Zaledwie dzień po rozpoczęciu Wielkiego Postu Jezus stawia sprawę jasno: chrześcijaństwo to droga Krzyża. Nie ma innej trasy do Zmartwychwstania. Słowa o zapieraniu się siebie i braniu krzyża brzmią w dzisiejszym świecie, nastawionym na samorealizację i komfort, jak herezja. Kultura mówi: „bądź sobą, realizuj swoje pragnienia, unikaj bólu”. Jezus mówi: „zaprzyj się siebie”.
Co to znaczy? To nie jest wezwanie do nienawiści wobec siebie czy masochizmu. „Zaprzeć się siebie” to zdetronizować własne ego. To przestać kręcić się wokół własnej osi, własnych zachcianek i urazów. To uznać, że Bóg i drugi człowiek są ważniejsi niż mój święty spokój. Krzyż, który mamy brać „co dnia”, to niekoniecznie wielkie tragedie. To często trudna relacja w pracy, zmęczenie obowiązkami domowymi, wierność w małych rzeczach, gdy się nie chce, cierpliwe znoszenie własnych wad.
Paradoks Ewangelii polega na tym, że kurczowe trzymanie się życia, wygody i kontroli sprawia, że to życie nam przecieka przez palce („kto chce zachować... straci”). Dopiero gdy odważymy się „stracić” – dać swój czas, siły, miłość bezinteresownie – zaczynamy żyć naprawdę. Wielki Post to szkoła tracenia, by zyskać to, co najważniejsze.