Komentarz do liturgii słowa

« » Lipiec 2026
N P W Ś C P S
28 29 30 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31 1
2 3 4 5 6 7 8
  • Inny Kalendarz

Poniedziałek 13 lipca 2026

ks. Jarosław Tomaszewski

Na śmierć Żurawka

Pobożność ludowa, powszechny styl sprawowania kultu lub uzgodnione w jakimś regionie albo narodzie religijne obyczaje, posłużą dla zdrowego rozwoju wiary o tyle, o ile pośród masowego nurtu pojawią się autentyczni mistycy. Co prawda ludową dewocję, z jej emocjonalnym pięknem, trzeba szanować. Niemniej to nie ona wnosi istotną siłę do Kościoła. Moc chrześcijaństwa została powierzona nie licznym procesjom ale nielicznym przyjaciołom Boga. Gdzie braknie mistyków, tam nikt nie urabia rozumnych dusz dla Chrystusa. Wtedy Boże Ciało przesłonią brzózki rwane z ołtarzy, a Wigilię Paschalną przekrzyczy wielkosobotnia święconka. Opat Filip zawiesił na ramieniu torbę z orzechami laskowymi, które swoim zwyczajem przygotował dla brata Andrzeja Świerada. Niektórzy mnisi, uważając polskiego pustelnika za niezbyt rozgarniętego przybłędę, klepali go po ramieniu, nazywając Żurawkiem. Opat Filip pamiętał tyle, że Świerad nie wiadomo jakimi szlakami, w roku 997 dotarł z Polski na Węgry i osiadł w klasztorze świętego Hipolita, w pobliżu majestatycznej góry Zabor, niedaleko Nitry. To opat Filip przyjmował Żurawka do wspólnoty i nadał mu chrześcijańskie imię Andrzeja. Gdy polski mnich ukończył czterdzieści lat życia, według zwyczaju benedyktyńskiego wybrał powołanie pustelnicze. Mieszkał w oddaleniu, o jakieś pół dnia drogi do monastyru. Opat Filip polecił mu, by karczował okoliczne lasy. Jednak raz w tygodniu miał stawiać się w klasztorze, przeżyć świętą liturgię i zjeść obfitszy posiłek pośród braci. Wyrzekł się wszystkiego dla Pana – pouczał wspólnotę opat – pracuje z oddaniem na nasze utrzymanie, traci zdrowie, ryzykuje życiem w samotności, niech przynajmniej czuje się przez nas kochanym. Po niedzielnym rytuale Andrzej Świerad zabierał prowiant na pustelnię z rąk opata. Worek orzechów laskowych starczał mu z reguły na cały tydzień za posiłek. Ale w tym tygodniu, na progu jesieni 1034 roku, klasztorny Żurawek zniknął bez śladu. Nie stawił się według naznaczonego obyczaju, a przecież był człowiekiem jednoznacznego posłuszeństwa. To dlatego opat Filip, zabierając sakiewkę z orzechami – prowiant dla Świerada – wybrał się w stronę pustelni. Zimny wiatr rzucił mu w oczy wszystkie liście z drzew, które całe życie karczował brat Andrzej. Ale opat zmrużył oczy i szedł przed siebie lasem, aż z daleka spostrzegł brata Benedykta, towarzysza przydanego Żurawkowi do życia i wspólnoty, jak z głową schowaną w habit siedział na progu pustelni. Opat westchnął, wciągając w płuca ciężkie, żałobne powietrze. Rzeczywiście, kiedy podszedł bliżej, spostrzegł, że Benedykt nie spał od wielu godzin i że płakał. Uściskał tylko opata i milczącym gestem wskazał wnętrze pustelni. Filip wszedł do środka. Odczekał w martwej ciszy dłuższą chwilę, aby dostosować wzrok do ciemnego pomieszczenia. Ciało Andrzeja Świerada bez życia leżało pomiędzy ołtarzykiem z ikonami, a tak zwanym miejscem pokutnym. Był nim surowy, nieociosany pieniek – cała sypialnia dla Żurawka. Nocami asceta nie leżał w łóżku lecz wysiadywał na niewygodnym kawałku ściętego drzewa, który otoczył ostrymi prętami z żelaza. Gdy ciało zasypiało, Andrzej Świerad budził się, delikatnie kłuty chłodem metalu. Obok głowy zmarłego leżała dodatkowo drewniana korona z czterema kamieniami. Żurawek zakładał ją na noc, by uwiązane do korony kamienie stukały go w czoło na jawie, przywracając w ten sposób twardy stan świadomości. Nie płacz. Bądź ufny. Wierz tylko – Filip wyszedł przed pustelnie i skinął na brata Benedykta – umyjemy jego ciało i pogrzebiemy w klasztorze z godnością. Opat odmawiał po cichu psalmy z pamięci, obmywając wychudłe członki pustelnika. Nagle pod cienką fałdą na wysokości żołądka spostrzegł brudny kawałek żelaza, który wżarł się w skórę i spowodował zakażenie. Andrzej Świerad dostał niedawno zgodę na noszenie pokutnego łańcuszka i to ten kawałek rdzy, zadrapując skórę, wysłał bakterie do środka. Wpuścił wroga do krwi, a do organizmu truciciela. Opat Filip nie mógł powstrzymać łez. Wzruszony brat Benedykt podniósł głowę Żurawka, udając, że nie widzi chwili słabości przełożonego. Chciał podłożyć pod głowę zmarłego pustelnika jedwabną poduszkę ale coś go wewnętrznie powstrzymało. Nie spojrzę Żurawkowi w oczy po śmierci - pomyślał. Przecież asceza to paradoksalne odmówienie sobie wygód nie dla nich samych lecz dla zdobycia wiecznej przestrzeni wolności.

 

Jezus dobrze wie, jaka walka toczy się często w przepaściach ludzkiej duszy (por. Mt 10, 38). Żeby być blisko drugiego człowieka i nie zaszkodzić mu – wzmacniać, nie niszczyć kochaną osobę, trzeba najpierw przełamać się wewnętrznie w samotności. Chrystus budował przyjaźnie i rozwijał więzi właśnie dlatego, że umiał być trochę pustelnikiem. Prorok Izajasz w mocnych słowach piętnuje fałszywy kult, który nazywa bezmyślnym deptaniem świątynnych dziedzińców (por. Iz 1, 12). Czasem tłumy ciągną przed ołtarze ale nie z powodu Boga. Najpierw więc należy wznieść niewidoczny dla oczu, ukryty ołtarz w duszy, gdzie nie da się zagrać kultu Pana. Samotny ołtarz w ludzkim wnętrzu stawia się wyłącznie z motywu oddania się Bogu.

 

Najwyższy czas, by odnowić w Kościele szacunek do ascezy. Ludzi zachodniej kultury najpierw utuczono luksusem, a potem pozbawiono decyzyjności. Nie wiadomo, kto dzisiaj kieruje Europejczykiem, a nawet jeśli ten usiłuje odzyskać autonomię, nie ma takiej szansy. Zanim dojdzie do oporu i starcia, najlepiej znów uczyć ascezy. Asceza nie jest groźnym cieniem Średniowiecza lecz duchowym narzędziem panowania człowieka nad sobą.