Naiwny dialog, który miał sprowadzać cywilizację do błogiego centrum pojednanej ludzkości, brutalnie więzi – póki co – bezwzględny bipolar skrajnych poglądów. Krótki przypis w tekście do terminu bipolar światopoglądu – to jaskrawo przerysowane ideologie, opinie, poglądy, które nie spotkają się ze sobą nigdy, poza wypadkiem kontrowersyjnych biegunów myślenia. W takim wypadku katolicyzm nie pomoże światu jałową próbą dialogu lecz zmaganiem się nie śmierć i życie, a wysiłek ów Kościół zwykł nazywać świadectwem.
Dziadek nigdy nie używał wielu słów, ale w rodzinie wszyscy rozumieli każdy jego komunikat. Był powojennym profesorem fizyki. Zaczynał lekcję precyzyjnie trzy minuty po dzwonku. Kończył na minutę przed przerwą, zostawiając uczniom jedynie konieczną przestrzeń na dobrze sformułowane pytania. Gadulstwo obnażyłoby niestosowną słabość tak wykładowcy, jak studenta. Dziadek zabraniał wnukom bezproduktywnych rozpraw słownych, gadania dla gadania. Zobaczycie już po niedługim czasie – mówił – jak pozornie dzisiaj skłóceni dyskutanci, zarzucą was jednakowymi emocjami. A potem sprzymierzą się między sobą przeciwko prawdzie i wam, którzy usiłujecie dochować jej kroku. Milczenie i determinacja. Szybki chód, mimika twarzy, a także znaki dłoni dziadka były zawsze jednoznaczne i bezdyskusyjne. Poza wypadkiem cierpienia drugiego, które ten zdecydowany człowiek potrafił opłakiwać z wrażliwością dziecka. Wnukowie wiedzieli dobrze, że kiedy dziadek w lato naciągał na prawe ramię biało–czerwoną szarfę, to trzeba było robić szereg i śpiewać powstańcze pieśni, mimo tego, że sąsiad komunista przykładał szklankę i ucho po drugiej stronie ściany.
Dziadek w ogrodzie miał drewniany domek, za którym dyskretnie dobudował pustelnię. W księżycowe, mroźne noce styczniowe, wnukowie nieraz słyszeli kroki dziadka skrzypiące na śniegu, gdzieś z mistycznej oddali, po ciemnościach schodów i podwórza. Przez firankę patrzyli w milczeniu, jak parę godzin potem leżał cieniem krzyża za pustelnią. Nawet dzień śmierci dziadka przypominał Wielkanoc. Bóg go zawołał, więc wstał i poszedł, jakby ciągle żył. W godzinę pogrzebu jego przegrani krytycy, dyskutanci lub cwani wrogowie zza pleców, pokornie zbliżali się do składanej w grobie trumny, rzucając grudkę ziemi za grudką. To był ostatni argument ich, a nie dziadka.
Jeremiasz w starciu z populistą Chananiaszem – mimo osobistego poczucia zagrożenia – jest imponująco twardy. Musi kosztować go to wiele, ponieważ Chananiasz to fałszywy profeta i krzykacz z pokolenia Beniamina, ale jednak ziomek Jeremiasza. Prorok demonstruje wszem i wobec upokarzający ucisk jarzma, lecz gdy pijani propagandą ludzie zdzierają mu przykry ucisk z karku, bez dyskusji odsuwa się na samotność (por. Jer 28, 10–12). O co chodzi w tak poruszającym sporze? Chananiasz reprezentuje grono Żydów o starym myśleniu. Ci ludzie zuchwale wierzą, że Bóg będzie chronił Hebrajczyków tak czy inaczej – na podstawie przymierza, niezależnie od faktów moralnych. Natomiast Jeremiasz wyrzeka się rozgłosu wśród swoich. Nie zależy mu na poklasku lub na akceptacji osób, które mówią co innego, niż myślą, a jeszcze odmiennie wybierają. Czas zepsucie nazwać po imieniu, bo to z powodu korupcji etycznej Izraela nad horyzont kraju nadciąga tuman zagłady. Dopiero po przyświadczeniu prawdzie można rozpocząć przekaz ewangelii. Nigdy misyjnego krzyża do ręki nie dostanie obły propagator dialogu, wciskanego na głucho i ślepo w miejsce chrześcijańskiego orędzia. Paweł VI w osiemdziesiątym ósmym numerze encykliki Ecclesiam suam wyjaśnia to bez ogródek: „Oczywiście troska o to, by dotrzeć do braci, żadną miarą nie powinna nas doprowadzić do tego, abyśmy osłabiali prawdę lub coś z niej ujmowali. Ponieważ z jednej strony nasz dialog nie może w żadnym wypadku godzić się z zaniedbaniem obowiązku zachowania naszej wiary. A z drugiej strony nasza działalność apostolska absolutnie nie może prowadzić do kompromisu i ustępstw, gdy chodzi o zasady moralne, które w założeniach i praktyce określają i ukierunkowują życie według chrześcijańskiej wiary. Tak zwany irenizm i synkretyzm nie oznaczają bowiem niczego innego, jak pewne postacie sceptycyzmu, czy to gdy chodzi o moc, czy o treść Słowa Bożego, które chcemy głosić. Ten tylko skutecznie wypełni apostolskie posłannictwo, który z całą wiernością zachowa naukę Chrystusa”.
Epoka skrajnych napięć w myśleniu to niedobry czas na akademicką dysputę. Wymaga raczej jednoznacznego, prawdziwego i do tego sprawnego działania. Tymczasem katolików dziś coraz częściej wciąga się na pustą scenę intelektualnych dywagacji, wydzierając jednocześnie Kościołowi terytorium w duszach. Skrajne, słowne interpretacje – od tak zwanych konserwatywnych, po tak zwane postępowe – marnują ludziom głowę. A co to znaczy apostołować skutecznie w tak złożonym momencie historii? Argumentem decydującym będzie teraz proroczy sposób istnienia.