Koniec lipca w polskiej kulturze ostatnich lat nie zapowiada wbrew pozorom naturalnych początków sierpnia. Bo dokładnie wtedy startuje dywanowy nalot analityków, którzy z mętnej odległości minionych lat, dysponując zaledwie garścią historycznych skojarzeń, organizują obławę na niemożliwy sens, a nawet absolutny obłęd Powstania Warszawskiego. Takie to polskie, takie ciasne i takie smutne w efekcie. Żeby z obojętnością etyczną, na jednej szali ważyć domyślne, zagubione lub świadomie ukryte strzępy politycznych kombinacji między Okulickim a Sosnkowskim, nic nie wiedząc o tamtych decyzjach ze stu procentową pewnością. Na przeciwwadze zaś dociekań o Powstaniu Warszawskim kłaść lekką ręką brutalny konkret setek tysięcy męczeńskich istnień jednego z najpiękniejszych pokoleń jakie oglądała Polska.
Łączenie podobnych dysproporcji na wadze tego samego sądu będzie zawsze niemoralne. Czy był kiedyś taki moment, w którym jakiś historyk odważyłby się kwestionować sensowność podniesionego w roku 1943 żydowskiego powstania w warszawskim getcie? Nawet Hiszpanie z szacunku do swojej Ojczyzny powściągają emocje, gdy przychodzi im opisać dramat wojny domowej z lat trzydziestych. Tak samo Francuzi, kiedy muszą wracać do cieni rewolucji, nie mówiąc już o Niemcach. A polski analityk, być może za wyższą cenę wyprzedanej książki czy satysfakcję z teorii, jakiej nikt, nigdy wcześniej jeszcze nie wymyślił, w przegrywa gotów jest przekręcić bohatera. Jasne, tłumaczy się pokrętnie, że wątpliwe wnioski nad historią mają znaczenie dla politycznej przyszłości i wcale a wcale nie są krytyką Powstańców. A jednak wygląda to tak, jakby elektryk zrył wiosną ogród kablami, deklarując wszak najwyższe uznanie dla profesji ogrodnika.
Po prostu, do granicy pewnych osądów sumienie stanowczo broni dostępu i z szacunku dla świętego dramatu trzeba modlić się albo milczeć. Tak jak nie da się oddzielić biografii Powstańców od wydarzeń z Powstania Warszawskiego, tak samo jeszcze żaden z analityków nie pomógł Polsce zza biurka. Ocalali ją Powstańcy z okopów i kanałów. Obłędem nie jest patriotyczny heroizm dla Polski. Obłędem będzie dopuszczenie do tego, by kolejna rakieta – naładowana ruskim prochem – doleciała za Lublin. Strach pomyśleć, jak bezpłodne analizy prowadzą znów Polskę pod niewolę, z której w przyszłości będzie musiała wyciągać ją ofiara następnego, powstańczego pokolenia.
Światowej sławy profesor historii sztuki i konserwator zabytków odnowił w swoim życiu ponad dwadzieścia świątyń ale pragnął zakończyć głośną karierę renowacją kolejnej, dedykowanej świętemu Wawrzyńcowi, męczennikowi. Czcił go od pierwszych chwil nawrócenia w młodości. Wreszcie znalazł w Mławie maleńki kościółek poświęcony diakonowi, który oddał życie za Chrystusa w trzecim wieku chrześcijaństwa. Proboszcz nie mógł uwierzyć, że tak znany profesor bezinteresownie, za darmo pragnie przeprowadzić renowację kościoła świętego Wawrzyńca na mławskim cmentarzu. Proszę mi zaufać – przekonywał księdza artysta – osiągnąłem w życiu więcej, niż planowałem. Odnowa waszej świątyni będzie darem dla mnie i zwieńczeniem całej kariery.
Profesor przywiózł do Mławy trzech swoich najzdolniejszych studentów. Początek prac zaplanował z rozmysłem na 10 sierpnia. To tego dnia, według zapisków z antycznej, rzymskiej kroniki o tytule „Passio”, w roku 258 miał umierać Wawrzyniec. Profesor podczas wieczornego spaceru po miasteczku, podnosił głowę i przeciągniętymi chwilami patrzył w ciszy na mławskie wzgórze cmentarne. Od roku 1786 nad miasteczkiem górowała bryła, zbudowanego przez Księży Misjonarzy, pięknego kościółka świętego Wawrzyńca. W krypcie, choć niewielu ma tego świadomość, pochowano ciało księdza Benika, autora „Gorzkich Żali”. Do północy profesor czytał żywot diakona Wawrzyńca, a potem jakby nie mógł spać, rozmyślając na jawie.
Zdawało mu się, że 6 sierpnia 258 stoi w rzymskim tłumie i patrzy bezradnie, jak na brutalną śmierć legioniści wiodą papieża Sykstusa. Wawrzyniec, otoczony ubogimi, kalekami i bezdomnymi, stoi naprzeciwko i rozpacza. Profesor nie wierzy własnym uszom ale słyszy rozmowę papieża i diakona, któremu nie pozwolono iść na śmierć tego samego dnia, co Sykstus. Wawrzyniec mówi coś do papieża. Przecież służył mu przez lata wraz z czterema innymi diakonami: „Gdzie idziesz, Ojcze, bez syna? Jakże obejdziesz się bez swojego diakona? Nigdy nie odprawiałeś Eucharystii bez niego, czymże więc mogłem ściągnąć na siebie twoją niełaskę”? Profesor spostrzega w półśnie, że papież odwraca głowę i szeptem odpowiada Wawrzyńcowi: „Ciebie czekają wiele większe cierpienia ale też i piękniejsza czeka cię korona”. Profesor usiłuje zerwać się wtedy z łóżka i krzyczeć, by Wawrzyniec nie niszczył w ten sposób swojego życia. Przecież jesteś potrzebny biedakom! Byłeś zawsze skuteczny, najlepszy, nie możesz tak lekkomyślnie przekreślić siebie! Masz urząd zarządcy dóbr rzymskiego Kościoła! Ale słowa nie potrafią przecisnąć się za granicę serca.
Etyka chrześcijańska dopuszcza, a nawet pochwala i otacza czcią sytuację, w której ktoś rozpoczyna walkę o wolność, miłość lub prawdę, nie widząc po ludzku szansy na zwycięstwo. Od samego życia większe znaczenie ma godne życie. Bóg nie obliguje wszystkich do heroizmu ale może niektórych tak powołać. Bohatersko rozlana krew to dalekowzroczna ofiara, którą jednego dnia brutalnym butem wdeptano w ziemię, by już nazajutrz widzieć jaka wypływa z niej przyszłość. Gdyby nie Powstańcy, komuniści nie mieliby najmniejszego respektu potem ani do Wyszyńskiego, ani do Solidarności. To poruszające, że zazwyczaj chłodno myślący apostoł Paweł, w drugiej odsłonie listu do Koryntian nagle chwali szczery poryw serca (por. 2 Kor 9, 7). Dla chrześcijan aż taka hojność wnętrza to nie romantyczne wybryki narcyzów lecz najszersza świadomość sensu życia, którego w bardzo konkretnych chwilach nie da się sprowadzić do taktyki.
W trzeciej części monumentalnego poematu „Obława”, Jacek Kaczmarski wymownie opisuje los głodnego, samotnego wilka, co poluje na przerażonego królika. Tchórzliwe zwierzę okazuje się być jedynie przynętą, na którą złapie się wygłodniały drapieżnik. Prawa łapa wilka więźnie z bólem w żelaznym potrzasku. Za chwilę nadejdzie myśliwy i trzaśnie go pałką po łbie. Wtedy właśnie wilk decyduje się odgryźć sobie uwięźniętą łapę, aby żyć. Trójłapy kaleka biegnie dalej po śniegu lecz jest wolny. Kaczmarski śpiewa: „Trzeba odrzucić to co w nas zniewala nas. I po dziś dzień naganiacz, strzelec, czy kłusownik. Przyzwyczajony do czytania tropów map. Przez zęby mówi: o to jest wilk wolny! Kiedy na śniegu ujrzy ślady trojga łap. Strzeżcie się wilki, strzeżcie się przynęty. Strzeżcie się wilki, strzeżcie ludzkiej łaski! Zastawił na was wróg zawzięty potrzaski!”. Przecież ostatecznie Chrystus ukrzyżowany przypomina bardziej Powstańca warszawskiego, niż analityka historii.