Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl


Powrót do strony głównej działu Kultura


Krzysztof Zanussi

Muczenie świętej krowy

Moja rodzinna Warszawa przeżyła wiek dziewiętnasty w sromocie i poniżeniu — przestała być królewską stolicą i stała się zwykłym prowincjonalnym miastem. Zniszczenia drugiej wojny zatarły wszelkie ślady dziewiętnastowiecznej degradacji. Na gruzach dawnej stolicy rozkwitł budowlany socjalizm i gdyby nie cud, jakim była odbudowa warszawskiej Starówki, mielibyśmy dziś nad Wisłą miasto podobne do tych, które zdobią Syberię.

Utracony wiek dziewiętnasty oznacza brak pamiątek po zabudowie mieszczańskiej. Warszawa ma niewiele kamienic o charakterze czynszowym. Ma też niewiele mieszczańskich pałaców. Najwspanialszy z nich, pałac Kronenbergów wystawiony naprzeciw Zachęty, został rozebrany podobno z inicjatywy pierwszego sekretarza partii, który dowiedział się, że z tego balkonu przemawiał kiedyś Piłsudski.

Wspominałem w poprzednim tygodniu wdzięczny pałacyk Sobańskich, wciśnięty między zwaliste Ministerstwo Sprawiedliwości a podobny pałacyk dziś w posiadaniu ambasady Zjednoczonego Królestwa. Pałacyk Sobańskich to pomost między dawnymi a nowymi czasy. Odzyskany w obecnej Rzeczypospolitej przez prawowitych spadkobierców, natychmiast sprzedany, trafił w ręce nowego businessu i stał się prestiżową siedzibą jego klubu. W siedzibie dobrze się jada i przestrzega dobrych obyczajów. Na dole nie wolno palić i używać telefonów komórkowych, należy mieć na sobie marynarkę oraz krawat (na parterze) lub też marynarkę bez krawata (w barze).

O polskim businessie trzeba pisać, że jest całkiem nowy, bowiem business rodem z Peerelu kojarzy się z handelkiem na trasie do Istambułu lub z kupnem i sprzedażą bonów Pekao (najczęściej w sąsiedniej bramie). Stary business w lepszych przejawach to były podmiejskie szklarnie i drobne rzemiosło, w którym przechowały się resztki etosu inicjatywności i rzetelnej, codziennej pracy. Etos ten żył w symbiozie z kultem sprytu, którego wymagał kontakt z urzędem skarbowym, gotowym wlepiać domiary jako karę za powodzenie w interesach.

Kiedy spojrzeć na rodowód dzisiejszych ludzi polskich interesów, to aż dziw bierze, jak wiele ocalało z tradycji sprzed wojny. Ile jest żywej pamięci Cegielskich i Kronenbergów, mimo że ciągłość została zerwana i wypełnia ją spuścizna po kożuszkach wożonych w ręcznym bagażu. Kilkunastu luminarzy to często ludzie wykształceni, obyci od dawna z wielkim światem.

To, co się ciągnie dalej w drugim rzędzie, jest dla mnie przedmiotem domysłów i tylko czasem po drobnych odruchach poznaję tę inną, młodszą proweniencję. Niedawno na przykład przy jakiejś okazji przedstawicielka wielkiego businessu wyraziła radość z powodu tego, że w kulturze udało się przepędzić święte krowy. Nie wiem, czy słusznie podszywam się sam pod ten tytuł, ale na pewno spada on na Wajdę, na Miłosza czy Pendereckiego. Jeśli mam prawo uważać się za świętą krowę, choćby z drugiego szeregu, to chętnie przez chwilę sobie teraz pomuczę, bo wydaje mi się, że to odezwanie jest znamienne dla stanu ducha tych, dla których wolność oznacza wyzwolenie spod brzemienia kultury. Ktoś, kto do niedawna zakładał białe skarpetki przekonany, że zada szyku, ktoś, kto mówił na co dzień językiem słyszanym pod budką z piwem, musi czuć w ciężarze transformacji dodatkowe brzemię. Ono go przytłacza i zmusza do udawania, że czyta książki, chodzi na koncerty, do opery (że o trudnych filmach już nie wspomnę). Kiedy w duszy gra disco polo, a tu trzeba udawać gentlemana, to wreszcie wybucha agresja przeciw autorytetom. (A czym innym są święte krowy?).

Piszę to wszystko dosyć nieuprzejmie, ale ze zrozumieniem. I bronię autorytetów tylko z jednego powodu: są one także pociechą w trudnej transformacji kulturalnej. Kiedy cały świat wiruje w nagłej zmianie — pozostaje Mickiewicz i Chopin, a gdzieś bliżej Miłosz, Penderecki i powiedzmy Abakanowicz. Profesor Rottermund jako historyk sztuki wskazał prostą prawdę, że zabytki amortyzują szok przyszłości. Taką samą rolę, w pewnym stopniu, pełnią także autorytety w sztuce. Warszawa bez zabytków przypominałaby dziś Nowosybirsk. A Polska bez Wajdy i Szymborskiej byłaby krajem stepowym.


opr. JU/PO

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Polska Europa kultura polityka ekonomia film biznes felieton reżyser książka Warszawa Skóra zabytki Zanussi komóra