzechu, jednak nie tyle ze strachu przed Bogiem i Jego karą, co z miłości do Niego, współczucia cierpiącemu Chrystusowi. Bóg nie jest już groźnym Sędzią, czyhającym na upadek człowieka, wręcz przeciwnie — cieszy się wielkością swojego stworzenia. Zmiana stosunku do Boga uwidoczniła się zwłaszcza w mistyce. Jej celem staje się miłosne zjednoczenie z Bogiem, a przecież trudno byłoby pragnąć zjednoczenia z Kimś, kto jest jedynie surowym Sędzią.

ratunkiem pokuta

Na rok 1260 wielki wizjoner Joachim z Fiore zapowiedział nadejście nowej, wreszcie szczęśliwej, ery Ducha Świętego. Tuż przed nastaniem zapowiadanego przełomu na arenie dziejów pojawili się biczownicy. Swoimi praktykami pragnęli przyspieszyć nadejście zapowiadanego „raju”. Gdy jednak, ku wielkiemu rozczarowaniu, przepowiednia Joachima się nie spełniła, procesje biczowników chwilowo ustały. Pojawiły się znów, i to z o wiele większą siłą, po 1348 r., kiedy to Europę nawiedziła czarna śmierć. Odżyły, a nawet rozrosły się stare wyobrażenia, dotyczące związków pomiędzy grzechem a karą. Pytano: „Skoro to dobry Pan Bóg, a nie szatan, jest Panem świata, skąd to wielkie cierpienie, które nas spotyka?”. I dawano sobie odpowiedź: „To Bóg nas karze, bo grzeszymy”. Biczownicy uważali, że tylko ich pokuta jest w stanie przebłagać Boga i odwrócić zarazę. Werbując w swoje szeregi nowych członków, powoływali się na rzekomy list Chrystusa, znaleziony na ołtarzu kościoła św. Piotra w Jerozolimie, w którym miał On stwierdzić, że im więcej ludzi wstąpi w szeregi biczowników, tym szybciej Bóg cofnie zarazę. Kiedy w 1349 r. papież Klemens VI wydał zakaz przynależności do biczowników z powodu herezji, które głosili (uważali, że ich pokuta ma większą wartość od sakramentów), stwierdzili, że zaraza jest co prawda Bożą karą, ale już nie za grzechy całej ludzkości, tylko za zło, które dzieje się na dworze papieskim...

Polskę co prawda zaraza dotknęła w małym stopniu, ale nie ominęły nas inne „Boże kary”. Dla żyjącego w XV w. Jana Długosza ewidentnym jej przykładem był najazd tatarski z XIII w. Wówczas to — jak pisze kronikarz — „Najłaskawszy i najlepszy Bóg, rozgniewany szpetnymi plugastwami oraz niegodnymi i wstrętnymi występkami Polaków, którymi zgrzeszyli, poruszył przeciw nim dziki i barbarzyński szczep Tatarów”.

Od XIV w. znów z niepokojem zaczęto wypatrywać znaków zbliżającego się końca czasów i ostatecznego sądu. Charakter owego wyczekiwania ukazywała ówczesna sztuka. W Salamance, w Hiszpanii — jak opisuje ks. prof. Kracik — stoją do dziś dwa kościoły (jeden z XIII, drugi z XV w.), w których znajdują się freski, przedstawiające Sąd Ostateczny. W starszym z nich sądzący Chrystus jest pogodny, a nawet uśmiechnięty, w młodszym — zwraca się ku potępionym w gwałtownym geście odrzucenia, podobnie jak w Kaplicy Sykstyńskiej. Nastroje niepokoju dodatkowo wzmagały niezwykle popularne Misteria Męki Pańskiej. Podczas ich wystawiania używano głównie fragmentów z Ewangelii i Apokalipsy, budzących grozę. Chrystus był w nich ukazany przede wszystkim jako bezlitosny Sędzia, którego otacza masa potępionych ludzi, wpadających prosto w paszczę piekła, i małe grono zbawionych, próbujących przejść przez ciasną furtę do nieba.

Bóg poluje na człowieka

Nacisk położony na grzech i karę zaczął prowadzić do wyolbrzymiania groźnego wizerunku Boga-Sędziego. Wieki XVI—XVIII to apogeum lęku przed Bogiem. Atmosferę tego okresu doskonale oddają słowa Lutra: „Nie wierzyłem w Chrystusa, ale brałem Go za surowego i groźnego Sędziego, jakiego maluje się na tęczy [łuku triumfalnym w kościele]. Włosy stawały mi na głowie, kiedy myślałem o ostatnim sądzie”.

Wielką „zasługę” w budowaniu demonicznego obrazu Boga mieli teologowie i księża głoszący parafialne misje. Jedno z kazań tak przedstawiało Boga i jego stosunek do człowieka: „On nie chce być jedynym, który nas karze, chce, by karały nas wszystkie stworzenia. Na człowieka poluje, jak na zwierzynę, którą pragnie się ofiarować władcy; człowiek jest ścigany, rozszarpywany i gryziony przez psy i wtedy staje się znacznie milszy dla Władcy, niż gdyby został ujęty łagodnie. Bóg to Władca, który chce spożywać zwierzynę upolowaną. Ma także swoje myśliwskie psy; nieprzyjaciel ściga człowieka przez pokusy wszelkiego rodzaju, wdziera się w ciebie ze wszystkich zakątków, na wszelkie sposoby i ściga cię licznymi pokusami; raz to jest pycha, chciwość, wszelkiego rodzaju przywary, to znów przygnębienie i nadmierny smutek. Drogie dziecko, trzymaj się mocno, jest niezbędne, by na ciebie polowano”.

Grzech urasta do niebotycznych rozmiarów, podobnie jak Boża reakcja na niego. Bóg w oczach teologów jest tak zagniewany, że nie lituje się nawet nad swoim Synem: „Ponieważ Jezus obleka się w pozór grzechu, Bóg Ojciec opuszcza Go i wydaje złości Żydów, traktuje Go jak najpodlejszego z ludzi i po kaźni bez końca, po zniewagach i cierpieniach, nie mając żadnego względu na to, że to jego Syn, pozwala, by umarł w najhaniebniejszej i najokrutniejszej męce... Wywiera na Nim swoją zemstę, jakby Jezus Chrystus w niczym do niego nie należał”. Bać się należało nie tylko Boga Ojca, ale też Jezusa, i to Tego, będącego Dzieciątkiem. Francuski kaznodzieja pisał: „Drżyjmy, chrześcijanie, nawet na widok żłóbka. Mimo całej pokory, w jakiej pojawia się Jezus Chrystus, jest On straszliwy”.

Jakież to kary miały spotkać grzesznika, że ten aż tak bał się Boga?

Po pierwsze za życia: choroby, wojny, kataklizmy („wściekłe wichry, które obalają domy”, „wody, które spadają gwałtownie i zatapiają domy”, trzęsienia ziemi). Bóg nie zsyła już ostrzeżeń — jak to było w średniowieczu — człowiek sam powinien wiedzieć, że wszelkie nieszczęścia, klęski, zło, które go spotykają, są niczym w porównaniu z jednym grzechem śmiertelnym. Dlatego powinien się skupić na jego unikaniu.

Po drugie — kary po śmierci, co jest jeszcze straszniejsze. Francuski kaznodzieja o. Girard zapewniał w jednym ze swoich kazań, że „grzesznik zwymiotuje dobra i rozkosze, które pożarł, i Bóg wydrze mu je z brzucha. (...) Jakiego trzeba wysiłku, żeby zwymiotować? Ale jakie cierpi się bóle, kiedy trzeba wymiotować aż do krwi i aż do wyrzucenia z siebie guzełków ciała? Jakaż to byłaby straszna kaźń, gdyby wydarto jakiemuś nieszczęśnikowi serce, wątrobę i trzewia? Ach, jest to jednak słaby obraz tego, co przecierpi grzesznik, kiedy wyrywać mu się będzie najwyższą przemocą wszystko, co posiadł w tym życiu”. W wielu kazaniach tak naprawdę koniec życia ludzkiego równoznaczny jest z końcem miłosierdzia. Gdy żyjemy, możemy jeszcze na nie liczyć, ale gdy umrzemy, pozostanie nam jedynie sąd przed Bogiem, który jest „Sędzią surowym, nieugiętym i bezlitosnym, wówczas nie będzie już wybaczał”, „nie okaże już zmiłowania”, zemści się za zniewagi.

Zapowiadany koniec świata jest równie straszny. Mistrzem apokaliptycznego gatunku był jezuita Fulvio Fontana. Według jego wizji, ziemię czekały najstraszliwsze katastrofy, począwszy od potopu zalewającego najwyższe góry, spadające gwiazdy i dżumę, poprzez rzeź na ludziach dokonaną przez wszelkie wodne i lądowe bestie oraz dwumilionową armię aniołów, aż po niszczycielski ogień.

Straszną jest rzeczą wpaść w ręce Boga żyjącego. To zdanie z Listu do Hebrajczyków — jak pisze Jean Delumeau — „wracało w tym czasie jak lejtmotyw pobudzając i odnawiając bez ustanku homiletykę trwogi”. I to nie tylko w tym czasie. Przez cały XIX i na początku XX w. wychodziła pobożna literatura, opisująca, jak to Bóg niby odpłaca tym, którzy w taki czy inny sposób grzeszą. Najczęściej odpłata stosowana była według starotestamentalnej zasady „oko za oko, ząb za ząb” i następowała dokładnie rok po wykroczeniu. Przykładem może być historia pewnego Francuza, który zrzucił figurką Matki Bożej z narożnika kamienicy. Statuetka roztrzaskała się na pięć części, a dokładnie rok później mężczyznę dotknęła kara Boża: miał wypadek, przejechał go powóz. Mężczyzn odniósł... pięć ran, które okazały się śmiertelne. Nie był to w literaturze przykład odosobniony.

kara czy znaki?

Dziś Kościół, dzięki s. Faustynie, znów przypomina prawdę o Bożym miłosierdziu i próbuje się uporać ze starą pedagogiką strachu. Jan Paweł II nazwał miłosierdzie „największym wśród przymiotów i doskonałości samego Boga” (Dives in misericordia 13). Kościół nie rości już sobie prawa do rozsądzania, czy dane wydarzenie w życiu człowieka lub społeczności jest Bożą karą, czy nie. Tym bardziej że trudno w Ewangelii znaleźć fragment, w którym Jezus potwierdza cierpiącemu, że jego stan to kara za grzechy. Kościół mówi dziś raczej o znakach Bożych, które należy czytać i próbować rozumieć. Wobec takiego cierpienia, jakie spowodowały tsunami, huragan Katrina czy inne, należy po prostu zamilknąć i pomóc ofiarom. Choć niektórzy woleliby — jak to niegdyś bywało — wydać arbitralny sąd.

opr. aw/aw

List
Copyright © by Miesięcznik List 02/2006

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama