To ciekawe, że przyszłość Kościoła bezbłędnie czytają dziś przede wszystkim ci katolicy, którzy wcześniej unieśli nieznośny ciężar wewnętrznego cierpienia, jakie zadała im wspólnota wiary. Gaspare jest z zawodu cieślą jak Jezus z Nazaretu. To nie przypadek więc, że został świeckim misjonarzem w drodze. Kiedy przyszło powołanie, wraz z całą rodziną stanął twardo na misyjnej ziemi, zwinął włoskie interesy, spakował walizki, podjął ryzyko i wyjechał głosić ewangelię do Ameryki Łacińskiej. Wraz z żoną i jedenastką dzieci przecierpieli swoje. Nie od ubogich ludzi z biednych dzielnic lecz najczęściej od księży i biskupów o mózgach wypranych teologią wyzwolenia. Ci obmawiali ich, nawet urągali, poniżali, podpatrywali po kątach z zazdrością, dorabiali kłamliwe teorie, że z winy włoskich misjonarzy wszystko idzie w ruinę - to bolało. Ale teraz stary Gaspare, po wielu latach nieprzerwanej misji, siada przed domem w cieniu, spogląda z dumą na wnuki bawiące się wokół patio i przegląda luźne wycinki z gazet. Nowe zarzuty dla księdza pedofila – czyta zdziwiony, bo w swoim długim życiu katolika współpracował jedynie z normalnymi księżmi. Pałac biskupi tonie w luksusie – kolejny artykuł, a Gaspare wspomina lata biedy na misji. Były i takie nieprzespane noce, kiedy lękał się, czy będzie miał co rodzinie włożyć jutro do garnka. Wtedy często, w upalnej porze dnia, w samo południe, biskup misyjny przywoził do domu Gaspare – nie wiadomo skąd i od kogo – kosz pełen jedzenia. Czy ludzie, którzy piszą takie rzeczy o Kościele – zastanawia się stary cieśla i misjonarz – kiedykolwiek przekroczyli progi prawdziwego kościoła?
Paweł z Barnabą i ekipa docierają do macedońskiej miejscowości w Filippi. To ważny moment całej przygody, bo właśnie w Macedonii Paweł z Tarsu opracuje genialną oś misyjnej strategii. Apostoł z rozmysłem omija wioski oraz małe miejscowości, a poszukuje dusz rozumnych, wierzących przede wszystkim w wielkich metropoliach. Pierwszym kontaktem są zazwyczaj Żydzi. Ten sam schemat akcji stosowany jest w Filippi, gdzie jednak misjonarze nie mogą znaleźć żadnej synagogi. Miejsce hebrajskiej modlitwy leży gdzieś poza centrum miasteczka – nad rzeką. W tak nietypowym miejscu, niezależnie od wszelkich, religijnych struktur – do tego złożona z samych kobiet – zawiąże się pierwsza wspólnota chrześcijańska Europy. Poruszającym momentem sceny będzie gest pobożnej Lidii, handlarki purpurą, która po przyjęciu Chrztu świętego wraz z całą rodziną, wymusiła wprost na apostołach, by zatrzymali się w jej domu (por. Dz 16, 15). Pierwsza wspólnota przekazuje tym samym pierwszą intuicje duchową o Kościele. Dla żurnalistów będzie on przedmiotem histerycznych podejrzeń. Zresztą, ideologiczna krytyka katolicyzmu w czambuł potwierdza tylko jego pozycję i znaczenie dla kultury – bo rzeczy znikome pomija się raczej chłodną nieuwagą. Gorączkowy atak mainstreamu paradoksalnie zdradza nieugaszone pragnienie życia wiarą, którego antagoniści nie mają siły podjąć, niezdolni do przejścia progu nawrócenia – dlatego szamoczą się, oskarżają i walczą. Dla wierzących jednak Kościół zawsze i przede wszystkim będzie domem. Z tego powodu Jezus podczas Ostatniej Wieczerzy, wymaga od uczniów szerszego myślenia. Nie muszą już szukać synagogi, bo jej znaczenie przeminęło wraz z historią Starego Testamentu (por. J 16, 2). Nie trzeba zbytnio przejmować się tym, że ktoś może być usunięty z bożnicy ale tym, by żadna siła czy pokusa zgorszenia nie wyrzuciły nikogo poza Kościół.
Kto w epoce wzmożonej propagandy zamierza ustrzec wiary, ten częściej musi sięgać po ewangelię, a wycinki z gazet jak papierowe samoloty – za okno wypuszczać na wiatr.