Dość osobliwe wydarzenie opisane jest w dzisiejszej Ewangelii. Jeden syn żałuje swojego „tak”, bo nie poszedł do winnicy. Drugi syn żałuje swojego „nie”, bo jednak opamiętał się i poszedł. Bóg jest cierpliwy. Nie domaga się tego, abyśmy od razu powiedzieli „tak”, ani nie zabrania nam powiedzieć „nie”, nawet jeśli w tym drugim przypadku konsekwencje będą dla nas bolesne. Winnica do której Bóg nas zaprasza – czyli wspólnota życia z Nim – nie jest uprawiana jedynie za pomocą słów w stylu: „Idę Panie”. W innym miejscu Ewangelii Matuesza czytamy: „Nie każdy, który Mi mówi: ‘Panie, Panie!’, wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie” (Mt 7,21).
Ta przypowieść zaprasza do zastanowienia się nad prawdziwym sensem posłuszeństwa. Może być tak, że z jakiegoś powodu buntuję się przeciw Bogu, miłości, a może być tak, że jestem wierny, ale jedynie z powodu tego, że zakrywam moje prawdziwe intencje pod płaszczem udawanej kurtuazji, grzeczności. Może wewnątrz Kościoła należy bardziej obawiać się nie tyle krytycznego myślenia czy „buntu”, co udawanej, powierzchownej zgody. Być może zbyt wielu z nas mówi zawsze i wszędzie „tak” Bogu, Kościołowi bez głębszego zastanowienia, osobistej odpowiedzialności. Pamiętam jak niektórych z moich kolegów oburzyły słowa jednego z kardynałów, że problemem dla Kościoła są tłumy ludzi. Tak, są problemem jeśli mentalność tłumu utwierdza nas w łatwym wygłaszaniu deklaracji, które nic nie kosztują, aklamacji które karmią jedynie ego. Będąc w Paryżu w tych dniach, z radością patrzę na Kościół, na ludzi, którzy w ostatnich latach mówili Bogu i Kościołowi „nie” a dziś z otwartymi uszami (sercami?) słuchają papieża Leona XIV. Papież w czasie swojego przemówienia w siedzibie UNESCO powiedział, że „sens jest tlenem dla umysłu”. Może rzadko poświęcamy czas na tego typu analizy. Jednak nie tyle chodzi o słowa, tego typu rozważania, co o budowanie naszej teraźniejszości i przyszłości w sposób świadomy i odpowiedzialny.