Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao



Krzysztof Zanussi

Cierpienie jurora

Zwierzyłem się niedawno na tych łamach z cierpień, których zaznałem uczestnicząc w roli jurora w konkursie literackim. Obowiązkowe lektury były koszmarem w latach szkolnych. Największe arcydzieła czytane na rozkaz brzydną. W konkursie literackim nie ma zazwyczaj arcydzieł, a poczucie obowiązku każe czytać tekst do końca. Nawet wtedy, kiedy nie budzi żadnej nadziei.

W różnych innych dyscyplinach sztuki konkursy są czymś powszechnym. Spotykam się z nimi w wypadku architektury, gdzie każdy poważny projekt bywa poddawany osądowi kompetentnego gremium (po czym często bywa realizowany nie ten nagrodzony, tylko całkiem inny, jak to się dzieje na przykład w wypadku Świątyni Opatrzności). W podobnym trybie oceniane bywają projekty pomników, ale istnieje także tradycja wystaw malarskich, na których jury przyznaje medale. Często artyści obalali autorytety jurorów czy selekcjonerów dopuszczających do konkursu i tworzyli słynne salony odrzuconych — ciekawsze aniżeli przyjętych.

Zmysł (czy może instynkt) konkurencji powoduje, że tam gdzie możemy ubiegać się o wyróżnienie, każdy uczestnik staje się zawodnikiem, a każdy z widzów może porównać swoje sądy z sądem wybranych jurorów. Dzieje się podobnie na konkursach muzycznych i stąd tak powszechne kibicowanie ludzi, którzy często nie mają związku z muzyką, ale jak w wypadku konkursów chopinowskich sekundują swoim kandydatom kierując się ich narodowością lub też czasem biorąc pod uwagę wyłącznie wygląd zewnętrzny czy zachowanie na estradzie.

W drugiej połowie zeszłego stulecia rozwinęły się konkursy z nagrodami w ramach festiwali teatralnych. Tu także jurorzy orzekają, co ich zdaniem jest najlepsze, a publiczność może to porównać z własnymi wrażeniami. Za każdym razem w wypadku ocen firmowanych przez niewielkie gremium podstawowe znaczenie ma jakość zasiadających w nim członków. Jeśli w konkursie literackim zasiadałby na przykład Czesław Miłosz, a kompozytorów oceniał Krzysztof Penderecki albo Wojciech Kilar, to ranga przyznanej nagrody byłaby wprost proporcjonalna do autorytetu jurora. W latach realnego socjalizmu ogromną troską władzy było takie powoływanie jurorów, by utrudnić oceny sprawiedliwe i prowadzić politykę kulturalną tak, by fawory władzy (a więc i nagrody konkursowe) spływały na tych, co należy. Jako człowiek kina niezliczoną ilość razy zasiadałem w jury różnych festiwali filmowych i chyba również niezliczoną ilość razy poddaję się różnym osądom. Czasem oceniają mnie ludzie, których głos ma dla mnie ogromne znaczenie. To, że za niektórymi z moich nagród głosowali artyści tej miary co Antonioni czy Tarkowski, daje mi poczucie wielkiej dumy. Czasem odnoszę wrażenie, że w pewnym wieku nie wypada startować w konkursach i udawać sportowca, ale rzeczywistość rynku przypomina nam nieustannie, że nieobecność medialna jest gwarancją niepowodzeń i stąd wolę w fałszywej pokorze poddać się pod osąd różnych
ludzi, którzy czasem są moimi niedawnymi studentami, niż trwać w wyniosłości i nalegać, by znalazł się poza konkursem. W wypadku polskich konkursów urządzanych w Gdyni ciasność towarzyskiego grona, spośród którego wyłania się jurorów, jest czymś tak kłopotliwym, że nigdy nie zgodziłem się w takim jury uczestniczyć.

Dzisiaj w cieniu Oscarów warto się zastanowić, jak to się stało, że w ostatnich dekadach zaszła tak wielka zmiana w stosunku do tego, kto i jak kogo nagradza. W miarę jak w świecie ubywa wszelkich autorytetów i w miarę jak wygasa przekonanie, że ktoś może być bardziej kulturalnie rozwinięty czy dojrzały, rośnie w siłę vox populi i dlatego coraz częściej jury zastępuje się plebiscytem. Tak jest w przypadku Oscara czy też jego europejskich kopii Cezarów czy polskich Orłów. Przy Oscarach wiadomo, że zwyciężą filmy najpopularniejsze, tyle że grono członków Akademii może zmienić kolejność, nagradzając coś według swoich, nieco bardziej wyrobionych, gustów. Gdyby nagrody Akademii przyznawało kilkunastu ludzi, takich jak Coppola, Woody Allen, Scorsese czy też Lynch, miałbym poczucie, że uznanie w ich oczach jest dużo istotniejsze niż uśrednione zdanie zbiorowości złożonej z paru tysięcy głosujących, ale w dzisiejszym świecie stało się to zgoła niemożliwe. Wydaje mi się, że jest w tym ukryty jakiś znak czasu, ale swoją drogą muszę wyznać, że kiedy jakieś gremium przyzna mi nagrodę, wtedy nie narzekam, że to gust uśredniony.


opr. JU/PO

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Ameryka demokracja polityka prawo media film rodzina książki felieton Sędzia sąd młodzi integracja europejska wydawnictwa Zanussi prawnicy konkurs niegodziwość jury
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W