Włączenie się w Chrystusa

Rozmowa ze słoweńskim jezuitą, teologiem sztuki i artystą - jego mozaiki można oglądać w Watykanie, Lourdes, San Giovanni Rotondo i wielu innych miejscach na świecie

Rozmowa z o. Marko Ivanem Rupnikiem — słoweńskim jezuitą, teologiem sztuki, dyrektorem ośrodka naukowego „Centro Aletti”, badającego relacje kulturowe i religijne pomiędzy Wschodem a Zachodem Europy. Na prośbę Jana Pawła II wykonał mozaiki w watykańskiej kaplicy Redemptoris Mater. Jego mozaiki można również oglądać w San Giovanni Rotondo, Lourdes oraz wielu innych miejscach na świecie.



Włączenie się w Chrystusa

Zacznijmy od banalnego pytania: dlaczego wierzyć? Dlaczego wierzy o. Marko I. Rupnik?

Najprościej odpowiedziałbym tak: bo znalazłem drogę pokonania śmierci. Od dziecka bardzo kocham życie, a wiara, Kościół to przestrzeń, w której można ocalić życie. Nie chciałbym stracić tego, czym żyję. Bardzo mi się podoba, gdy podczas chrztu osoby dorosłej zadaje się jej pytanie: „O co prosisz Kościół?” „O wiarę”. „Co ci daje wiara?” „Życie wieczne”.

Zatem skoro wiara otwiera przed nami tak wspaniałe perspektywy, dlaczego w Europie maleje liczba osób wierzących?

Myślę, że przeżywamy fazę oczyszczenia. Uważam za bardzo opatrznościowe te dziesięciolecia komunizmu, podobnie jak uważam za opatrznościowy upadek pewnego sposobu przeżywania wiary, pewnej kultury chrześcijańskiej, jaki miał miejsce na Zachodzie, ale bardzo szybko obejmuje także Wschód. Kiedy Europa przeżywała pierwszą ewangelizację, najważniejszą kwestią w architekturze był portal kościoła i baptysterium. Mocno podkreślano nowe życie otrzymane w chrzcie. Pierwsza ewangelizacja była w efekcie zwycięstwem nowego życia nad życiem pogańskim. To nowe życie było tak pociągające, tak fascynujące, że pogaństwo nie mogło się mu oprzeć. Można by też wyrazić to w inny sposób: począwszy od św. Jana, chrześcijanie widzieli w greckim pojęciu Logos możliwość wyrażenia prawdy o Chrystusie, o komunii z Ojcem i z ludzkością. To była nowość, do której grecka kultura nigdy by nie doszła. Logos to Chrystus, Logos to moje życie, bo Chrystus jest moim życiem. Doskonałe życie to życie w Chrystusie, które realizuje się poprzez Paschę. Żyję jako krucha istota, jako grzesznik, który otwiera się na Boże działanie. Tak Chrystus oddziałuje na człowieczeństwo, na człowieczeństwo przeżywane na sposób Boży.

Po wiekach, począwszy od scholastyki, Europa zaczyna drogę wstecz: zaczyna rozumieć Logos, podobnie jak rozumieli to pojęcie Grecy przed Chrystusem: po prostu jako ideę. I tak wszystko stało się ideą: Bóg, Chrystus, wszystko. Tamto przełomowe rozumienie Logosu, które trwało przez pierwsze wieki chrześcijaństwa, zaczyna przeżywać kryzys. Logos znów staje się ideą, a nawet pojęciem, a życie chrześcijańskie jest jakby „ubraniem” tej idei. Gdy wcześniej mówiono, że Logos to Chrystus, a my jesteśmy Ciałem Chrystusa i realizujemy się na Jego sposób, w Nim, teraz Logos jest ideą, ideą chrześcijańską naszej wiary, moralności, a my jesteśmy „ciałem” tej idei, mamy ją realizować. To prowadzi do moralizmu, gasi ducha, żar ognia, Boże życie; w jakiś sposób to oddziela nas od Boga. W nieunikniony sposób Bóg jest coraz bardziej rozumiany jako pewna doktryna, idealny system. Nasze dzieła stały się „ciałem” naszych idei, bo tam je propagowano i realizowano, a „świat” bardzo szybko nauczył się od nas tego sposobu rozumowania. Niechrześcijanie powiedzieli: „My też możemy to robić! Skoro w waszych dziełach nie przekazuje się już życia Bożego, nie daje się człowiekowi nieśmiertelności, a jedynie realizuje się idee, zatem można też realizować inne idee! Skoro wasze idee nie przekazują życia Bożego, nasze idee będą przekazywać inne życie”. I tak zrobili: zaczęli tworzyć dzieła podobne do naszych, wkładając inne idee, a my staliśmy się „ciałem” tych innych idei. I tak powstał zamęt: „świat” (mówiąc biblijnie) kieruje życiem chrześcijan. My mamy pewne idee, wartości, praktyki religijne, ale życie katolików jest życiem „świata”. Popatrzmy na pewne ważne kwestie naszego życia. Jak pracujemy? Czy pracujemy zgodnie z teologią sakramentalną? Jaki jest cel pracy: życiowy standard czy sakramentalizacja świata? Jak się ubieramy? Czy chrześcijanie ubierają się, mając świadomość, że są przyobleczeni w Chrystusa, że są Jego Ciałem, czy też zgodnie z tym stylem, jaki proponują wzorce „świata”? Czy jemy, ucząc się z Eucharystii, czyli przyjmując miłość tego, kto przygotował pokarm, a zwłaszcza przyjmując miłość Boga, który nam go dał i tak dalej, czy też jemy tak jak „świat”? Jak i gdzie przeżywamy wakacje, rozrywki, święta, odpoczynek? Jeśli zobaczymy, że te aspekty naszego życia są wyrazem nowego życia, życia Chrystusowego, to bardzo dobrze. Ale odważę się stwierdzić, że zdecydowana większość katolików żyje takim życiem, jakie oferuje „świat”. Widać to najwyraźniej w sposobie umeblowania naszych mieszkań. W głównym pokoju jest kanapa, trzy lub cztery foteliki, wszystko ustawione w kierunku telewizora. W każdym pokoju, także dziecinnym, jest internet, każdy jest wpatrzony w swój monitor... To wszystko ukazuje aż nadto dobitnie, że w tym domu autorytetem jest opinia publiczna, środki masowego przekazu, wideo, internet... W takim środowisku głoszenie Słowa okazuje się daremne.

Zatem dlaczego brakuje chrześcijan? Bo zgubiliśmy życie otrzymane od Boga, pomyliliśmy je z ideami o Bogu, zmęczyliśmy ludzi moralizmem i teraz żyjemy jak „świat”.

Dzisiejszy człowiek nie rozumie już pewnych symboli chrześcijańskich, które były oczywiste dla naszych przodków i dlatego nie tylko nie potrafi odczytywać sztuki religijnej, ale też nie rozumie Ewangelii. Co zatem możemy zrobić, by zmienić tę sytuację?

Myślę, że w ramach nowej ewangelizacji trzeba koniecznie rozważyć poważnie nasze włączenie w Chrystusa, czyli życie otrzymane w chrzcie. Nie może być inaczej, bo sprawy chrześcijańskie, samo Credo można zrozumieć, jedynie wychodząc od tego życia. Podobnie jest z symbolami chrześcijańskimi. Rozumiem je, wychodząc od życia symbolicznego, którym żyję. Z pewnością najważniejszą rzeczą, jaką my, chrześcijanie, wnieśliśmy do kultury, jest wymiar symbolu. Ale zaczęliśmy gubić ten wymiar, począwszy od przełomu XIII i XIV wieku i tak doszło do przerwania tradycji, już nie rozumiemy symbolu. Poważnym problemem jest to, że „zintelektualizowaliśmy” wszystko, uczyniliśmy wszystko ideami i pojęciami, a teraz chcemy przyswoić sobie symbole poprzez objaśnienia. Tę tragikomedię widać przede wszystkim podczas liturgii. Na przykład podczas ofiarowania darów ktoś ogłasza: „Teraz kapłan wleje do kielicha dwie krople wody. To przypomina nam bok Chrystusa, z którego wypłynęła krew i woda...” i tak dalej. To jest żałosne, bo umieszczamy rany Chrystusa na tym samym poziomie, co znaki drogowe. Kiedy się mówi: „Ten symbol oznacza...”, niszczy się wszystko, bo symbol nie oznacza, symbol przekazuje pewną treść, pozwala uczestniczyć w pewnym życiu i trzeba dużo czasu, by dojść do zrozumienia symbolu. Na tej drodze zrozumienia pomocna jest katecheza, pamięć Kościoła, wspólnota kościelna, która pomaga ci „rozszyfrować” i nazwać to, co się dzieje w twoim wnętrzu. Myślę, że także w sztuce nastąpi odrodzenie, gdy odrodzi się życie.

Gdy w dawnych czasach chłopiec przychodził do klasztoru, by uczyć się pisania ikon, przynosił ze sobą pędzle, farby, deski... i zaraz chciał się uczyć u boku wielkiego mistrza. A mistrz mówił: „Zostaw to, a ucz się życia, dziel nasze życie! Gdy dobrze nauczysz się dzielić nasze życie, będzie ci łatwo pisać ikony”.

Dziś, niestety, bardzo oddaliliśmy się od tego sposobu tworzenia, bo wszystko zamieniliśmy na pojęcia, metody i techniki. Sztuka bardzo się zmieniła od czasu, gdy w epoce renesansu „wyemigrowała” z kościołów, by trafić do pałaców, a później do muzeów i galerii. Dziś chciałoby się nadać jej odwrotny kierunek: z galerii do kościoła. Ale tak się nie da. Jeśli sztuka ma wejść do kościoła, by uczestniczyć w liturgii, musi umrzeć dla samej siebie. Do kościoła się wchodzi, mając życie chrzcielne. Trzeba umrzeć, by powstać do życia. Istnieją bowiem trzy poziomy sztuki. Jeśli sztuka jest prawdziwa, budzi podziw. Jest też taka sztuka, która budzi ducha. A sztuka z trzeciego poziomu rzuca cię na kolana, każe upaść na twarz i uczynić znak krzyża.

Dużym problemem na drodze wiary dla wielu osób są próby wiary: doświadczenia Boga, który milczy, który zdaje się nie odpowiadać na nasze pytania i prośby. Co powiedzieć tym osobom, które mówią, że nie rozumieją tego Boga, który zdaje się tak różny od obrazu wyniesionego z katechizacji?

To ostatnie słowo wydaje mi się ważne. Trzeba było prawie czterech wieków, by Kościół zdołał powiedzieć coś o tym, co się stało w dziejach ludzkości wraz z przyjściem Chrystusa i z darem Ducha Świętego. Ojcowie wschodni mieli rację: najpierw jest życie, a potem teoria. A my utwierdziliśmy się w przekonaniu, że jest odwrotnie. Zaczynamy od nauczania, a potem przyjdzie życie. I w konsekwencji ciągle „zderzamy się” z życiem, bo życie nie odpowiada ideom, które sobie przyswoiliśmy. A jako że Bóg jest Ojcem, jest żywą Osobą, ciągle nas zaskakuje. Gdybyśmy jednak mieli wizję osobową, czyli trynitarną, byłoby inaczej, bo nasza postawa wyrażałaby się w wzajemnym dobrowolnym przylgnięciu, w ciągłym otwartym dialogu. Syn wciąż rozmawia z ojcem i wcale nie jest powiedziane, że oni zaraz zgadzają się ze sobą, ale rozmawiają, spotykają się ze sobą, ścierają się ze sobą, płaczą... Syn dojrzewa na drodze dobrowolnego przylgnięcia do ojca, a do tego trzeba dojrzałej miłości. Nasza wiara wzrasta w miłości. Dojrzałość wyraża się w dobrowolnym przylgnięciu. Gdy chrześcijanin chce zawrzeć małżeństwo, zadaje się mu pytanie, czy dobrowolnie podjął tę decyzję. Gdy ktoś chce składać śluby zakonne albo przyjąć święcenia kapłańskie, również słyszy pytanie, czy robi to dobrowolnie. Ale my sami „uwięziliśmy się”, bo najpierw opracowaliśmy schemat myślowy, a teraz chcemy, by życie odpowiadało temu schematowi. To rodzi też wiele problemów w kwestii powołania. Ktoś powiedział: „Ożeniłem się, ale małżeństwo nie jest takie, jak myślałem. To wina mojej żony”. On opracował z góry idealną strukturę i chciał, żeby życie jej odpowiadało. Ktoś inny powie: „Jestem księdzem, ale widzę, że to nie ma sensu, bo w kościele są tylko staruszki, a ja przenoszę krzesła z jednej sali do drugiej”. Wielki idealizm, który zderzył się z życiem. Ciągle panuje ta gnostycka zasada, to jest czysty gnostycyzm, który my kultywowaliśmy. Jeśli natomiast wiem, że moja życiowa realizacja dokona się poprzez dobrowolne przylgnięcie do Chrystusa, a Jego droga to droga Paschy, wtedy też uwzględnię fakt, że moje życie zrealizuje się na sposób paschalny. Tymczasem my chcemy miłości bez Paschy (to jest pogański idealizm), chcemy samorealizacji bez cierpienia, bez Paschy, bez miłości, albo z miłością pogańską.

Skoro wiemy, że Bóg jest naszym najlepszym Ojcem, dlaczego tak bardzo boimy się zawierzyć się Mu całkowicie?

Z jednej strony jest to z pewnością konsekwencją działania złego ducha, a także grzechu pierworodnego: chcielibyśmy realizować siebie w oparciu o samą naturę, a nie w oparciu o relację miłości. Z drugiej strony nie powinniśmy zapominać, że żyjemy w pewnym nurcie kulturowym, który od wieków głosi samorealizację, skupienie się na radykalnym antropocentryzmie, co można by wyrazić słowami: „człowiek tworzy siebie własnymi siłami”. Przy takim myśleniu Bóg może być tylko przeszkodą. My, wierzący, nie chcemy być tak naiwni, by tak myśleć, a tymczasem faktycznie napotykamy na tę samą trudność: myślimy, że jeśli będziemy należeć do Boga, coś stracimy. Ponadto ciągle myślimy tak: „to jest moje życie, które teraz mam powierzyć Bogu”, zamiast myśleć: „ja żyję życiem Bożym i będę je przeżywał zgodnie z Jego wolą”. To jest chyba największa pułapka: ciągle myślimy w kategoriach „my i Bóg”, a nie myślimy o tym, że jesteśmy w Bogu, że mamy Jego życie. Pytania, które postawiłaś, ukazują właśnie te trudności związane z naszym wewnętrznym rozdwojeniem.

Ostatnie pytanie. Rozpoczynamy Rok Wiary. Jakie są oczekiwania i obawy Ojca w związku z tym rokiem?

Obawiam się jednego niebezpieczeństwa: my potrafimy „zideologizować” wszystko, zamienić wszystko w ideologię: opracujemy program, przygotujemy trochę konferencji, trochę katechizmu i... myślimy, że to wystarczy. Jesteśmy przekonani, że trzeba zaczynać od szkoły, od nauczania. Dlatego obawiam się, że także w przypadku Roku Wiary może dojść do wielkiego nieporozumienia: będziemy uważać, że wszystko jest w porządku, bo nauczaliśmy, wyjaśnialiśmy, opracowaliśmy projekty. Ale ja myślę, że kwestia wiary tkwi gdzie indziej. Skoro wiara jest przede wszystkim rzeczywistością relacyjną, naszą relacją z Bogiem, to właśnie w ramach tej relacji można poznawać, smakować, przeżywać treści wiary. Jest rzeczą bardzo ważną, by w ramach tego Roku Wiary ktoś mógł zostać dotknięty naszą miłością, naszą zdolnością do życia w relacji, bo tak otwiera się drzwi dla treści wiary. W przeciwnym razie jedynie przekazuje się pewien zewnętrzny ładunek pojęć. Natomiast jeśli świat zostanie dotknięty naszą miłością, miłością do Boga, bo to jest jedna miłość, wtedy otworzy się na wiarę. Bóg dotknie współczesnego człowieka poprzez naszą miłość. Człowiek współczesny odczuje potrzebę zbawienia tylko wtedy, jeśli my, chrześcijanie, zdołamy ukazać piękno życia zbawionego. Siła św. Franciszka polegała właśnie na tej bardzo prostej rzeczy: on ukazywał, jak żyje się jako człowiek odkupiony. Gdy ktoś widzi chrześcijanina żyjącego w sposób tak bardzo odmienny, mającego tak odmienne podejście, zacznie stawiać sobie ważne pytania, bo nie tylko słyszy słowa, ale widzi żywy przykład.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Danuta Piekarz

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama