Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl


Ks. Bogusław Kieżel

W SŁOŃCU PUSTYNI KALAHARI

Diecezja Kimberley położona jest na pustyni Kalahari w Republice Południowej Afryki. Kimberley - to miasto centralne diecezji z katedrą i siedzibą biskupa diecezjalnego, którym jest Niemiec, biskup Erwin Hecht OMI, ze Zgromadzenia Ojców Oblatów Maryi Niepokalanej. Kimberley, oddalone na północny zachód od Johannesburga o jakieś 350 kilometrów, zasłynęło z odkrycia w lipcu 1871 roku pierwszych diamentów Afryki Południowej. Dzisiaj, po tamtej „diamentowej gorączce”, pozostał potężny krater o powierzchni 17 hektarów, mający w obwodzie 1600 metrów. W sierpniu 1914 roku zakończono wydobywanie tego szlachetnego kamienia. W Kimberley - zanim wydobyto z kopalni 2722kg diamentów - musiano uporać się z glebą o łącznej wadze 22 milionów 500 tysięcy ton!

Pustynna diecezja Kimberley obejmuje obszar około 120 tysięcy kilometrów kwadratowych, na których zamieszkuje prawie 100 tysięcy katolików. Pracuje w niej niewiele ponad 30 kapłanów, w tym dwóch z Archidiecezji Białostockiej - ksiądz Jerzy Kraśnicki i ksiądz Marek Stankiewicz.

Jak się macie? - zapytał biskup Hecht, kiedy wstąpiliśmy do jego siedziby w Kimberley zdążając z Johannesburga w stronę Kuruman. Ksiądz Marek, który powracał po roku przerwy na swoje stare misyjne miejsca posługi, chciał od razu wykorzystać sposobność i wziąć od biskupa dobrze znanego baki, którym przemierzał piaszczyste trasy zdążając do swych misyjnych stacji. Biskup przydzielił mu opiekę nad misją w Kuruman oraz 9 stacji misyjnych. Chyba będziemy musieli rozpychać tę Toyotę?! - stwierdził ksiądz Marek po dłuższej nieudanej próbie uruchomienia samochodu. Zaczęliśmy we trzech - biskup Hecht dzielnie nam pomagał! - rozpychać nielekką zresztą Toyotę. Bez skutku. Ksiądz Jurek - mechanik - wpadł jednak na genialny pomysł. Trzeba spróbować odblokować alarm! - zdecydował. Uśmiechnęliśmy się wszyscy z ulgą...Toyota już pracowała!

Podczas obiadu u biskupa w kurii dołączył do nas - przybyły z oddalonego na zachód od Kimberley miasteczka Uppington - biskup diecezji Kamoes - Uppington. Ta z kolei pustynna, kalaharyjska diecezja - licząca zaledwie 65 tysięcy katolików - obejmuje obszar 300 tysięcy kilometrów kwadratowych. Prawie cała Polska!

Kuruman - to miasteczko, w którym znajduje się centralna misja. Odpowiedzialny za nią został teraz ksiądz Marek, gdyż - pochodzący z Archidiecezji Warszawskiej ksiądz Andrzej Wojtan - wyjechał z misji z racji zdrowotnych. Na misji mieszka również ksiądz Bernard - pierwszy ksiądz w diecezji pochodzący z plemienia Tswana. W miarę możliwości, w poniedziałki, na misji w Kuruman pojawia się ksiądz Jerzy, który przebywa na stałe w Bendel oddalonym o 60 kilometrów od Kuruman. Mszę Świętą sprawujemy w małej kapliczce, w której - obok krzyża - wisi obraz Matki Boskiej Częstochowskiej.

Chrześcijaństwo na Pustyni Kalahari, w obecnym rejonie Kuruman, zaszczepili wśród ludu Tswana protestanccy misjonarze z Londyńskiego Towarzystwa Misyjnego na początku XIX wieku. Dla dzieła ewangelizacji zasłużyli się w owym czasie w szczególny sposób Robert Hamilton, Robert i Mary Moffat oraz David Livingstone. To właśnie w tym regionie przetłumaczono Biblię na język tswana. Dzisiaj na terenie dziewiętnastowiecznej Misji Moffata znajduje się kompleks zabytkowych domów, szkoła, żelazne wozy, którymi przemieszczali się protestanccy misjonarze jak też świątynia, w której do dzisiaj protestanci gromadzą się na nabożeństwa. Ksiądz Marek oprowadzał mnie po terenie Misji Moffata w wielkiej zadumie, mając zapewne świadomość, iż - w sąsiedztwie braci protestantów - kontynuuje w katolickiej misji w Kuruman dzieło ewangelizacji, które w 1816 roku rozpoczęli na pustynnej ziemi Kalahari członkowie London Missionary Society.

Pierwszy kościół katolicki w diecezji Kimberley zbudowany został w 1895 roku w miejscowości Taung przez o. Fryderyka Porte ze Zgromadzenia Ojców Oblatów Maryi Niepokalanej. W Kuruman natomiast pierwsza katolicka Msza Święta została odprawiona dla niewielkiej ilości ludzi białych dopiero w 1925 roku. Z tego miejsca, po 1951 roku, rozpoczęła się także ewangelizacja prowadzona aż do dzisiaj przez katolickich misjonarzy na pustyni Kalahari.

Pojedziesz ze mną do Bendel, by zobaczyć, jak się żyje i pracuje na pełnej pustyni. - uśmiechnął się do mnie ksiądz Jerzy, dając do zrozumienia, że czeka tam na nas wiele interesujących spotkań. Oczywiście ksiądz Jerzy zrobił jeszcze przed wyjazdem zakupy, by gospodynie z Bendel miały co przygotować do jedzenia dla 60 dzieciaków, które we środy i piątki pojawiają się przy misji w Bendel. Ruszyliśmy...

Dumela rra! - powitał nas przy misji Johannes, jeden z katechistów. Co on powiedział? - spytałem księdza Jerzego. Witam serdecznie! - poprawił się zaraz Johannes, widząc, że nie dociera do mnie jego życzliwość w wydaniu języka tswana. Na twarzy katechisty widniała radość ze spotkania z nami. W misji trwały rekolekcje dla członków Grupy Świętego Józefa. Z kilkunastu wspólnot zjechali się mężczyźni, by pod przewodnictwem katechistów przeżyć spotkania w misji. Oczywiście, według miejscowego zwyczaju, gość wita się ze wszystkimi obecnymi, trzy razy charakterystycznie ściskając nawzajem dłoń i wypowiadając znane już powitanie - Dumela mma! (do kobiet) i Dumela rra! (do mężczyzn).

Misja w Bendel zbudowana została przed 20 laty. Przez te lata pracowały tu Siostry Dominikanki. Uczyły miejscową ludność szycia, gotowania i innych prac związanych z prowadzeniem domu. Misjonarz przyjeżdżał z sąsiedniej misji, by sprawować tutaj Eucharystię, udzielać sakramentów świętych.

W sobotę przed ostatnią niedzielą roku kościelnego (Uroczystość Chrystusa Króla) udaliśmy się z księdzem Jerzym do jednej z kaplic pod wezwaniem Chrystusa Króla. Ksiądz Jerzy już wcześniej wspominał mi o tradycyjnych zwyczajach, które pielęgnują ludzie z plemienia Tswana przy powitaniu gości przybywających do ich wspólnot. Na Toyocie, stojącej przed misyjnym domem już siedzieli ministranci, którzy mieli - w ramach odpustu - rozegrać mecz piłki nożnej z tamtejszymi chłopcami. Ruszyliśmy po pustynnych, piaszczystych drogach. Ludzie - dzieci, młodzież, dorośli - czekali na nas już jakiś kilometr przed wsią. Byli niemal wszyscy katolicy. Na czele ministranci ubrani w czerwone szaty, bryczka na dwóch gumowych kołach, w którą uprzęgnięte były dwa osiołki uroczyście przykryte skórzanymi narzutami. Ksiądz Jerzy poinformował wszystkich zebranych o nowo przybyłym gościu i wszyscy ruszyliśmy w stronę wsi. Na czele ministranci z krzyżem, potem wszyscy pozostali w tanecznym rytmie towarzyszyli obok jadącej bryczki śpiewając cały czas tradycyjne śpiewy w języku tswana. We wsi dołączali się pozostali. Okazało się, iż byli to protestanci, którzy także wzięli udział w uroczystym śpiewie i tańcach na cześć przybysza oraz w całej odpustowej uroczystości. W kaplicy misyjnej, podczas Mszy pod przewodnictwem księdza Jerzego, ochrzciłem troje młodych ludzi. Z pewnością każdy, uczestnicząc w nabożeństwach liturgicznych wśród plemienia Tswana zauważy, iż żadna dziewczynka czy też kobieta nie wchodzi do kościoła bez nakrycia głowy. Po Mszy, przed kaplicą, oczywiście pamiątkowe zdjęcia. Dzieci i młodzież w napięciu oczekiwali na zawody sportowe, które ksiądz Jerzy przygotował dla nich w ramach odpustu. Były biegi - po piasku i na boso - na około 600 metrów w różnych kategoriach wiekowych, zarówno dla chłopców, jak i dziewcząt. Były sponsorowane przez gościa nagrody. Ileż radości, szczęścia ze zdobycia pierwszych miejsc i skromnych nagród! Odpustowy obiad przygotowały miejscowe panie. Była wołowina, ryż, był też tradycyjny miejscowy pap - coś w rodzaju kaszy manny ugotowanej na gęsto. Uroczystość odpustową zakończył mecz piłki nożnej. Wynik bezbramkowy. Ministranci z Bendel otrzymali woreczek pomarańczy, a w powrotnej drodze po puszce coca-coli. Jak ci chłopcy byli szczęśliwi!!! Już wieczorem mieli w salce przy kościele swoje zebranie. Czy chłopcy coś przygotowują na tym zebraniu? - zapytałem księdza Jerzego przed naszym odjazdem z Bendel do Kuruman. Nie! Oni po prostu się cieszą i opowiadają swoje przeżycia po meczu, no i oczywiście dzielą się radością z tego, że po meczu wypili puszkę coca-coli - wyjaśnił mi ksiądz Jerzy.

Po diamentach w Kimberley pozostał potężny krater z dużą ilością wody. Ludziom żyjącym na pustyni Kalahari, doświadczonym i zranionym bardzo mocno przez apartheid, życie nie oszczędza wielu problemów, nie tylko - o czym najgłośniej - związanych z HIV czy AIDS. Ten wszakże jest najtragiczniejszy! Dzisiejsza misyjna posługa kapłanów i sióstr zakonnych - pełna poświęcenia - potrzebuje wielu pomocnych serc i dłoni. Po skończonych nabożeństwach sprawowanych na misjach - w piekącym mocno słońcu pustyni Kalahari - ludzie wyciągają do misjonarzy swe puste dłonie... Misjonarze z diecezji Kimberley nie mają ani diamentów, ani złota. Wiedzą jednak dobrze, jak bardzo są potrzebni ludziom dzielącym się z radością wiarą w Boga: A Modimo o go tshegofatse mo malatsing otlhe a botshelo jwa gago! - Niech Cię Bóg błogosławi po wszystkie dni Twego życia!

Kuruman - listopad 2002


opr. ab/ab



 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: misje parafia RPA Johannesburg Kalahari Erwin Hecht OMI diamenty