Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao



Krzysztof Zanussi

Ułuda luksusu

Mój francuski powinowaty prowadzi w Polsce interesy, w związku z czym często musi się przemieszczać. Jako człowiek racjonalny, a do tego przyzwyczajony do świetnych francuskich kolei, zwykle nie używa samochodu, twierdząc, że polskie drogi i polscy kierowcy, a przede wszystkim pojazdy, które znajdują się w użyciu, stanowią większe zagrożenie aniżeli to, które płynie z korzystania z usług PKP. Pamiętam, jak kilka lat temu we Włoszech jechałem z pewnym milionerem z Rzymu do Ostii na przejażdżkę jachtem. Samochód milionera, podobnie jak i jacht, należały do złudnych przedmiotów luksusu, przy czym złudność ta­ (czyli gra pozorów) zasadza się na tym, że firma, której był właścicielem, chyliła się ku upadkowi. W doraźnym wymiarze ułuda luksusu polegała jednak na czymś innym. Zamiast żeglować po morzu, dwie godziny siedzieliśmy w luksusowej limuzynie w korkach na autostradzie. Otaczające nas biedne samochodowe pchełki na zatłoczonej drodze korzystały z tych samych równych, demokratycznych praw i stały podobnie nieruchome.

Bezsilność pieniądza wobec materii jest tym, co nazywam ułudą posiadania. Wszystko to składa się na dygresję, ponieważ chciałem pisać o innej oryginalności mego francuskiego powinowatego. Otóż podróżuje on po Polsce nie tylko kolejami, ale do tego drugą klasą. Twierdzi, że czyni taki wybór nie ze względów oszczędnościowych (co byłoby absurdem zważywszy jego apanaże). Nie chodzi też o żadne manifestacje demokracji czy skromność zamierzoną jako przykład dla personelu. Chodzi — jak twierdzi mój powinowaty — o towarzystwo w podróży. Zdaniem wysoce kulturalnego Francuza w drugiej klasie częściej spotyka się ludzi interesujących. Od chwili, kiedy się dowiedziałem o tym, że w oczach powinowatego publicz­ność drugiej klasy ma jakieś przewagi nad tymi, którzy podróżują pierwszą kla­­są, poczułem się gorszy moralnie. Ko­rzystając z akademickiej ulgi sam naj-
częściej jeżdżę pierwszą klasą (a przecież to nie przedsiębiorca, a artysta powinien stawiać na pierwszym planie wartość przestawania w podróży z ciekawymi ludźmi). W poczuciu moralnej gorszości zacząłem drążyć temat i spostrzegłem, że w rozumowaniu mego powinowatego jest pewien znamienny szczegół. Przyparty do muru przyznał, że w obu klasach pociągu spotyka się ludzi ciekawych, natomiast w pierwszej klasie istnieje swoiste ryzyko spotkania ludzi, których milej byłoby nigdy nie spotkać.

W tym momencie muszę przyznać rację francuskiemu powinowatemu. W ostatnich latach w pierwszej klasie pociągu (a także w samolotach) zdarzają mi się spotkania z gatunkiem ludzi, który dotąd nie był mi w ogóle znany. Ot, na przykład dyrektor zagranicznego banku — nie naczelny, ale właśnie taki, który jeździ i sprawdza, czy w oddziałach wszystko dzieje się, jak należy. Młody człowiek około trzydziestki, ubrany z tą zabawną bankową starannością, znający obcy język, niby obyty w świecie, a przy bliższym poznaniu prymityw tak głęboki, że aż dech zapiera. Dyrektor jechał z żoną i utrapieńczą latoroślą. Żona na pozór nieco kulturalniejsza od męża znosiła bez skargi grubiańskość jego języka i zachowań. Latorośl przywodziła na myśl dowcipy Adamsa. Wszystko to nie jest opisem podróży dyliżansem w mrokach dziewiętnastego stulecia, kiedy to wzbogacone raptownie mieszczaństwo było przedmiotem kpin, ale to wiek dwudziesty pierwszy i wciąż Polska, w której do niedawna dyrektor banku z definicji musiał być inteligentem, a tymczasem mój towarzysz podróży pierwszą klasą był zapewne częścią nowej klasy średniej, ale inteligentem nijak nie był.

Przykro mi, że czynię te uwagi w czasie, kiedy w publicznej telewizji rozgrywa się dziwne reality show, w którym ludzie powiązani ze sobą towarzysko wykazują przynależność do tak odległych kultur, że aż trudno mi sobie wyobrazić, jak wyglądały ich spotkania czy biesiady, o których nieustannie się wspomina. Mój dyskomfort polega na tym, że tradycyjnie status społeczny wiązał się z pewnym zespołem wymogów obyczajowych i moralnych, a dziś — w latach pospiesznej polskiej przemiany — wszystko to się zatarło. Ponieważ spędzam wielką część czasu poza granicami kraju, widzę, że w społeczeństwach, gdzie nie istnieje pojęcie inteligenta, etos klasy średniej nie pozwala, by człowiek na pewnym stanowisku demonstrował publicznie prymitywizm, prostactwo czy nieokrzesanie. U nas natomiast jest inaczej. Można przypuszczać, że jest tak dlatego, że warstwa inteligencji była tradycyjnie bardzo cienka. Ale może też nie bez znaczenia jest fakt, że kryteria promocji kadr w firmach, które do nas przyjechały zza granicy, są takie, że większe szanse ma człowiek o wąskim spojrzeniu, agresywny, ale jednostronny (bo taki nie zagrozi bardziej okrzesanym szefom). Myślę, że jeśli to prawda, to człowiek nieokrzesany może się przecież sam okrzesać, o ile rzecz jasna spostrzeże, że by mu się to przydało.


opr. JU/PO

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Polska Ameryka demokracja polityka prawo media film rodzina książki felieton Francja sąd młodzi integracja europejska Zanussi PKP kolej prawnicy niegodziwość
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W