Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl


Powrót do strony głównej działu Kultura


Krzysztof Zanussi

Co bym chciał pod choinkę

Przedświąteczny Rzym przypomina wszystkie inne stolice Europy. Przed Bazyliką Świętego Piotra od lat staje choinka i chociaż ta tradycja jest tu zupełnie obca, przyjęła się w ramach globalizacji, która każe całemu rozwiniętemu światu upodabniać się do siebie nawet w tradycji świętowania. Europa nie chce zapisać wzmianki o swoich korzeniach chrześcijańskich w nowo powstającej konstytucji, natomiast świecki święty Mikołaj przewodzi świątecznym zakupom od Reykiaviku po Sycylię.

Świąteczne zakupy wywodzą się z miłego zwyczaju obdarowywania się. Dziś coraz częściej konsument obdarowuje się sam, ale ciągle zmorą przedświąteczną jest myśl o prezentach pod choinkę. Prezenty takie w zamożnym społeczeństwie nie mają większego sensu, bo wszystko można kupić wszędzie, więc jeśli ktoś czegoś pragnie, pewnie to sobie kupi, trzeba więc wymyślić nieistniejącą potrzebę, a następnie ją zaspokoić. Służą do tego ilustrowane katalogi pełne opisów przedmiotów, o których istnieniu najczęściej nie wiemy, a więc nie możemy ich pożądać. Przedmioty te są przeważnie zupełnie niepotrzebne i cieszą tylko przez krótką chwilę, po czym lądują w głębokich szufladach albo w nowym opakowaniu wędrują w przyszłym roku do następnego obdarowanego.

Kiedy rozważam, co chciałbym otrzymać pod choinkę, to widzę, że przedmioty moich marzeń zwykle się pod nią nie mieszczą. Są to przede wszystkim różne meble, których mi brakuje, żeby pomieścić w nich szpargały, a na meble z kolei nie ma miejsca w domu, więc musiałby być jeszcze większy dom, a co za tym idzie jeszcze więcej metrów kwadratowych do sprzątania i koło się zamyka, szpargały najlepiej wyrzucić, trzeba mieć tylko trochę wolnego czasu, ażeby zrobić w nich porządki... i nagle dochodzę do sedna moich marzeń. Chciałbym dostać pod choinkę trochę czasu. Najlepiej, żeby kalendarz zatrzymał się na chwilę, żeby kilka dni przeszło bez daty. Nikt by wtedy nie dzwonił, nie byłoby żadnych obowiązków i można by zupełnie bezinteresownie patrzeć w okno, nie czując wyrzutów sumienia wobec zaniedbanych zobowiązań.

Zakłady pracy oferują często przed świętami różne bony, które można zamienić w centrach handlowych na inne dobra materialne. Ja marzę o tym, żeby otrzymać taki bon w postaci kalendarza, w którym byłoby parę wolnych dni czy chociaż godzin. Czy nie byłoby piękne, gdyby pracodawcy obdarowywali nas nie tylko pieniędzmi, ale czasem, dając nam szansę na chwile zamyślenia. W ramach globalizacji można by stworzyć reformę kalendarza i ogłosić dzień nieistniejący, w którym by nikt nic nie musiał robić.

Dręczą mnie te myśli, kiedy krążę po korytarzach biblioteki w starodawnym klasztorze św. Nila w podrzymskich Górach Albańskich, gdzie w miasteczku Grotta Ferrata zachowała się tradycja chrześcijańska sprzed rozłamu Kościołów na wschodni i zachodni. Klasztor jest obrządku św. Bazylego, ale mnisi niechętnie słyszą słowo „unici”, ponieważ — jak twierdzą — nigdy nie musieli ponownie łączyć się z Zachodem, bo pozostając w swym obrządku wschodnim nigdy z Zachodem nie zerwali. Relikwie św. Nila, złożone w złotej puszce, znajdują się gdzieś w kościele, ale miejsce ich ukrycia pozostaje dziś niewiadome — mnisi, którzy je zamurowali w obawie przed świętokradztwem, postanowili zabrać tajemnicę ze sobą do grobu.

Biblioteka klasztoru liczy około tysiąca lat i zawiera wiele manuskryptów uratowanych z Bizancjum (większość — jak słyszę — znalazła się w Wenecji, jako że była ona dla wygnańców znad Bosforu miastem emocjonalnie i kulturowo najbliższym). Manuskrypty są stosunkowo dobrze opracowane, ale ostatnio pojawiła się nowa perspektywa sensacyjnych odkryć, o których marzył na kartach „Imienia róży” bohater Umberta Eco. Technika laserowa pozwala dosyć łatwo odczytywać na pergaminie teksty, które kiedyś zmazano, a podobno pergamin był tak wartościowy, że dosyć powszechnie podlegał kilkakrotnemu użyciu i dlatego można mieć nadzieję, że dowiemy się czegoś więcej o przeszłości, której źródła wydawały się już wyczerpane.

Poczułem dreszcze emocji na samą myśl, że się dowiem, co jeszcze napisał Arystoteles czy Platon, i że może obejrzę kiedyś nieznaną dotychczas tragedię któregoś z klasyków greckich. Mogę snuć fantazje, że przeczytam coś o zaginionej Atlantydzie i końcu kultury na Krecie. Żadna z tych informacji nie jest mi potrzebna, podobnie jak nic nie wyniknie dla mego życia z tego, że człowiek założy stację badawczą na Księżycu i przywiezie próbki gleby z Marsa. Ale gdybym miał możność zamawiać jakieś prezenty pod choinkę, to prawdopodobnie na mej liście znalazłyby się relacje dotyczące zjawisk, które nijak się mają do moich codziennych, praktycznych potrzeb.


opr. JU/PO

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Polska patriotyzm Europa globalizacja choinka społeczeństwo Rosja Opoka święta Rzym felieton Polak Moskwa wybory mentalność Zanussi ludzie