Z misją medyczną na Czarnym Lądzie

Polscy lekarze w Tanzanii

Ośrodek misyjny w Tanzanii we wschodniej Afryce, a tam - brak sterylnej sali operacyjnej, znieczulenie tylko miejscowe, brak sprzętu chirurgicznego, lekarstw, opatrunków... Musiało wystarczyć to, co udało się przywieźć z Polski. W takich warunkach w ciągu dwóch tygodni stycznia siedlecki chirurg Kryspin Mitura wraz z dwoma kolegami przeprowadzili 91 operacji.

Z misją medyczną na Czarnym Lądzie

Polscy chirurdzy trafili do Kiabakari, niewielkiej miejscowości, w której od 25 lat mieszka i pracuje polski misjonarz ks. Wojciech Kościelniak. - Wybudował tam sanktuarium Bożego Miłosierdzia, ośrodek edukacyjny i medyczny. Problemem jest jednak brak specjalistów. Dołączyliśmy do zespołu zwykle świadczącego pomoc pielęgniarską, szybką diagnostykę HIV i malarii. Zgłaszało się do niego codziennie kilkudziesięciu chorych. Nie ma tam jednak stałej opieki chirurgicznej. Tymczasem potrzeby są ogromne - opowiadał K. Mitura podczas spotkania z siedlczanami, głównie młodzieżą z „Królówki”, które odbyło się 18 lutego w Centrum Kultury i Sztuki.

Dwóch lekarzy na 100 tys. mieszkańców

W Tanzanii na 100 tys. mieszkańców przypada dwóch lekarzy. - Gdyby to przełożyć na nasz region, to we trzech, bo tylu nas pojechało, powinniśmy wystarczyć na cały powiat siedlecki - porównywał lekarz, na co dzień zastępca ordynatora oddziału chirurgii ogólnej w siedleckim Szpitalu Miejskim. Zwykle są to lekarze ogólni, bardzo niewielu wśród nich to specjaliści. - Największe zapotrzebowanie jest na medyków, którzy mogą pomóc bez jakiegoś wielkiego sprzętu, czyli okulistów, chirurgów, ginekologów, a szczególnie położników i dentystów. Przedstawiciele tych grup jeżdżą do Afryki w ramach misji - podkreślał lekarz. W związku z małą liczbą medyków choroby nie błahe, ale uleczalne, w Tanzanii uważane są za śmiertelne, np. zapalenie wyrostka robaczkowego. Statystyki są porażające - 87% ludzi umiera wskutek uwięźnięcia przepukliny. Dla porównania - w Polsce ten odsetek wynosi poniżej 1%.

Bez bieżącej wody i prądu

Po przybyciu na miejsce lekarze musieli zmierzyć się z dość surowymi warunkami pracy. - Kiedy weszliśmy na salę zaadaptowaną na operacyjną, najpierw mieliśmy wrażenie schludności i czystości. Potem okazało się, że nie ma żadnego wyposażenia. Były krany, ale nigdy nie było wiadomo, kiedy będzie woda. Gdy chcieliśmy umyć ręce, druga osoba musiała polewać je konewką. Brak elektryczności powodował, że musieliśmy korzystać z lampy na baterie, która gasła po kilku minutach. Trzeba było operować w lampkach czołowych. U nas stoły operacyjne regulujemy pilotami na dowolną wysokość, tam zostawały na takiej, na jakiej były ustawione. Z sali operacyjnej wychodziło się od razu na dwór - u nas nie do pomyślenia. Nie było klimatyzacji, więc okna były cały czas otwarte - opisywał chirurg.

Polscy lekarze przywieźli ze sobą sześć walizek wypełnionych sprzętem, wśród nich siatki syntetyczne warte kilkanaście tysięcy złotych i tak samo kosztowne narzędzia chirurgiczne. - Nasze rzeczy osobiste musiały zmieścić się w bagażu podręcznym - podkreślił K. Mitura.

Jak przyznał chirurg, na początku pobytu polscy lekarze mieli problemy z tamtejszym personelem, który nigdy nie miał styczności ze sterylnością. - Kilka pierwszych dni musieliśmy ich uczyć, że to, co spadnie na podłogę, choć ta była umyta, wcale nie oznacza, że jest czyste. A oni się dziwili, bo przecież nigdy nie widzieli bakterii - zwrócił uwagę lekarz.

Walka z szamanami

Kolejnym wyzwaniem dla lekarzy była walka z zaufaniem tamtejszej ludności do szamanów. - Jeżeli nie ma opieki medycznej, to ludzie poszukują każdej dostępnej pomocy, w związku z tym szuka się leczenia u znachorów i szamanów. To jest ogromny problem. Rok wcześniej była misja, która spowodowała, że ludzie zaczęli pokładać większą nadzieję i ufność w to, że nasze zabiegi są skuteczne. Pomogły w tym też ogłoszenia lokalne, które pojawiły się na trzy miesiące przed naszym przyjazdem. Sprawiły, że chorzy do nas przychodzili - mówił K. Mitura. - Prowadzimy wojnę z szamanami, którzy mówią, że jak pan pójdzie do białych lekarzy z Europy, to na pewno pan umrze. Trzeba walczyć z tymi stereotypami - podkreślił chirurg. I opowiedział historię kierowcy, który zjawił się u polskich lekarzy z guzem na łopatce. - U nas to błaha sprawa, tam, nie dość, że jest stygmatyzujące, to ten człowiek nie mógł z tego powodu prowadzić samochodu. Przyznał się, że był u znachora, któremu zapłacił 200 tys. szylingów tanzańskich, czyli tyle, ile wynosi tamtejsza miesięczna pensja pielęgniarki. Szaman odprawił jakieś czary, wziął mały sztylecik i dziobał nim tego guza. Tymczasem zmiana nie zniknęła, tylko urosła. Przyszła też do nas kobieta z bólem kręgosłupa, która była „leczona” w podobny sposób: szaman bierze szpikulec, kłuje w kręgosłup. Dobrze, jeśli nie wkłuje się zbyt głęboko. Płaci się za to ogromne pieniądze, a bóle jak były, tak pozostają - opisywał siedlecki chirurg.

91 operacji w dwa tygodnie

W ciągu dwóch tygodni polscy lekarze przeprowadzili 91 operacji na 75 pacjentach. Najmłodszym z nich było półroczne dziecko, któremu ucięto dodatkowe palce. Z powodu defektu uważano je za zaczarowane, co spowodowało, że matka musiała ukrywać malca. - Mieliśmy dylematy etyczne, czy w ogóle operować dzieci. Jechaliśmy z zamiarem, że się do nich nie dotkniemy. Jednak przychodzili rodzice i błagali, żeby ich dzieciom zrobić operację. W sumie zoperowaliśmy pięcioro maluchów - mówił K. Mitura.

W większości pacjentami byli mężczyźni. - Średnia wieku wynosiła 49 lat Najstarszy z chorych miał 82 lata. Na 91 operacji mieliśmy tylko jedno powikłanie, które na szczęście udało się „posprzątać”. Wykonaliśmy 58 operacji przepuklin - wyliczał chirurg. Wszystkie zabiegi było wykonane w znieczuleniu miejscowym. - W Polsce dzieci w ogóle nie operuje się takim w znieczuleniu - zaznaczył lekarz. Środek znieczulający - półtorej łyżki stołowej - podawany był podskórnie. - W czasie, gdy my szykowaliśmy się do operacji, pacjenci samodzielnie kładli się na stole, a po zabiegu sami wstawali. Zdarzało się, że znieczulenie miejscowe było niewystarczające, czasem, niestety, bolało pacjentów - przyznał K. Mitura. - Czy towarzyszył nam stres? Jeśli się operuje, to nie myśli się o żadnym stresie, bo jest adrenalina, która powoduje pewne skupienie, niezależnie, gdzie operujemy. Dawno zauważyłem, i wszyscy to potwierdzają, że podczas półtoragodzinnej Mszy w kościele bolą nogi, a kiedy stoi się pięć godzin przy stole operacyjnym, nawet się nie pomyśli o takiej dolegliwości - stwierdził chirurg. Oprócz przeprowadzania operacji polski zespół szkolił miejscowych lekarzy i udzielał ambulatoryjnych porad chirurgicznych.

Siedlecki chirurg, podsumowując relację z pobytu na Czarnym Lądzie, zwrócił uwagę, że „kiedy jest się tam, w Tanzanii, w inny sposób patrzy się na akcje charytatywne”. - Afryka, o jakiej coraz częściej mówi się w mediach, czyli Syria i uchodźcy, to nie jest to samo. Czuję, że w naszym społeczeństwie stajemy okoniem do Afryki, utożsamiając uchodźców z całą Afryką. Tymczasem to są wielkie odległości, różne tereny, czyli czym innym jest Afryka Środkowa, a czym innym Północna. Wszędzie oczywiście ludzie potrzebują pomocy. Warto zwrócić uwagę na to, co tam się dzieje i tam, na miejscu, świadczyć pomoc - uczulał K. Mitura.

Wyjazd do Tanzanii nie był pierwszą misją medyczną siedleckiego chirurga. W 2014 r. spędził dwa tygodnie w Ghanie.

HAH

 

3 PYTANIA

Kryspin Mitura
chirurg

Skąd decyzja o uczestnictwie w misjach?

We wrześniu 2013 r. w Warszawie odbywał się zjazd Towarzystwa Chirurgów Polskich. Prowadziłem tam sesję naukową. Po niej podszedł do mnie znajomy chirurg Sławomir Kozieł z Bielska-Białej. Powiedział, że pięć dni wcześniej wrócił z Tanzanii i szykuje kolejny wyjazd. Zapytał, czy chciałbym pojechać. Odpowiedziałem: „oczywiście”. Misje prowadzone przez polskich chirurgów odbywają się od 2005 r. Od tego czasu myślałem o tym, co zrobić, żeby pojechać. Nigdy nie było jednak sposobności, aż do czasu spotkania w Warszawie. W misjach biorą udział studenci, lekarze na stażach. Podczas naszej obecności w Tanzanii skończył się pobyt trzech osób zaraz po studiach medycznych, które były tam przez trzy miesiące w ramach projektu ministerstwa spraw zagranicznych „Polska pomoc”. Bardzo dużo osób wyjeżdża i bardzo dobrze zżywa się z tamtejszą społecznością.

Czy pacjenci bali się operacji? Jak reagowali?

Bardzo się bali, bo był to często ich pierwszy kontakt z białym, lekarzem, chirurgiem, pierwsza operacja, pierwsze znieczulenie. Wszystko było zupełnie nowe. Pacjenci wchodzili na salę, bywało, że nic nie mówili. Uśmiechali się dopiero następnego dnia. Byli też pacjenci dobrze wykształceni - nauczyciele kilku przedmiotów, udzielający w swoich miejscowościach korepetycji dzieciom, którzy nie mieli pieniędzy na operację lub nie chcieli zabiegu w szpitalach, gdzie śmiertelność po operacjach planowych wynosi 10%. Następnego dnia po zabiegu stres ich opuszczał i otwierali się przed nami.

Gdzie odbędzie się kolejna misja?

Ciągnie nas Ghana, bo tam wszystko jest zorganizowane jak w zegarku. Możemy podzielić się własną wiedzą i umiejętnościami zdobytymi w Polsce, by ratować życie. Natomiast Tanzania „kusi” nas pod tym kątem, że tam jest perspektywa na utworzenie polskiego ośrodka chirurgicznego z misjami cyklicznymi. Są nawet plany architektoniczne, aby ośrodek misyjny rozbudować o blok operacyjny. Potrzeba tylko pieniędzy.

NOT. HAH
Echo Katolickie 8/2016

opr. ab/ab

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama