Armenia, rok 1938

W życiu można spotkać się tylko z jedną miłością. Zresztą, po tym poznaje się, że to właśnie ona. Jest zawsze taka sama, to znaczy harmonijna, bo wypływa z tego samego źródła i ma jednolity przebieg, obojętnie, czy przeżywa się ją wobec ludzi czy przed Bogiem. Owszem, czasem miłość Boga podnosi miłość ludzką do wyłącznego poziomu, wówczas ta druga zgodzi się być przekroczona i zakryje oblicze w skupieniu. Moment poświęcenia miłości ludzkiej tylko dla Boga zapowiada nieprzeciętne wydarzenia. Kto wzburzyłby konflikt między miłością Stwórcy a miłością stworzenia, ten udowodni jedynie, że nie tyle istnieją różne miłości, co że się w tej prawdziwej nie wydoskonalił. Bo sterylność afektu wcale nie oznacza jeszcze czystego serca, ani zmaganie się nie równe jest upadkom. Autentyczna miłość będzie zawsze jakoś życiodajna i mimo ofiary, nie zostawi trupów.

Biskup Gevorg Cheorekchyan czuł jak schnie mu gardło, na którym niewidoczny cień sprawnie zaplatał twardą dłoń. Bezkresna pustynia emocji sypała ormiańskiemu duchownemu ostrym piachem po ustach, a nieznośny upał wyobraźni uderzał to po twarzy, to po głowie. Wiedział, że nie wypowie wątpliwości, bo i tak nie ma odpowiedzi.

„Co ty mówisz, ojcze Vaskenie?” – Gevorga zdziwiło brzmienie własnego głosu, który przypominał świst zimnego powietrza znad Kaukazu.

„Powtarzam, czcigodnego Khorena udusiło NKWD w nocy z 5 na 6 kwietnia. Katolikos nie umarł śmiercią naturalną. Oprawcy weszli skrycie jak złoczyńcy” – ksiądz Vasken Paltchian wznosił dłonie w górę i w dół, streszczając wydarzenia chaotycznie, pośpiesznie, bez ładu.

„Najdostojniejszego Khorena bili kilka minut kablem po głowie – wrzeszcząc, klnąc. W końcu okręcili świętemu ojcu kabel wokół szyi i zadusili. Odstąpionego przez nas – zadusili. Wszystko to widział na własne oczy ojciec Krikor, chroniąc się w przestrachu na balkonie. Bał się krzyczeć, bał się wołać o pomoc. Nie potrafił walczyć ani ginąć, bo lęk jak zimna śmierć opętał mu nogi. Po mordzie na Khorenie, bandyci z NKWD skradli dobra z pokoju patriarchy. Krikor ocalił jedynie najstarszy zabytek kroniki pod tytułem «Męka Bartłomieja Apostoła», według zapisu której ten właśnie z Dwunastu miał dotrzeć do naszej Armenii i tu nam głosić ewangelię. Weźcie, święty ojcze, tę księgę. To was przecież najdostojniejszy Khoren widział po sobie na urzędzie katolikosa w Eczmiadzynie”.

Ksiądz Vasken wydobył spod habitu starożytny inkunabuł i jakby odpychając go od siebie, usiłował szybko wcisnąć księgę w ręce biskupa Gevorga. Ten opadł jednak bezwładnie na krzesło, pobladł i zacisnął oczy.

„Gevorgu Cheorekchyan, czy wracacie po służbie Bożej natychmiast do domu?” – pobożna Gayanne w jednym ręku trzymała kościelny śpiewnik, a w drugim dwa parasole. Patrzyła na młodego kleryka czarnymi, pięknymi oczyma. Gevorg znał ją bardzo dobrze tak, jak tylko męskie serce potrafi poznać stworzoną dla siebie kobietę. Gdy służył do liturgii przy ołtarzu, a chór obok śpiewał ormiańskie pieśni, Gevorg pośród głosu dwudziestu i więcej dziewcząt, bez pomyłki rozpoznawał czysty, wysoki śpiew Gayanne.

„Proszę, zabierzcie sobie parasol mojej matki. Rozpadał się znowu deszcz znad Donu i cały Nachiczewań, aż po pierwsze ulice Rostowa, jakby spłynął pod wodą” – uśmiechnęła się, zdecydowanie wkładając w dłoń Gevorga parasolkę. Chronił ją do dziś. Zniszczona ulewami, poszarpana wichurami, wygięta na drutach, dziurawa, aż śmiesznie bezradna pod naporem płaczącego nieba. Był pewien, że parasolkę od Gayanne włożą mu do trumny.

„Co już niedługo nastąpi” – wyszeptał tak, by drobiący dyskretnie w tył, pochylony do ucieczki ksiądz Vasken Paltchian nie słyszał. Tamtej, kwietniowej nocy 1938 roku, po zabójstwie katolikosa Khorena I przez zbirów z NKWD, jego wikariusz generalny całym sobą pragnął przenieść się znów nad Don, w pobliże Rostowa, gdzie pierwsze lata życia był szczęśliwy jak dziecko. „Gdybym mógł, tak po ludzku, cofnąć czas – myślał w na poły omdlałej głowie – zgodziłbym się wyświęcić jedynie na kahana, czyli księdza administratora, który może odprawiać świętą liturgię i zarządzać wspólnotą, ciesząc się wieczorami spokojem domowego ogniska z Gayanne i naszymi dziećmi”. „Gdybym spostrzegł wtedy to, co widzę dziś – myśli ocierały się prawie o bluźnierstwo – nigdy nie byłbym vardapet, czyli zdatnym do celibatu uczonym, którego z biegiem lat komuś strzeliło do głowy mianować biskupem w Erywaniu”. Co dalej? Czarna noc bez światła nad Armenią i Gevorg całkiem sam. Czuł, jak ukrzyżowany Chrystus gniecie mu plecy potężnym ciężarem katedry w Eczmiadzynie. Ale nie umrze jeszcze tamtej nocy. Dociągnie z życiem na ramieniu – z zaprzeczaniem samemu sobie, z godzinami heroizmu i okropnego tchórzostwa – aż do roku 1945, gdy Moskwa zgodzi się na odrodzenie urzędu katolikosa w Armenii. Z Gayanne spotykali się czasem, podczas pielgrzymki wiernych do Eczmiadzyna. Po procesjach siadali przy jednym stoliku, długimi godzinami popijając słodki surcz i kosztując bez pośpiechu pakhlavę, którą sposobiła ona własnymi dłońmi. Na koniec zawsze błogosławił kobietę i dyskretnie całował ją w oczy. Prawdziwa miłość nie zbliży się przecież do granic okrucieństwa. Czas oczyszcza intencje, po czym nie czuje się już ciężaru miłości. Nieznośna samotność serca to konsekwencja dezercji przed miłością Boga i człowieka, której straszne jarzmo dociska karła aż do końca śmierci. Gevorg wolał wiedzieć zatem, czy Gayanne była zdrowa, szczęśliwa – czy bezpieczna? Jedna i ta sama miłość zawarta jest cała w swej istocie, dlatego mały szczegół znaczy dla niej potem tyle samo, co wielkie spełnienie.

 

Natanael to w jednej osobie apostoł i narzeczony, a jego osobowość będzie rozpisana zawsze na dwie prędkości. Tradycja synoptyków zna go zatem jako bezimiennego syna Tolmaja, czyli Bartłomieja. Za to tekst Jana przedstawia tę postać pod imieniem Natanela, czyli Teodora, Bogdana – po prostu dar od Boga. Dalej, biblijni znawcy kojarzą ze sobą literacko dwa sąsiednie fragmenty dobrej nowiny Jana – powołanie pierwszych uczniów i obecność Chrystusa na weselu w Kanie Galilejskiej. Twierdzi się więc, że w początkowej fazie bliźniaczej sekwencji zdarzeń, Natanael występuje jako dumny młodzieniec, co nie ceni wysoko mieszkańców Nazaretu. A Jezus Nazarejczyk i tak przekornie powoła właśnie jego na osobistego apostoła. Ten sam Natanael ma być w następnym rozdziale panem młodym, co w dowód wdzięczności zaprasza Chrystusa na swoje wesele, a tam zabraknie mu wina. Między pierwszym wydarzeniem i drugim Natanael – dokładnie pod drzewem figowym – przeżywa jeden z najbardziej intymnych momentów życia (por. J 1, 48). Co tam się wydarzyło? Można przypuszczać, że pod drzewem figowym Natanael składa sobie w sercu sens miłości. Tej, która rzuci go w ramiona kobiety z Kany Galilejskiej i tej samej, która z biegiem lat rzuci go na śmierć aż do Armenii.

 

Dokładnie 30 lipca 2015 roku, ksiądz Kaczkowski powiedział do ludzi na Przystanku Woodstock mocne słowa: „My potrzebujemy innego przekazu: nie bój się! Wszystko jedno jak będzie, ja z tobą będę. Ja ciebie nie zostawię, bo cię kocham. Jak będzie dobrze, to odpalimy taką imprezę, której świat nie widział. A jak będzie źle czy beznadziejnie, to ja ciebie nie zostawię, bo cię kocham. Ale żeby to mieć możliwość powiedzieć, to trzeba to ćwiczyć przez całe życie. To trzeba pracować, walczyć o relacje, zwłaszcza wtedy, kiedy one są dramatycznie trudne. Nic znowu nas nie zwalnia z powinności walki o relacje z tymi, których kochamy lub których kochamy za mało lub z tymi, którzy jako najbliżsi zrobili nam jakąś dużą krzywdę”. Bóg jest aż tak dobry, że nie pozwoli umrzeć najwierniejszemu ze sług, póki nie zaufa jednej i tej samej miłości.

« 1 »